Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chorzów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chorzów. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lipca 2017

Jednoaktówki

Jednoaktówki na scenę

„Konkurs jest próbą pokazania, że językiem śląskim można wyrazić bardzo intymne, głębokie uczucia, a nie tylko opowiadać głupkowate dowcipy” tłumaczył Ingmar Villqist przy okazji jednego z finałów Jednoaktówki po śląsku. Chociaż od początku teatralność wpisana była w założenia konkursu, należało podsyłać teksty na scenę, rozpisane na maksymalnie czterech bohaterów, nikt chyba nie spodziewał się, że nagrodzone utwory rzeczywiście trafią do repertuarów teatrów z regionu. Jeszcze w 2013 roku Roman Kocur, autor Rajzentaszy (trzecie miejsce w 2012 roku) mówił, że chciałby, aby jego sztuka została wystawiona na deskach prawdziwego teatru. Dzisiaj nikogo nie dziwi, że reżyserzy sięgają do konkursowych prac publikowanych w zbiorkach i wykorzystują pomysły autorów, zarówno zawodowców jak i amatorów, coraz częściej. Rajzentasza. Krótkie sztuki po śląsku, dwie do śmiechu, a jedna nie wyreżyserowana przez Mirosława Neinerta dla Teatru Reduta Śląska to poza tytułowym tekstem Romana Kocura jeszcze dwa utwory: poważny Besuch s Reichu (pierwsza nagroda w 2011, czyli w pierwszej edycji Jednoaktówki po śląsku) Romana Gatysa uznanego za objawienie konkursu oraz Komisorz Hanusik i Warszawiok (drugie miejsce w 2013 roku) Marcina Melona, który po sukcesie zaczął też podbijać rynek wydawniczy cyklem powieściowym. Marcin Melon opowiadał Marcie Odziomek, że pisać po śląsku zaczął z przekory, kiedy usłyszał, że się nie da. Ale też ze strachu, bo gdy umarła jego oma, zrozumiał, że trzeba zachować dla potomnych jej opowieści, a język polski nie nadawał się do uchwycenia wszystkich niuansów, należało więc sięgnąć po śląszczyznę. Hanusiki zaczął tworzyć z kolei po to, by sprawdzić, czy uda mu się napisać dłuższy tekst po śląsku. Początkowo zakładał opowiadanie… Teraz, zdradzając tajniki warsztatu, wyznaje, że pisze warstwami, każda kolejna jest bardziej śląska, a i tak korektor dziwi się, gdy autorowi umknie jakieś wyjątkowo trafne śląskie określenie. Stwierdza Melon, że „w śląszczyźnie jest ogromny potencjał komediowy, to jej błogosławieństwo i przekleństwo”. Roman Gatys dał się w regionie poznać jako znawca porcelany, ale i jako kolekcjoner, zbieracz starych widokówek, zdjęć, dokumentów związanych z działalnością śląskich fabryk… Dba o lokalne dziedzictwo kulturowe, za co zdobył nawet nagrodę marszałka. Besucha s Reichu napisał w 5,5 godziny, wzorując się na tekstach Jerzego Szaniawskiego, ale i na opowieściach rodzinnych: stąd zaczerpnął motywy do kanwy swojej relacji. Roman Kocur do literatury wrócił na emeryturze. Jak sam stwierdził, praca na kopalni skutecznie ograniczała możliwości pisania. Uznał, że brakuje śląskich tematów na wesoło, więc zaczął układać Rajzentaszę. „To był pastisz czarnego kryminału. Miałem to zaczęte jako inne opowiadanie, ale na potrzeby sztuki teatralnej musiałem nieco przerobić tekst”, wyjaśniał Tomaszowi Głogowskiemu. Pasją do teatru zaraził się… w technikum górniczym, za sprawą nauczycielki języka polskiego. Konkurs na jednoaktówkę po śląsku pozwala odkryć nie tylko ciekawych autorów, ale i niebanalne pomysły, daje szansę zaistnienia tym, którzy tworzyli wyłącznie do szuflady. Sprawia, że marzenie o teatrze staje się bliższe niż kiedykolwiek. (IM)

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”

poniedziałek, 24 lipca 2017

druga recenzja z koncertu

Nostalgiczny Machalica
Chorzowski Ogród Teatralny zainaugurował w tym roku Piotr Machalica z zespołem. Ten popularny aktor, znany z wielu ról teatralnych i filmowych, jest również aktywny jako wokalista. W Chorzowskim Centrum Kultury wystąpił z recitalem Mój ulubiony Młynarski na trąbkę, dwie gitary i akordeonik.
Wojciech Młynarski dla wielu artystów był i nadal jest inspiracją. Machalica przyznał, że spośród bogatego dorobku tego twórcy niezwykle trudno było wybrać dwadzieścia utworów tak, by tworzyły spójną całość, bo każdy z nich to osobna historia. Jednak wszystkie te historie zostały perfekcyjnie przedstawione na chorzowskiej scenie. Wykonanie, ale przede wszystkim aranżacje sprawiały, że publiczność od pierwszych dźwięków została wprowadzona w wyjątkowy nastrój przepełniony nostalgią za tym, co było.
Bo w piosenkach Młynarskiego, w opowiadanych przez niego historiach są zapisane smaki, zapachy, maniery i obyczajowość, które bezpowrotnie minęły. Nie każdemu jednak udaje się je zaprezentować tak, by zarówno wzruszyć, jak i rozbawić publiczność. Piotr Machalica dokonał tego z ogromnym wdziękiem, ale też z należytym szacunkiem.
Było więc nostalgicznie, ale w bardzo dobrym znaczeniu tego słowa. Zapewne w jakimś stopniu wynika to z tego, że zarys koncertu powstał jeszcze za życia Wojciecha Młynarskiego, a nie ku jego czci. Zaprezentowane zostały więc te najbardziej znane szlagiery (typu Róbmy swoje, Moje ulubione drzewo, Jeszcze w zielone gramy), ale też mniej kojarzone piosenki i tłumaczenia. Każdego utworu słuchało się z przyjemnością.
Po raz kolejny okazało się również, jak czujna i wsłuchana w każde słowo jest publiczność Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, która żywo reagowała na te mniej nostalgiczne a bardziej komiczne fragmenty tekstów. Tych, jak wiadomo, w swym dorobku Młynarski ma mnóstwo, a Machalica świetnie potrafił je wyeksponować.
Na scenie obok aktora można było też zobaczyć owe dwie gitary, trąbkę i akordeonik, czyli Michała Walczaka, Krzysztofa Niedźwieckiego i Pawła Surmana. Zwłaszcza trąbka robiła wrażenie. Pozostaje nadzieja, że panowie w tym składzie i z takim repertuarem wydadzą płytę. Ogromnie cieszy, że piosenki Młynarskiego żyją i nadal są obecne w kulturalnej przestrzeni.
Zresztą nie tylko piosenki, bo Machalica część tekstów deklamował: i była to deklamacja, jakiej rzadko ma się przyjemność posłuchać, piękna i dystyngowana, nawet gdy treść momentami była komiczna. Taka deklamacja skłania do tego, by się zatrzymać, zamyślić, zadumać. Dzisiaj mało kto i mało kiedy tak deklamuje.
W tłumaczonym przez Wojciecha Młynarskiego tekście Georgesa Brassensa Testament czytamy:
„Lecz nie szukajcie mnie na górze,
ja stamtąd nie pozdrowię was,
raczej przepadnę w czarnej dziurze,
którą okrutny drąży czas…”
I kiedy ten tekst wykonywał Machalica, pomyślałam, że Wojciech Młynarski nie ma szans na to, by zniknąć w dziurze zapomnienia. Bo jego twórczość jest tak pojemna i bogata, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce na nowo przedstawić ją szerokiej publiczności. Pozostaje mieć nadzieję, że zrobi to w tak dobrym stylu, jak Piotr Machalica i jego zespół. Po ich występie widać, że Młynarski jest dla nich faktycznie ulubiony.
Magda Kulus

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”

sobota, 22 lipca 2017

recenzja z Machalicy

Takie ballady
recenzja koncertu Mój ulubiony Młynarski na dwie gitary, trąbkę i akordeonik

„[…] a mnie się ciągle marzy
już od kilku ładnych lat…
Taka piosenka, taka ballada,
co byle czego nie opowiada,
bo słów jej szkoda, bo krew nie woda,
bo nagli czas”

Koncert Piotra Machalicy, Mój ulubiony Młynarski na dwie gitary, trąbkę i akordeonik, rozpoczyna się jasną deklaracją. Zawiera się w niej zarówno tęsknota za tekstami mądrymi, dotykającymi prawdziwego życia, jak i przekonanie, że dla tego typu utworów próżno szukać miejsca na „top-listach” rozgłośni radiowych. Piosenki śpiewane przez Machalicę zdecydowanie sytuują się po stronie tych, które nie błądzą po „tandetnych kramach”. Dzięki temu (oraz świetnej interpretacji) recital poświęcony Młynarskiemu to prawdziwe muzyczne wydarzenie, na miarę Mistrza.
Koncert ten w oczywisty sposób stanowi hołd składany jednemu z najwybitniejszych polskich „tekściarzy” XX wieku. Wojciech Młynarski to autor niezwykłych piosenek, obezwładniających ironicznym (ale i ciepłym!) humorem i zaskakującymi pointami. Młynarski obdarzony był „zmysłem obserwatorskim”, którego pozazdrościć mógł mu niejeden dziennikarz czy reporter. Na kanwie sytuacji codziennych, wydawałoby się, nieznaczących, potrafił stworzyć historie mówiące wiele o współczesnym mu świecie, a przede wszystkim o ludziach w nim żyjących. Jego teksty charakteryzują się niesamowitą językową precyzją i dbałością o słowo.
„Nie chciałem, aby ten koncert składał się wyłącznie z przebojów, których Wojtek miał niezliczoną ilość, ale również z piosenek mniej znanych”, tłumaczył w wywiadzie dla „Sztajgerowego Cajtunga” Piotr Machalica. I rzeczywiście, podczas koncertu pojawiają się takie hity, jak Jeszcze w zielone gramy, Idź swoją drogą czy Nie ma jak u mamy, ale również mniej rozpoznawalne teksty i tłumaczenia. W tej, momentami zabawnej, momentami natomiast melancholijnej, muzycznej podróży towarzyszą aktorowi muzycy: Krzysztof Niedźwiecki, Michał Walczak i Paweł Surman.
Choć interpretacje koncertowe różnią się od wersji oryginalnych (na czym zresztą opiera się ich wartość), to artystom udała się rzecz najistotniejsza: ocalenie zawartej w nich głęboko humanistycznej wrażliwości. Trudno zresztą, by było inaczej. Machalica mierzy się z twórczością Wojciecha Młynarskiego nie po raz pierwszy, a ślady tych artystycznych „przenikań” można znaleźć między innymi na płycie Moje chmury płyną nisko.
„Owacja na stojąco, nasze zachwyty i wiara w to, że inteligentna wymiana myśli to jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie się nam mogą przytrafić… powinni grać i grać ten spektakl, dla naszego wspólnego dobra!”, pisała Magda Umer w tekście towarzyszącym wydarzeniu. Pozostaje tylko podpisać się pod tym stwierdzeniem.
Barbara Englender

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”

wywiad z Grażyną Bułką

Gram sercem i duszą
rozmowa z Grażyną Bułką

Grażyna Bułka to jedna z najbardziej popularnych aktorek na Śląsku. Na co dzień można ją zobaczyć w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego i w Teatrze Korez. Za monodram Mianujom mnie Hanka, który zaprezentuje podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, otrzymała w tym roku Złotą Maskę.

Sztajgerowy Cajtung: Czy wakacje to dobry czas na teatr?
Grażyna Bułka: Na teatr jest zawsze dobry czas, bez względu na to, czy są wakacje, czy jest zima. W wakacje większość teatrów ma przerwę, więc w lecie widzowie są stęsknieni za teatrem.
Sz. C.: A czy masz czas na urlop?
G. B.: Mam. Często zdarzało się w moim życiu, że te wakacje były podzielone na pracę i odpoczynek, ale od pewnego czasu, od kiedy Grażyna Bułka trochę się zestarzała (śmiech), postanowiłam, że wakacje są tylko dla mnie. To jest czas, kiedy mogę naładować baterie, kiedy muszę odpocząć po intensywnym sezonie: innej możliwości nie ma. W tym roku w wakacje gram tylko raz, podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego.
Sz. C.: Widzowie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego będą cię mogli zobaczyć w monodramie Mianujom mnie Hanka. O czym on jest i dlaczego trzeba go obejrzeć?
G. B.: Przyznam, że nie jestem w stanie ubrać w słowa, dlaczego ta Hanka jest taka ważna, bo ona jest ważna dla różnych ludzi w różnym stopniu. Dla mnie jest ważna prywatnie i zawodowo, ponieważ takie teksty (ten napisał Alojzy Lysko) zdarzają się czasami raz na całe życie. Mnie na szczęście zdarzyło się to drugi raz, dlatego, że pierwszym takim wspaniałym tekstem jest dla mnie Cholonek Janoscha. Natomiast Hanka jest spektaklem, który porusza każde pokolenie, bez względu na to, czy ma się dwadzieścia, czy sto lat. Nawet nie trzeba go oglądać, wystarczy posłuchać, by go przeżyć tak, jak ja go przeżywam i jak przeżyli go widzowie, liczeni w setkach, którzy już go zobaczyli. To jest historia kobiety, jej życia, zmagań, upadków i wzlotów, pokazana przez pryzmat całej zawieruchy wojennej, która przetoczyła się przez nasz kraj, a przede wszystkim przez Śląsk. Dotyczy też plebiscytu i odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Kim my, Ślązacy, jesteśmy? Ten spektakl jest też ważny dla „nieŚlązaków”, żeby zrozumieli, na czym polega ta nasza śląska historia, która jest diametralnie inna od historii Polski. Dlaczego ona jest taka, dlaczego jest tak bolesna, dlaczego my ciągle do niej wracamy i dlaczego musimy ją wszystkim spoza Śląska tłumaczyć. Spektakl ten jest też fantastyczny ze względu na warstwę językową, dlatego że Pan Lysko napisał tekst piękną, szlachetną gwarą śląską, a ja bym powiedziała: językiem śląskim. Językiem, za pomocą którego mogę wyrazić wszystkie uczucia ludzkie. Jest tak bogaty w słownictwo, że bardzo przyjemnie się go słucha.
Historia Hanki jest dla mnie dodatkowo poruszająca, bo jej losy dotykają w pewnym sensie losów mojej rodziny. Tak naprawdę każdy Ślązak przeżył podobną historię. Dlatego wszystkich na to przedstawienie serdecznie zapraszam. Każdy, kto przyjdzie i poświęci mi te 75 minut, sam sobie odpowie na pytanie, czy było warto. Mój przyjaciel, Darek Niebudek, który je obejrzał, powiedział, że życzy mi, żebym grała ten spektakl jak najdłużej, bo za pomocą tego monodramu jesteśmy w stanie ludziom wytłumaczyć, o co nam chodzi w temacie śląskości. To jest edukacja, poprzez teatr, a nie przez zagmatwane tłumaczenia i uczenie się historii. Trzeba tego posłuchać i zobaczyć, jak przez życie jednej kobiety wiele się przetoczyło. Ona zbiera to życie jak nitki w swoich ostatnich dniach i wspomina. Co nie znaczy, że Hanka jest tylko smutna, bo jest to momentami bardzo zabawne przedstawienie. Tak jak w życiu, które jest przecież słodko-gorzkie.
Sz. C.: Tak jak wspomniałaś, przez 75 minut sama występujesz na scenie. To jest chyba trudne zadanie?
G. B.: To jest najtrudniejsze zadanie aktorskie i najtrudniejsza forma teatru. Nigdy nie chciałam grać monodramów, ale one dwukrotnie odnalazły mnie same. Najpierw była Poczekalnia, którą zrobiłam w zasadzie dla mojego syna, bo to on tę sztukę napisał. To miało być moje ostatnie wykonanie monodramu (śmiech), ale Mirek Neinert, dyrektor Teatru Korez, wziął mnie „pod włos” i znienacka dał mi tekst Hanki. Przeczytałam i wiedziałam, że to jest to.
Sz. C.: Że zagrasz.
G. B.: Powiem ci, że ja nawet nie wiem, czy ja to gram. Kiedyś jedna dziennikarka zapytała, dlaczego ja ten spektakl tak przeżywam. A ja jej wyjaśniłam, że nie znam innego aktorstwa. Moje aktorstwo polega na tym, że się angażuję, nie potrafię grać „sposobem”. Jest jakaś forma, którą trzeba sobie narzucić, ale ja zazwyczaj, zwłaszcza takie trudne teksty, staram się odtwarzać sercem i duszą.
Sz. C.: A jak wyglądały przygotowania? Na co kładliście szczególny nacisk?
G. B.: Tak jak mówiłyśmy, ten spektakl to jest godzina i piętnaście minut gadania. Do tego są piosenki. Całe zeszłe lato, z dwutygodniową przerwą na urlop, uczyłam się tekstu. Dlatego, że tylko dosłowne odwzorowanie tego, co zostało napisane przez Pana Alojzego Lyskę, ma sens. W Hance nie można mówić własnymi słowami ani improwizować. Ten język jest dosyć trudny, skomplikowany nawet dla mnie, chociaż ja go znam od dzieciństwa, bo wyssałam go z mlekiem matki. Różni się też trochę od tego, którego ja się nauczyłam. Jest w nim bardzo dużo starośląskich zwrotów, składnia jest nieco inna. Trzeba więc było się tego nauczyć. To trwało mniej więcej dwa miesiące. A potem to już szło. Z Mirkiem Neinertem [reżyserem, M. K.) rozumieliśmy się bez słów. On fantastycznie potrafił mnie poprowadzić, dał mi dużo swobody, był takim moim nauczycielem i mistrzem, który potrafił mnie uruchomić i zatrzymać w odpowiednim momencie. Te próby zazwyczaj kończyły się tak, że oboje bardzo się wzruszaliśmy. Razem płakaliśmy, to było dla nas takie oczyszczenie. Dla mnie do dziś to przedstawienie jest formą katharsis. Po każdym spektaklu czuję trud i przyjemność.
Sz. C.: Słyszałam, że bardzo często po nim płaczesz.
G. B.: Tak. I na nim, i po nim.
Sz. C.: Z czego to wynika?
G. B.: Mając pięćdziesiąt parę lat, ma się już jakieś doświadczenie życiowe. Jestem matką dwóch synów, mam swoje problemy, także zdrowotne i jak mówię o pewnych rzeczach słowami Hanki, to czasami wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. Nie potrafię nad tym przejść do porządku dziennego. To dlatego ten spektakl mnie tyle kosztuje.
Sz. C.: Widzowie też się wzruszają i czasami podejmują z tobą dialog.
G. B.: Też się zdarza. Czasami nawet ich do tego zachęcam. Często, gdy opowiadam jakąś historię, to potwierdzają, że tak właśnie było. Namawiam ich też do śpiewania razem ze mną. I oni śpiewają. Na początku musiałam być na Hance stuprocentowo skupiona, teraz w sumie też, ale mam na tyle ten tekst osadzony, że mogę sobie czasami pozwolić na kontakt z widzem. To jest żywy teatr. W pewnym momencie przestaję to traktować jak teatr, a zaczynam to odbierać jak spotkanie. Niektórzy twierdzą, że ten spektakl wymyka się spod jakichkolwiek definicji.
Sz. C.: Czy mogłabyś powiedzieć też coś o rekwizytach? W Hance jest ich niewiele, ale wiem, że mają dla ciebie duże znaczenie.
G. B.: Tak. Gram w sukience mojej mamy. Wyszukiwałam rekwizyty właśnie u niej. Szukałam głównie starych zdjęć i przy okazji otworzyłam szafę mojego ojca, który nie żyje już prawie trzydzieści lat. W jednej z szuflad znalazłam jego stare okulary. Nikt nie pamiętał, że one tam są. Rogowe, duże, piękne okulary mojego taty. Wprawiłam do nich nowe szkła i w nich gram. Sukienka mamy, okulary taty i mam poczucie, że oni są ze mną.
Sz. C.: Czy te rekwizyty nie są symbolem ciągłości pokoleń, znakiem, że ta nasza śląskość przechodzi z pokolenia na pokolenie?
G. B.: Pięknie to powiedziałaś i ty jako pierwsza to nazwałaś… Ja po prostu to czułam, wiedziałam, że muszę mieć jakiś element od mojej mamy, nie sądziłam, że znajdę coś osobistego po moim tacie. I faktycznie, to jest taka ciągłość. To jest taka moja nić, która wiąże mnie z XX wiekiem.
Sz. C.: Wracając jeszcze do języka Hanki, wspominałaś, że nie jest on najłatwiejszy. Czy ktoś, kto zna słabo gwarę albo w ogóle, może przyjść na ten spektakl?
G. B.: Nawet powinien. W języku Alojzego Lyski jest bardzo mało niemieckich zwrotów. To jest czysty, śląski język i on jest bardziej zrozumiały dla osób spoza Śląska niż ten, którym się posługujemy teraz, bo nasz język jest bardziej zniemczony. Oczywiście, nawet ja znalazłam tam takie słowa, których nie rozumiałam, tłumaczył mi je Pan Alojzy.
Sz. C.: Śląskie przedstawienia, w których występujesz w Korezie, czyli Cholonek i Mianujom mnie Hanka cieszą się ogromnym zainteresowaniem widzów. Jak myślisz, z czego to wynika?
G. B.: Chyba najbardziej z tęsknoty. W grę wchodzi też sentyment, chęć powrotu do młodych lat i pokazania swoim wnukom świata, którego już nie ma. Bo tego Śląska, który ja pamiętam z dzieciństwa, już nie ma i on nigdy nie wróci. Kiedyś, jak była Barbórka, to od rana grały orkiestry, szło się na mszę, były akademie w domach kultury, potem tata brał mnie na kopalnię, bo mój tata to był naprawdę fajny Ślązak… No i widzisz, jak ja mogę być inna, jak z każdej strony dotyka mnie coś, co jest z tym Śląskiem związane! Ale wracając do przedstawień, to muszę powiedzieć, że my niejedno młode pokolenie wychowaliśmy już na Cholonku. Hankę też zdarza mi się grać dla młodzieży i trzeba przyznać, że młodzież pięknie przyjmuje to przedstawienie, wzrusza się. Cieszę się, że panuje teraz swego rodzaju moda na śląskość. Oczywiście nieskromnie powiem, że mam nadzieję, że widzowie przychodzą też na te spektakle ze względu na mnie (śmiech).
Sz. C.: Właśnie chciałam to powiedzieć: że spektakle te przyciągają po prostu świetną obsadą (śmiech). A jak myślisz, czy ta kultywowana przez ciebie śląskość ma szansę przetrwać?
G. B.: Mam nadzieję, że przetrwa. Robię wszystko, żeby przetrwała. Sądzę, że wielu jest takich jak ja. Dopóki żyje język, dopóty żyje kultura. I dlatego my tak bardzo o ten śląski język walczymy.
rozmawiała Magdalena Kulus

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”


piątek, 21 lipca 2017

wywiad z Piotrem Machalicą

Mój ukochany Młynarski
rozmowa z Piotrem Machalicą

Sztajgerowy Cajtung: Nie: kiedy, nie: dlaczego, ale JAK mierzył się Pan z twórczością Wojciecha Młynarskiego, podchodząc do układania recitalu.

Piotr Machalica: Twórczość Wojciecha Młynarskiego towarzyszy mi od dzieciństwa, jest częścią mojego życia. Jedyne, z czym musiałem się mierzyć to znalezienie czasu oraz wybór utworów do koncertu (śmiech). Przed wyzwaniem stanęli też muzycy, Krzysztof Niedźwiecki, Paweł Surman i Michał Walczak, który jest również autorem aranżacji do tego koncertu. To było wiele miesięcy pracy i poszukiwań takich form muzycznych, z których dziś jesteśmy zadowoleni. Jak się okazało, docenia je również publiczność.

Sz. C.: Mówił Pan w jednym z wywiadów, że ten recital powinien się nazywać Mój ukochany Młynarski. Bazuje to na wspólnocie myśli i poglądów, na podejściu do piosenkowego tworzywa, a może jeszcze na czymś innym?

P. M.: Mój ukochany Młynarski, bo jest to twórca, poeta, bard, którego kocham. Tak po prostu. Znałem jego twórczość i to zaważyło na tym, że podjąłem się zaśpiewania piosenek, które są częścią mojego życia. Pyta pani o wspólnotę myśli, poglądów, podejście do piosenki. Prawda jest taka, że nie da się tego rozróżnić. Wojciech Młynarski był absolutnym mistrzem, pod każdym względem.

Sz. C.: Jakie było największe odkrycie albo zaskoczenie przy układaniu piosenek w recitalu?

P. M.: Wszystkie te piosenki znałem, więc jako takich zaskoczeń nie było. Raczej powiedziałbym tu o doświadczeniu, którym jest dokonanie wyboru repertuaru spośród dwóch tysięcy utworów, które Wojtek napisał, a ja znam i są mi bliskie. Nie chciałem, aby ten koncert składał się wyłącznie z przebojów, których Wojtek miał niezliczoną ilość, ale również z piosenek mniej znanych.

Sz. C.: Mój ulubiony Młynarski to recital bardzo młody, chociaż od dwóch lat przymierzał się Pan do jego stworzenia. Jak ewoluował ten program?

P. M.: Po prostu pracowaliśmy, szukaliśmy utworów. Wybieraliśmy, dokładaliśmy, skreślaliśmy. Początkowo wydawało mi się, że tych dwadzieścia piosenek, które wybiorę do koncertu powinno mieć jakąś wspólną myśl, temat przewodni. Szybko doszedłem do wniosku, że wcale tak nie jest, dlatego, że każda jego piosenka jest osobną opowieścią i wszystkie dotykają tego samego: życia. Przymierzaliśmy się do tego programu od dawna, to prawda. Wcześniej nie miałem odwagi. Ale dwa lata temu zaczęliśmy na ten temat rozmawiać coraz częściej z muzykami. Intensywne próby rozpoczęliśmy jesienią 2016 roku.


Sz. C.: W szkole aktorskiej lubił Pan najbardziej piosenkę, wolał granie w zespole bigbitowym niż aktorstwo? Pana płyty i recitale nie są przecież tylko realizacją marzenia o śpiewaniu…

P. M.: Zarówno w szkole, jak i po jej ukończeniu, robiłem wszystko, ponieważ to, co pani wymieniła zamyka się w tym zawodzie. Można śpiewać, grać, występować na estradzie. Lubiłem i lubię każde z tych zajęć. Fajnie jest, i myślę, że jest to szczęście wielu ludzi, którzy się zdecydowali ten zawód uprawiać, że mogą dotknąć wszystkich z nurtów tego zawodu.


Sz. C.: Istnieje takie przekonanie, że poetów piosenki: Koftę, Osiecką, Przyborę, mogą śpiewać właściwie wszyscy. Przed Młynarskim czuje się pewien strach. Jakie pułapki wykonawca-autor pozostawia aktorowi?

P. M.: Żadnych. To jest problem wykonawcy, na którą piosenkę się zdecyduje i czy będzie skupiać się na myśleniu o tym, że mierzy się z czymś, co Wojtek napisał sam dla siebie, by osobiście później wykonać. Myślę, że to właśnie może onieśmielać. Jeśli się o tym nie myśli, tylko przepuszcza przez swoją wrażliwość, przez swój sposób patrzenia na świat, to można te utwory śpiewać.

Sz. C.: Co daje nam Młynarski czytany dzisiaj? Zaznaczam „czytany”, bo przecież w wypadku Młynarskiego teksty bronią się równie dobrze bez muzyki…

P. M.: Każdy z nas sam musi odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Sz. C.: Bardziej inspiruje Pana melancholia czy satyra?

P. M.: Inspiruje mnie mądrość Wojciecha Młynarskiego i mądrość jego tekstów. A w tym jest wszystko: i satyra, i melancholia, i dystans. Wszystko.

Sz. C.: W Chorzowskim Teatrze Ogrodowym recital będzie miał tytuł, zaproponowany przez Pana, Mój ulubiony Młynarski na dwie gitary, trąbkę i akordeonik. To spektakl kameralny, spotkanie z każdym widzem z osobna?

P. M.: Graliśmy ten koncert i bardzo kameralnie, i dla ponad pięciuset osób w OCH-Teatrze, czy dla prawie siedmiuset ostatnio pod Arsenałem we Wrocławiu. Zapewne nie do wszystkich trafiam, ale każdy koncert to spotkanie z każdym widzem z osobna, mam przynajmniej taką nadzieję.

Sz. C.: Nie jest Pan piosenkarzem, a opowiadaczem historii.

P. M.: Zawsze wybierałem wyłącznie piosenki z dobrym tekstem. Każdy z utworów, które śpiewam jest opowieścią.

rozmawiała Izabela Mikrut

tekst opublikowany w „Sztajgerowym Cajtungu”, gazecie festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego

środa, 19 lipca 2017

płyty Piotra Machalicy

Porady Starszego Konspiranta

„Starszy Konspirant — daję tobie
kompendium wiedzy mej,
sekretnej
Wkuj to na pamięć i noś w sobie
A kartkę połknij najdyskretniej”

„Piaskownicę” — wydaną w 2015 roku płytę Piotra Machalicy — otwierają ironiczne porady, padające z ust doświadczonego spiskowca. Nie jest to przypadek. Piosenki w jego wykonaniu zapraszają do bardzo elitarnego grona, którego członkowie związani są jednak nie tyle działalnością wywrotową, ile pewnym szczególnym rodzajem wrażliwości.

Piotr Machalica znany jest przede wszystkim jako aktor filmowy i teatralny. Jego talent muzyczny został dostrzeżony jednak już w 1986 roku podczas Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. W dorobku ma trzy solowe albumy: wydany w 2002 roku Portret muzyczny: Brassens i Okudżawa, 10 lat młodszą płytę Moje chmury płyną nisko oraz wspominaną już Piaskownicę.

Artysta ten w konsekwentny sposób sięga do tradycyjnego rozumienia poezji śpiewanej. Znaczną część tekstów przez niego wykonywanych (w tym wszystkie utwory z Piaskownicy) napisał Jan Wołek, który, jak przyznaje artysta, posiadł dar „czytania w duszy” aktora. Wśród utworów wykonywanych przez Machalicę znaleźć można również teksty Andrzeja Strzeleckiego, Edwarda Stachury czy Wojciecha Młynarskiego, któremu poświęcony jest koncert podczas tegorocznego Chorzowskiego Teatru Ogrodowego.

Piosenki Machalicy to w dużej mierze utwory melancholijne, słodko-gorzkie (Tak młodo jak teraz, Piaskownica, Kustosz). Nie brak w nich jednak również ironicznego, zdystansowanego spojrzenia, a nawet ostrej satyry (Psiarnia, Kwestia wychowania). To teksty zarazem bardzo intymne, jak i posiadające silne przesłanie; piosenki, które bawią, ale równocześnie zmuszają do zadumy, zatrzymania się w pędzie, jaki oferuje nam dzisiejszy świat.

„Nie chciałbym, żeby pomyślał pan, że narzekam, ale mam poczucie, że wchodzę w czas, który jest kompletnie nie mój. […] To czas wszechobecnego internetu i Facebooka. To tam ustala się, co jest dobre, a co kiepskie. Tam też każdy może się wypowiedzieć bezkarnie, nieodpowiedzialnie” — tak Piotr Machalica diagnozował współczesność 5 lat temu w wywiadzie dla „Gazety Lubuskiej”. Dziś ta tęsknota za dawnym porządkiem świata, rzeczywistością „offline” wydaje się jeszcze bardziej uprawniona. W wyraźny sposób widać ją również w piosenkach zarejestrowanych przez aktora. Są to bowiem utwory trochę retro, może nawet staromodne. Jednak właśnie dzięki temu nastrojowi okazują się tak bardzo prawdziwe. Piotr Machalica wydaje się w nich upominać o instytucję barda, o miejsce dla inteligentnej, ale i niestroniącej od emocji, rozrywki. A zarazem o kwestie podstawowe (choć niegoszczące dziś zbyt często na pierwszych stronach gazet), czyli — jak podkreśla w cytowanym wywiadzie — „przyjaźń, miłość, lojalność”.

„W czasach powszechnej znieczulicy niskich wartości i miałkich produktów z plastiku made in China poezja daje nam szansę na ocalenie tego co najważniejsze” — tymi słowami Piotr Machalica otwiera książeczkę dołączoną do płyty „Moje chmury płyną nisko”. Solowe albumy aktora są najlepszym dowodem na prawdziwość tego stwierdzenia.

Barbara Englender

tekst opublikowany w „Sztajgerowym Cajtungu”, gazecie festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego

poniedziałek, 17 lipca 2017

z konferencji prasowej...

Plany na wakacje

Nic ciekawego nie powiedział Naczelny Ogrodnik na konferencji prasowej jedenastego sezonu Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, bo też i nic nowego powiedzieć nie mógł. Wiadomo: sprawdzone kameralne i komediowe spektakle to przecież założenie każdej edycji festiwalu. Ceny biletów, dzięki wsparciu Miasta Chorzów, jak zwykle na tyle niskie, żeby każdy miłośnik teatru mógł sobie pozwolić na przybycie. Repertuar kuszący, co podkreśla każdy, kto już przeczytał program (zamieszczamy go na ostatniej stronie tego numeru, ale od dawna można go znaleźć na różnych plakatach, stronach, ulotkach itp.). O całorocznej walce o budżet, terminy i o pokonywaniu przeszkód nie ma co wspominać, widzowie mogą cieszyć się po prostu dobrym teatrem.
Tegoroczną niespodzianką jest spektakl praktycznie nie do obejrzenia gdzie indziej, legendarna już, żeby nie napisać, że prehistoryczna, Zabawa. Dawno, dawno temu (w 1995 roku) trzej studenci PWST im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie przygotowali przedstawienie według tekstu Sławomira Mrożka. Przedstawienie tak atrakcyjne, że z miejsca weszło do stałego repertuaru Teatru Powszechnego w Warszawie, a pochwałami, niebezpodstawnymi, obsypywał adeptów aktorstwa między innymi Jan Englert. Nie dziwi to jednak, bo studentami owymi byli Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki i Adam Krawczuk, marzący o tym, że podbiją sceny całego kraju. Reaktywowali (okazjonalnie) pomysł ze studenckich czasów i udało się zaprosić ich na ChTO z czymś, co dzisiaj już trudno zobaczyć (13 sierpnia, w niedzielę o 19:00 w Sztygarce). Ale prawdziwa, obecna Montownia, też, jak zwykle, będzie, razem z obiecującym Teatrem Papahema z Białegostoku. Przygotowana wspólnie Calineczka dla dorosłych to teatralna uczta (chociaż trochę się już to hasło na ChTO opatrzyło, pasuje idealnie). Gra konwencjami, mroczna satyra, dowcipy dla dorosłych i niebywała plastyczność obrazu to tylko niektóre atuty spektaklu (28 lipca, w piątek o 19:00 w Sztygarce). Żeby dopełnić cyklu spotkań ze stałymi gośćmi na ChTO, pojawi się jeszcze Rafał Rutkowski solo, z drugim monodramem mistrzowskim. Jego Żołnierz polski to nie prosty stand-up, a w pełni teatralna opowieść z podziałem na role, rozbudowana także technicznie. Rutkowski w najlepszym jak na razie wydaniu staje się też szokująco aktualny (11 sierpnia, piątek o 19:00 w Sztygarce). Pojawi się również teatr, o którego obecność Naczelny Ogrodnik zabiegał niemal od początku pracy nad ChTO. Wreszcie udało się zgrać terminy z Teatrem Witkacego z Zakopanego. Demonizm zakopiański na podstawie jednego prasowego artykułu to coś, co koniecznie trzeba obejrzeć (4 sierpnia o 19:00, piątek, w Sztygarce).
ChTO zainauguruje recital Piotra Machalicy z piosenkami Wojciecha Młynarskiego. Przygotowywany od dwóch lat pozwala pośmiać się i powzruszać, czasem niemal równocześnie. Kiedy był planowany jako koncert teatralny na początek jedenastego sezonu, nie przypuszczaliśmy, że stanie się także wspomnieniem o Wojciechu Młynarskim. W ChTO recital będzie mieć specjalny, podkreślający kameralność przedsięwzięcia, tytuł: Mój ulubiony Młynarski na dwie gitary, trąbkę i akordeonik (16 lipca, niedziela, o 19:00, w ChCK-u).
Chociaż Mianujom mie Hanka Teatru Korez z Katowic komedią nie jest, nie mogło tak ważnego śląskiego głosu zabraknąć w cyklu Tyjater kery godo (i przy okazji monodramie mistrzowskim!). Nieprzypadkowo Grażyna Bułka otrzymała za „Hankę” Złotą Maskę 2016 w kategorii Najlepsza rola kobieca (21 lipca o 19:00, piątek, w ChCK-u). Spektaklem spoza głównego programu będzie Rajzentasza. Krótkie sztuki po śląsku, dwie do śmiechu, a jedna nie Teatru Reduta Śląska (23 lipca o 18:00, niedziela, w ChCK-u). W programie ChTO również znalazł się nagradzany na kolejnych przeglądach i nowy Monsieur Charlie tyskiego Teatru HoM: inteligentne i dowcipne połączenie klasyki i nowości, pantomima z prawdziwym taperem i historia zawsze aktualna (18 sierpnia o 19:00, piątek, w Sztygarce). Jedyna zmiana w stosunku do opublikowanego w Dzień Dziecka (żeby wszyscy mogli cieszyć się jak dzieci) programu dotyczy finału. Teatr Ludowy z Krakowa zaprezentuje nie Wszystko o mężczyznach, ale Wszystko o kobietach. Autor ten sam, ale obsada zdecydowanie piękniejsza (25 sierpnia o 19:00, piątek, w Sztygarce). A pierwszego września niespodzianka: nowy cykl, Grządka szkolna, czyli Inspekt: przegląd najciekawszych propozycji teatrów licealnych z regionu. Naczelny Ogrodnik zaprosił dwa spektakle: Igraszki z diabłem (I LO im. Adama Mickiewicza, Ruda Śląska) oraz Wild Ass Leon (III LO, Chorzów Batory): młodzież naprawdę potrafi zaskoczyć, i to nawet najwybredniejszych teatromanów!
Dzięki wsparciu Województwa Śląskiego najmłodszych zaprosić możemy na Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy, czyli małe ChTO, które w tym roku, jak poprzednio, odbywać się będzie na scenie w Skansenie (spotykamy się zawsze pod bramą Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie” i wędrujemy na miejsce spektaklu z aktorami!). W razie deszczu, gradu, śniegu i innych niepożądanych w sierpniowe sobotnie popołudnia zjawisk atmosferycznych chowamy się pod dachem). W programie spektakle z całej Polski i z zagranicy (PIKI!) kolorowe, rozśpiewane, w dużej części interaktywne, a czasem prezentujące egzotyczne techniki teatralne (Ewa Kubiak w Momo). Po raz kolejny zapraszamy oczywiście wszystkich na Dziecinadę 15 sierpnia.
Co więcej? Bilety na spektakle dla dorosłych można rezerwować i kupować w przedsprzedaży przez internet (sieć ticketportal.pl z odświeżonym layoutem) lub w miejscu wydarzenia (ChCK lub Sztygarka) oraz w biurze Ticketportal (Katowice, plac Sejmu Śląskiego 2). Rezerwacje niewykupione w terminie tracą ważność w piątek poprzedzający wydarzenie. A że w ChCK-u można wybierać sobie również miejsce, warto się spieszyć. Na spektakle dla dzieci wstęp wolny dla wszystkich, także na godzinę przed wydarzeniem do Skansenu. Zaplanujcie sobie weekendy z ChTO, żeby mieć gwarancję dobrej wakacyjnej teatralnej zabawy.
Informacje o ChTO tradycyjnie na www.chto.pl i na www.facebook.com/chorzowskiteatrogrodowy (tu konkursy i wiadomości z ostatniej chwili), a gdyby ktoś chciał podzielić się uwagami na temat festiwalu lub konkretnego wydarzenia, adres sztajgerowycajtung@gmail.com cały czas działa i jest do Waszej dyspozycji.
Tyle (w skrócie) powiedział.
I jeszcze baloniki mamy.
Uf.
Pies Ogrodnika

tekst opublikowany w „Sztajgerowym Cajtungu”, gazecie festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego

poniedziałek, 12 września 2016

konkurs dla STAŁYCH WIDZÓW

Teraz przyszedł czas na niespodziankę dla stałych Widzów.
Wygląda to tak:
- udowodnijcie nam, że jesteście stałymi widzami ChTO (na przykład podeślijcie zdjęcia biletów, albo komentarze do spektakli obejrzanych, albo zdjęcia z aktorami, albo coś, co się Wam wymyśli; wszystko oczywiście na adres sztajgerowycajtung@gmail.com)
- przy okazji od razu podajcie rozmiar koszulki tak na wszelki wypadek: koszulek zostało nam mało, może z dziesięć w sumie, dlatego chcemy je przeznaczyć dla stałych bywalców ;).

Jeśli się okaże, że nie mamy już koszulki w Waszym rozmiarze, to dostaniecie po prostu niespodziankę. A jeśli mamy - to koszulkę z niespodzianką.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Początek indiańskiego tygodnia

KONKURS PIERWSZY
Uwaga! Mamy konkurs, a ponieważ tęsknimy za Dziecinadą, to będzie dziecinadowy.
Dla dzieci.
Dla dorosłych też, jeśli się postarają :D.

Zadanie konkursowe: stwórz rysunek indiański.
Na Wasze prace czekamy pod adresem sztajgerowycajtung@gmail.com, nagrody będzie można odbierać - uwaga, tu zmiana - w katowickiej siedzibie ticketportalu (plac Sejmu Śląskiego 2, parter).
No to do dzieła.
A - nagrody mamy dzięki firmie EPK, która jest z Dziecinadą już drugi rok :D

KONKURS DRUGI
Zadanie na dzisiaj: wymyśl szyfr indiański.
Na odpowiedzi czekamy pod adresem sztajgerowycajtung@gmail.com do 10 września (ze wszystkimi konkursami tak będzie, żeby było sprawiedliwie).
Dorośli też mogą brać udział, zrobimy osobne kategorie wiekowe. Nagrody po wszystkim będą czekały w ticketportalu (Katowice, plac Sejmu Śląskiego 2). Zachęcamy do udziału, a jak ktoś jest zbyt leniwy, to niech po prostu udostępni dalej informację ;)))

wtorek, 16 sierpnia 2016

Krzyżówka dla dzieci

Z okazji Dziecinady Basia Englender przygotowała dla dzieci krzyżówkę. Jak twierdzi:
można rozwiązywać z rodzicami, albo można rozwiązywać z rodzicami, encyklopedią, internetem, panem od historii i panią od geografii.



pytania:
1. Ujeżdżanie byków – popisowy sport kowbojów
2. Jest nim lasso
3. Charakterystyczny indiański namiot
4. ...pokoju – palona na znak zawartego przymierza
5. Rodzaj stepu, na którym żyją Indianie (w starym serialu był na niej „domek”)
6. Amerykański odpowiednik żubra
7. Rasa koni, żyjących w Ameryce
8. Najsłynniejsza Indianka, bohaterka bajki Disneya
9. Indiańska siekierka
10. Na głowie Indianina
11. Rządzi w plemieniu



Rozwiązane przez dzieci krzyżówki prosimy podsyłać na adres sztajgerowycajtung@gmail.com (co za zaskoczenie) - nagrody czekają.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Mending fences - recenzja

Przez mur
On wie. On to wszystko wie. Wie wszystko o związkach. Potrafi przewidzieć reakcje kobiet, bezbłędnie interpretuje ich postawy. Umiałby nawet udzielić cennych rad, gdyby ktoś go o to poprosił. Jego mądrość płynie z doświadczenia, a i goryczy przegranego. Bo chociaż on wie, nie zawsze może przełożyć wiedzę na słowa: te więzną mu w gardle. Najtrudniej jest wyznawać uczucia bliskim. W spektaklu Mending fences. Wszystko o związkach to Harry grany przez Kajetana Wolniewicza sprawia, że widzowie ciągle śmieją się i płaczą. Od komedii do ogromnego ludzkiego dramatu przechodzi się tu w sekundę i to nie tylko za sprawą tekstu (nawiasem mówiąc, Norm Foster skomponował go z idealnym wręcz wyczuleniem na prawdę o interpersonalnych relacjach). Tu prawdziwe emocje rzadko są wypowiadane, liczą się za to w spojrzeniach czy drobnych gestach. Kajetan Wolniewicz samym tylko ruchem ramion przekonująco przedstawić może przejścia między różnymi uczuciami. Karol Polak i Magdalena Nieć dzielnie mu na scenie partnerują, ale mają nieco łatwiej: uwaga odbiorców koncentruje się na największym przegranym.
Harry ma za sobą szereg trudnych doświadczeń. W dzieciństwie rodzinę rozbijało uzależnienie od alkoholu matki i surowość ojca. Kiedy bohater założył swoją rodzinę, nie umiał porozumieć się z synem, Drew, a po dziewięciu latach małżeństwa żona oznajmiła mu, że odchodzi, bo nigdy nie była z nim szczęśliwa. Drew jako karta przetargowa boleśnie uświadomił ojcu, ile ten stracił. Choroba wściekłych krów sprawiła z kolei, że Harry własnoręcznie musiał wybić liczące ćwierć tysiąca sztuk stado. Nic dziwnego, że po tym wszystkim stał się zamknięty w sobie i unika mówienia o przeżyciach. Nic dziwnego, że nie umie już ogłosić, co go dręczy. I nic dziwnego, że coraz częściej sięga po alkohol. Harry na swój sposób uporządkował własne życie: sypia z kobietą, której mąż się powiesił (Gin pasuje taki układ, bo nie wyobraża sobie, żeby przywiązać się do kogoś zbyt mocno, sama też jest pokaleczona psychicznie i unika wielkich słów). I nagle, po kilkunastu latach nieobecności, przyjeżdża do ojca Drew, już dorosły. Podróż trwa 32 godziny, więc okazja do wyjaśnienia sobie paru spraw szybko się nie powtórzy. Tyle że mur pretensji jest już bardzo wysoki.
Dom Harry’ego to kilka starych mebli, zlew, lodówka, szklana ściana z drzwiami. Kiedy akcja przenosi się w przeszłość, do dzieciństwa tego bohatera lub do rozpadu jego małżeństwa, akcentuje się to po prostu światłem, światło (i dźwięk) budują też przestrzeń peronu. Nic więcej nie potrzeba do zestawu wstrząsających scen. Troje aktorów precyzyjnie wciela się w bohaterów dramatu: Wolniewicz odgrywa ojca Harry’ego, Polak Harry’ego z dziecięcych czasów (lub Drew sprzed lat), Nieć bywa nieszczęśliwą żoną lub pijaną matką (wówczas zresztą kontrast z wciąż młodą i ponętną kochanką jest największy). W kostiumach to drobne dodatki, wszystko, co istotne, rozgrywa się w słowach i w sferze silnych uczuć. Genialne są w tym spektaklu przejścia między różnymi przeżyciami: intymność i flirt przerodzić się mogą w kłótnię gęstą od pretensji i zamieniającą kochanków w obcych sobie ludzi w mgnieniu oka. Pozorne szczęście pryska w momencie, gdy odsłania się coraz więcej nierozwiązanych problemów z przeszłości. Nie da się ignorować nieporozumień i konfliktów, prędzej czy później odbiją się one na codziennym życiu. Pod kątem psychologicznym to również spektakl bezbłędny. Nie ma tu ani jednej fałszywej reakcji, wszystko zostaje wytłumaczone i pokazane logicznie. Wszystkiemu można przytaknąć. W efekcie na scenie rozgrywa się obyczajowa historyjka ze sprawnie rozłożonymi akcentami emocjonalnymi, a widzowie przeżywają znacznie więcej, otrzymują bowiem lustro własnych zmartwień.
A przecież nie jest to przedstawienie przygnębiające czy ciężkie. Skrzy się od dowcipów, i to dowcipów inteligentnych. Pojawiają się w nim gry słów i humor sytuacyjny, ujawnia się cały talent komediowy aktorów, którzy, kiedy można, zamienią nawet otwarty konflikt w karykaturę. Podobne znaczenia (mimo że bez obliczania na wywołanie kaskad śmiechu) mają drobne puentki na prawach psychologicznych olśnień. Pojawiają się zwłaszcza w momentach, gdy Harry wyjaśnia synowi swoje reakcje w relacjach z Gin. Autorowi można tylko pozazdrościć zmysłu obserwacji i talentu do aforystycznych sformułowań. Dzięki temu opowieść o jednym doświadczonym facecie przeradza się w praktyczny poradnik życia rodzinnego (i rejestr źródeł nieporozumień). Nie da się tego spektaklu oglądać z dystansem. Nawet na chwilę nie można odwrócić od niego myśli. Jest doskonale skonstruowany, każda wiadomość ma znaczenie i powróci w odpowiednim czasie. Ale niezależnie od tego jest prawdziwy w emocjach. To szybko uzależnia. Istnieje olbrzymie niebezpieczeństwo, że prawdy i odkrycia prostodusznego w gruncie rzeczy Harry’ego pozostaną w widzach na długo. Może gdyby zagrali mniej przekonująco, może gdyby Teatr Ludowy dał się ponieść łatwej rozrywce… Może wtedy Mending fences uciekłoby z głowy zaraz po wyjściu z Magazynu Ciekłego Powietrza. Przy tym, co zaprezentowali aktorzy, to nie do osiągnięcia. Wreszcie w zalewie łatwych fars pojawia się komedia, która uwodzi głębią. A Harry Kajetana Wolniewicza deklasuje rywali, wszystkich teatralnych facetów po przejściach.
Izabela Mikrut

sobota, 13 sierpnia 2016

wywiad z Rafałem


TEATR MONTOWNIA CAŁY CZAS W RUCHU
Teatr Montownia jest doskonale znany widzom Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. W piątek (12 sierpnia) będziemy mogli ich zobaczyć po raz kolejny – tym razem w spektaklu „Trzej Muszkieterowie”. O tym przedstawieniu, ale też o ekstremalnych podróżach, wyrozumiałych żonach i teatralnych inspiracjach rozmawialiśmy z Rafałem Rutkowskim.

Sztajgerowy Cajtung: To już kolejny występ Montowni na ChTO. Czy wiele jest takich miejsc, do których wracacie cyklicznie?
Rafał Rutkowski: W Polsce jest takich miejsc kilka. Jesteśmy stałymi bywalcami nie tylko ChTO, ale też Letniego Ogrodu Teatralnego. Na schodach Górnośląskiego Centrum Kultury graliśmy nasze pierwsze przedstawienia. W Chorzowie i w Katowicach jesteśmy bardzo, bardzo często. Do tego dochodzi jeszcze Gliwickie Lato Teatralne. Mamy sentyment do Śląska, wracamy tu chętnie i z uśmiechem na ustach.

Sz. C.: Bardzo nas to cieszy. Lubicie podróżować, czy jest to raczej obowiązek zawodowy?
R. R.: Jak jest przesyt podróżami to wiadomo, że jest kłopot. Osobiście bardzo lubię podróżować i gdybym tego nie lubił, to pewnie nie uprawiałbym fachu aktorskiego. Teatr Montownia ma w swojej filozofii przemieszczanie się, z założenia nie jest stacjonarny.

Sz. C.: Jaka była Wasza najbardziej ekstremalna artystyczna wyprawa?
R. R.: Było ich kilka. Interesujące były nasze podróże do Chin czy na Syberię, tam występowaliśmy w Omsku. Warto wspomnieć też nasze występy w kopalni Guido 350 metrów pod ziemią, byliśmy tam wielokrotnie. Ekstremalne są na pewno nasze występy plenerowe. Na przykład na przedstawienie, które zrobiliśmy z Piotrkiem Cieplakiem w Warszawie na Agrykoli, przyszło około 3000 osób. A na Dworcu Centralnym w Warszawie w drugi dzień świąt dwukrotnie graliśmy z muzyką na żywo naszą autorską szopkę.

Sz. C.: A co na to żony, że w drugi dzień świąt opuszczacie domowe pielesze i idziecie grać na Dworcu Centralnym?
R. R.: Żony są chyba przez to naszymi żonami, że to akceptują. Gdyby nie akceptowały, nie mogłyby być z aktorami. Dwóch z nas ma żony aktorki, więc one najlepiej to rozumieją. Moja żona jest entuzjastką teatru, pracuje też przy Teatrze Montownia w dziale produkcji, jest od tych wszystkich papierowych spraw, więc też akceptuje ten mój nieco marynarski tryb życia.

Sz. C.: W ramach marynarskiego trybu życia 12 sierpnia w Sztygarce zaprezentujecie Trzech Muszkieterów, czyli jeden z efektów szeroko zakrojonego planu przeniesienia na scenę lektur… Jaki jest klucz doboru książek, które przedstawiacie na scenie?
R.R.: Zaczęło się właśnie od Trzech Muszkieterów, bo reżyser, Giovanny Castellanos, stwierdził, że my, Teatr Montownia, jesteśmy jak muszkieterowie i to był jego pomysł. W finale tego przedstawienia sugerujemy, że pokażemy coś następnego, że będzie ciąg dalszy. W sumie to był żart, ale przetworzył się on w kolejne przedstawienie, Quo vadis w mojej adaptacji i reżyserii. Szalony pomysł: w cztery osoby pokazać starożytny Rzym i te wszystkie przygody. Myśleliśmy o tryptyku, więc potem powstała Calineczka dla dorosłych i ona jest zamknięciem tego cyklu. Wybieraliśmy po prostu znane pozycje, które można w jakiś ciekawy sposób przedstawić. Może będzie jeszcze czwarta część, ale na razie nie mamy pomysłu.

Sz. C.: Jeżeli jesteście jak muszkieterowie, to który z Was ma najwięcej cech muszkietera?
R. R.: Poniekąd każdy z nas ma ich trochę, bo filozofia muszkieterów to jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przez prawie 20 lat działalności tak to w naszym teatrze działa. Wszyscy jesteśmy odważni, lubimy odrobinę ryzyka, mamy poczucie humoru. Nie wiem, jak z jazdą konną, bo ja na przykład nie jeżdżę (śmiech). Szermierki uczyliśmy się w Akademii Teatralnej, bo w wielu dramatach, zwłaszcza szekspirowskich, są pojedynki.

Sz. C.: Adaptacje literackie wystawiacie przy współpracy z innymi teatrami. Skąd taki pomysł?
R. R.: Teatr Papahema, z którym gramy Calineczkę…, odkryliśmy przypadkowo. Dwa lata temu ogłosiliśmy konkurs, w ramach którego chcieliśmy wspierać niezależne grupy teatralne, merytorycznie i finansowo. Trzy zespoły przeszły wstępne eliminacje, powstały więc trzy premiery. Idąc za ciosem, Teatr Papahema zaproponował, by zrobić coś wspólnie. Od słowa do słowa pomyśleliśmy, że z lalkarzami Calineczka… mogłaby fajnie wyjść. Takie połączenie dwóch światów, młodości i doświadczenia. Oni mają teraz fantastyczny czas i na pewno jeszcze coś zrobimy wspólnie. My, jako ci starsi, czerpiemy energię z tych młodszych, a oni się mogą od nas czegoś nauczyć. To są bardzo teatralni ludzie z wyobraźnią, mają podobną filozofię teatru, małymi środkami chcą osiągnąć duży efekt, lubią znak teatralny, formę. Dobrze nam się współpracuje. Papahema to trochę jak Montownia sprzed dwudziestu lat.

Sz. C.: Jakie są, poza literackimi, inspiracje Teatru Montownia? Skąd bierzecie pomysły?
R. R.: One się trochę biorą z rozmów, z naszego widzenia świata. Nadal jesteśmy ludźmi, którzy nie boją się ryzyka. Lubimy pewien rodzaj „funu” w teatrze, szukamy zabawy. Robimy to, żeby uprawiać ten fach i nie zwariować. Inspirują nas też reżyserzy, którzy z nami pracują, którzy wnoszą do naszego świata coś innego, rozbijają go, a także miejsca, w których gramy. Występujemy w wielu teatrach, a w każdym są inni ludzie, inna atmosfera. Cały czas jesteśmy w ruchu.

Sz. C.: Wracając do Muszkieterów: jest to spektakl trudny do zagrania. Co w nim było dla Was największym wyzwaniem?
R. R.: Nasi Muszkieterowie momentami przypominają komedię dell’arte: ona wymaga precyzji, skupienia, koncentracji. Nie mamy szpad, pojedynkujemy się „w powietrzu”, musimy dopasować się do dźwięku, zgrać z akustykiem. Nie można w tym spektaklu za bardzo improwizować. Utrzymanie dyscypliny, formy tej opowieści, jest rzeczywiście najtrudniejsze. Ona musi mieć swoje tempo, dynamikę, ale to jest kwestia prób, wyćwiczenia. Lubimy to przedstawienie, bo jest bardzo odświeżające.

Sz. C.: A co w tym spektaklu najbardziej Was bawi?
R. R.: Największą frajdę sprawiało nam odkrywanie, wymyślanie tych światów, postaci, które są kompletnie pokręcone, trochę jak z kreskówki. Składanie tego i wymyślanie żartów, poszczególnych numerów, konfrontacja tego z reżyserem, który jest z Kolumbii i patrzy zupełnie z innej perspektywy, stylistyki, innej tradycji teatru. To wszystko było dla nas bardzo zabawne. Tam jest wiele patentów, żartów, które do dziś nas bawią.

Sz. C.: Czyli podsumowując, warto obejrzeć Muszkieterów, bo jest tam dużo humoru, dużo dobrej gry aktorskiej, dużo niespodzianek. Dodałby Pan coś jeszcze?
R. R.: Myślę, że jest to w dobrym znaczeniu tego słowa rozrywka teatralna na, mam nadzieję, wysokim poziomie, gdzie piątka aktorów prawie bez rekwizytów buduje i pokazuje świat. Każdy mniej więcej zna historię muszkieterów. My staramy się ją pokazać w pięć osób i dysponujemy tylko szafą. Są pojedynki, morderstwa, intrygi, jest Londyn, Paryż. Jest to przedstawienie dla każdego, na tyle dynamiczne, że może być alternatywą dla telewizji. Można przyjść z sześcioletnim dzieckiem i z sześćsetletnią babcią, uśmiechnąć się i rozerwać. Polecam gorąco.
rozmawiała Magdalena Kulus

Teatr Montownia to jedna z pierwszych niezależnych grup teatralnych w Polsce. Założyli ją w 1996 r. trzej absolwenci ówczesnej warszawskiej PWST: Adam Krawczuk, Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki. Później dołączył do nich Marcin Perchuć, również absolwent PWST. Krytycy zgodnie twierdzą, że Montownia jest jedną z ważniejszych grup, jakie pojawiły się na polskim rynku teatralnym. Montownia konsekwentnie definiuje własny model teatru – niezależnego, wolnego od biurokracji, otwartego na nietuzinkowe pomysły i gotowego wspierać innych twórców. Montownia jest teatrem, który nie posiada własnej sceny, obecnie gra gościnnie m.in. w Och-teatrze, Teatrze Polonia oraz w Studio Buffo. (źródło: www.teatrmontownia.pl)

wtorek, 9 sierpnia 2016

zapowiedź...

12 sierpnia, godz. 19:00
w Sztygarce
Trzej Muszkieterowie
Teatr Montownia (Warszawa) i Teatr Łaźnia Nowa (Kraków)

tekst: Aleksander Dumas
reżyseria: Giovanny Castellanos
adaptacja: Jakub Roszkowski
scenografia i kostiumy: Dominika Skaza
muzyka: Marcin Rumiński
na scenie: Monika Fronczek, Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki

czas trwania: 80 minut

Trzej Muszkieterowie to klasyk. Opowieść o przyjaźni czterech mistrzów szpady łączy w sobie wszystko, co kochają widzowie: szalone przygody, pojedynki, namiętności, nieoczekiwane zwroty akcji i zabarwione erotyzmem sceny zalotów i zdrad. Zespół Montowni proponuje widzowi nowe odczytanie bestselleru Aleksandra Dumasa.
Skomplikowana, ale naszkicowana niezwykle precyzyjnie i odgrywana w szaleńczym tempie intryga oraz koloryt siedemnastowiecznej Francji, nieustannie zmieniający role aktorzy i tylko jeden element scenografii: wielofunkcyjna szafa. Wszystko to jest pretekstem do zabawy w teatr, gry ze stereotypami i popkulturowymi wyobrażeniami na temat doskonale wszystkim znanej powieści. Montownia przefiltrowuje je przez swój charakterystyczny styl, wrażliwość i poczucie humoru. Trzej Muszkieterowie to także wyborny popis aktorskiego rzemiosła, oparty na grze gestów, wyobraźni i eksponowaniu przerysowanej fizyczności kolejnych bohaterów. Choć piątka aktorów odtwarza aż kilkanaście postaci, nie może tu być mowy o pomyłce. Nie sposób pominąć też brawurowych ról psa de Gaulle'a i kota Richelieu… To po prostu trzeba zobaczyć!

Wejściówki w cenie 20 zł dostępne w sieci ticketportal
http://www.ticketportal.pl/podujatie_search.asp?ID=22062
oraz w recepcji Sztygarki (tel. 32 249 59 92)



13 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Daszeńka, czyli żywot szczeniaka
Teatr w Kłodzku (Kłodzko) – Kłodzki Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji

tekst: Karel Čapek
adaptacja i reżyseria: Michał Tramer
projekt i wykonanie lalek: Elżbieta Żelezik
muzyka: Leszek Nowotarski
kostiumy: Anna Kandziora
na scenie: Joanna Półtoranos, Joanna Załucka

Spektakl przedstawia perypetie dorastającego szczeniaka. Poza wspaniałym tekstem literackim dużym walorem przedstawienia jest jego strona plastyczna i muzyczna. Kolorowe lecz proste dekoracje i kostiumy stanowią świetne tło dla efektownych lalek psów, Daszeńka... jest spektaklem jednocześnie radosnym, dynamicznym, ciepłym i mądrym, który nie tylko bawi, ale i uczy. Skierowany jest do wszystkich widzów od 5 do 105 lat, ze szczególnym uwzględnieniem miłośników psów.

Wstęp wolny



15 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
DZIECINADA
– a na dobry początek:
Babeczka z jajeczka
Divadlo PIKI (Pezinok, Słowacja)

tekst: Iva Procházková
adaptacja: Katka Aulitisová
reżyseria: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
scenografia: Markétka Plachá
muzyka: Peter Vaňouček
na scenie: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
Po co ojciec na tronie lub mama-królowa, jeśli nie mają czasu dla swojego dziecka? W dodatku czasami potrafią tak zdenerwować, że człowiek wyskoczyłby ze skóry!
Najwyższa pora na cud! Złota rybka? Lampa Aladyna? Czarodziejskie lusterko?
Nie. Jajeczko. Zwyczajne małe jajeczko.

oraz warsztaty teatralne i plastyczne a także konkursy i niespodzianki
(we współpracy z Fundacją Edukacyjną KOMBINATORY)

Wstęp wolny

piątek, 5 sierpnia 2016

Trzy sceny

Trzy sceny
trzy historie

Dom kultury, postindustrialne zabudowania Sztygarki oraz miejski Skansen. Co łączy te lokalizacje?
Oczywiście, dziesiąta, jubileuszowa edycja Chorzowskiego Teatru Ogrodowego.
W tym roku po raz pierwszy ChTO pojawia się na aż trzech scenach. Jest to po części, jak mówi Naczelny Ogrodnik, Sergiusz Brożek, odpowiedź na pytanie, jak uczynić ten teatr jeszcze bardziej „chorzowskim”; po części natomiast rozwiązanie problemów technicznych. Scena w Sztygarce nie była w stanie pomieścić wszystkich spektakli. Zaangażowanie większych przestrzeni teatralnych pozwoliło zaprosić m.in. big-band, który współtworzył koncert 10 sekretów Marilyn Monroe, inaugurujący tegoroczne ChTO. Każda z tych trzech scen ma zupełnie inną charakterystykę, każda jest rozpoznawalnym symbolem Chorzowa. Przyjrzyjmy się im zatem kolejno…

Spektakle w cieniu Prezydenta

Teren Sztygarki jest z pewnością dobrze znany widzom ChTO: spektakle odbywają się tu już od pierwszej edycji imprezy. Sztygarka stanowi pozostałość Kopalni Węgla Kamiennego Prezydent, która fedrowała tu do 1993 roku. Nazwa obiektu wzięła się od szybu kopalnianego wybudowanego w roku 1933, który z kolei swoje miano zawdzięcza prezydentowi Ignacemu Mościckiemu. Do dziś przetrwały budynki dyrekcji oraz, stanowiące Kompleks Sztygarka, budynki dawnej sali zbornej, kasyna, kopalnianej straży pożarnej, domu sztygarów oraz Magazynu Ciekłego Powietrza. To właśnie w tym ostatnim od lat odgrywane są spektakle ChTO.
Szyb Prezydent stanowi jedną z najbardziej rozpoznawanych atrakcji turystycznych Chorzowa. Wieża szybowa liczy 42,5 metra wysokości. Można na nią wejść po wybudowanych niedawno schodach. Zachowały się w niej dwa równoległe koła linowe o średnicy 5,5 metra każde. Co ciekawe, jest to konstrukcja zbudowana z żelbetonu. Tuż po zbudowania budowla wcale nie była nazywana „Prezydentem”. To miano szyb zyskał dopiero w 1937 roku. Wcześniej zwany był „Wielkim Jackiem” od znajdującego się w pobliżu bliźniaczego szybu, „małego” Jacka. Prezydent został w 2008 roku odkupiony przez miasto Chorzów i wpisany na listę zabytków. W 2010 roku szyb stał się częścią Szlaku Zabytków Techniki. Turyści mogą korzystać z niego jak z wieży widokowej. W cieniu szybu Prezydent odbędzie się jubileuszowy finał Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, projekcja filmu Dwugłowy smok Jadwigi Kocur.

Na spacer do skansenu

Tegoroczną nowością będą spektakle w chorzowskim skansenie. Naczelny Ogrodnik, zapytany o tę scenę, podkreśla, że „skansen to idealnie bezpieczne miejsce na spektakle dla dzieci”. Brak jakiegokolwiek ruchu samochodowego, cisza, spokój i wszechobecna zieleń zadecydowały, że właśnie w Górnośląskim Parku Etnograficznym odgrywane będą przedstawienia dla najmłodszych widzów.
Chorzowski skansen znajduje się w bliskim sąsiedztwie Sztygarki, na terenie Parku Śląskiego. Oglądanie spektakli warto połączyć z dłuższym spacerem i zwiedzeniem znajdujących się tu obiektów. Na obszarze 22 hektarów zadbanego parku zgromadzono około 70 drewnianych zabytków, pochodzących z pięciu podregionów Górnego Śląska: beskidzkiego, podgórskiego, pszczyńsko-rybnickiego, przemysłowego i lublinieckiego oraz z Zagłębia Dąbrowskiego. Dzieci z pewnością ucieszy fakt, że na terenie skansenu można spotkać wiele zwierząt oraz spróbować własnoręcznie wydoić krowę i kozę. W centrum skansenu znajduje się XVIII-wieczny kościół pod wezwaniem św. Józefa Robotnika, w którym od maja do października wciąż odprawiane są msze święte. Z podobnego okresu pochodzą spichlerze dworskie. Znaczna większość zabytków jest jednak XIX-wiecznych. Choć skansen funkcjonuje tu od maja 1975 roku, to pomysł jego powołania sięga czasów przedwojennych.

Teatr na dużej scenie

Zupełnie inny charakter ma budynek Chorzowskiego Centrum Kultury. Obiekt ten został wybudowany w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Stało się tak dzięki inicjatywie mieszkańców, którzy za sprawą budowy teatru postanowili podkreślić przynależność tych terenów do Polski. W 1927 roku powstał projekt architektoniczny autorstwa Stanisława Michejdy i Lucjana Sikorskiego. Uwzględniono w nim nie tylko salę teatralną, ale również salę gimnastyczną, sale plenarne, bibliotekę i czytelnię.
Ze względu na społeczne finansowanie, projekt realizowany był stopniowo. Jako pierwszą oddano do użytku salę teatralną. Stało się to w roku 1934. Na ukończenie lewego skrzydła, mieszczącego m.in. bibliotekę, trzeba było czekać kolejne 5 lat. Później budowę przerwała wojna. Prawe skrzydło budynku, zaplanowane jako największe, nigdy nie powstało. W budynku ChCK, oddanym do użytku po remoncie części teatralnej w 2008 roku, odbył się koncert inaugurujący tegoroczny Chorzowski Teatr Ogrodowy.
Trzy sceny Chorzowskiego Teatru Ogrodowego idealnie się uzupełniają: każda z nich niesie ze sobą inną historię, każda daje aktorom i wykonawcom odmienne możliwości. Jest to również ciekawy przykład współpracy organizacji pozarządowej (SZTYG.art) i prywatnej firmy (Sztygarka) z placówkami kultury samorządu miejskiego (Chorzowskie Centrum Kultury) oraz wojewódzkiego (Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie”).
Barbara Englender

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”

czwartek, 4 sierpnia 2016

Goła baba - recenzja 1

Goła baba nadal w formie
Joanna Szczepkowska, a właściwie jej eteryczna bohaterka, weszła na scenę bocznym wejściem, niosąc ze sobą walizkę i parasolkę. Miało się więc wrażenie, że to jedna z nas, tych, którzy siedzieli na widowni. Szybko jednak okazało się, że to postać wyjątkowa, arcywrażliwa, żadna tam zwyczajna, goła baba.
Jej monolog, a raczej występ, koncert grania na ciszy, zdumiewał. Absurd gonił absurd, a całość można określić mianem „sztuki dla sztuki”. Dlatego publiczność Sztygarki milczała oniemiała. Pierwsze, nieśmiałe chichoty pojawiły się, gdy na długim sznurze, rzędem, powieszone zostały… śpiewające parasole. Nie do końca było wiadomo, czy wypada się śmiać (bohaterka wprowadziła publiczność w nieco podniosły nastrój), ale kiedy jeden z parasoli… zmarł, nie było już wyjścia.
W sumie jednak ta zwiewna, ubrana w błękity, niezrozumiana przez społeczeństwo istota budziła głównie współczucie. Wystarczyło kilka gestów, parę słów, by widz poczuł całym sobą, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa. Tym bardziej, że wyznała, iż wszystkie jej artystyczne zamierzenia niweczy i torpeduje ulubienica publiczności: ordynarna, bezpośrednia „goła baba”.
„Gołą babę” publiczność zgromadzona w Sztygarce mogła poznać w drugiej części spektaklu. Wielka, gruba, ubrana niechlujnie i wielowarstwowo… trzeba się było mocno wysilić, by zobaczyć w niej Szczepkowską. Gdy tylko pojawiła się na scenie, od razu atmosfera stała się luźniejsza, zapewne też za sprawą rzucanych od czasu do czasu na widownię gum żujek. Kto jak kto, ale „goła baba” potrafi rozbawić widzów, a swój występ kończy oczywiście striptizem.
Trudno powiedzieć, co wzbudziło większy podziw widzów: mistrzowska kreacja dwóch tak różnych postaci, zewnętrzna przemiana w „gołą babę”, błyskotliwe teksty czy zaskakująca puenta. Jedno jest pewne, gdy spektakl się skończył, po sali unosił się szmer podziwu. W Gołej babie każdy, niezależnie od płci i wieku, znajdzie coś dla siebie.
Joanna Szczepkowska gra ten monodram od 1997 roku, był on więc wielokrotnie omawiany i recenzowany. Jedyne co mogę dodać, to wyrazy uznania: „Goła baba” jest nadal w formie, bawi, wzrusza i pobudza do refleksji. Co więcej, cały czas jest aktualna, niezależnie od tego, czy potraktujemy ten spektakl jako rozważania o szeroko pojętej sztuce i jej odbiorze, czy też jako swoistą przypowieść o naturze kobiety. W każdej wysublimowanej kobiecie jest trochę „gołej baby”, a w każdej „gołej babie” kryje się wrażliwa i delikatna przedstawicielka płci żeńskiej, mówi swoim występem Joanna Szczepkowska. Jeśli więc nie udało Wam się zobaczyć Gołej baby w zeszły piątek w Sztygarce, musicie to koniecznie nadrobić. Tej sztuki nie można przegapić!

Magda Kulus

środa, 3 sierpnia 2016

Na scenie w Skansenie

Na scenie w Skansenie
Naczelny Ogrodnik został zaproszony do udziału w konferencji prasowej przygotowanej przez Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie”, czyli Skansen. Była to dobra okazja do porozmawiania o zbliżającym się Chorzowskim Teatrzyku Ogródkowym, ofercie ChTO dla najmłodszych widzów. W tym sezonie małe ChTO w całości przenosi się na zielone tereny Skansenu.
Warto zatem przypomnieć to, co najważniejsze:
- po pierwsze: spektakle dla dzieci odbywać się będą w soboty, 6, 13 i 20 sierpnia, zawsze o godzinie 15:00, a także w poniedziałek 15 sierpnia, również o godz. 15:00 (po raz piąty Dziecinada!),
- po drugie: wstęp na spektakle dziecięce dla wszystkich (małych i dużych) jest wolny,
- po trzecie: widzowie małego ChTO (oraz ich opiekunowie) nie płacą również za wstęp na teren Skansenu! Warto zatem zarezerwować sobie popołudnie i wybrać się z pociechami na zwiedzanie. Stare zabudowania, zagrody ze zwierzętami czy przedmioty zgromadzone na tym terenie zasługują na wspólne oglądanie i rozmowy o życiu w przeszłości.
A co poza bajkami? Przejdźmy na moment do samego Skansenu. Wejście na ścieżkę prowadzącą do pierwszych zabudowań to już przeniesienie się do innego niż miejski świata. Przed zakrętem, na wciąż zatłoczonym rondzie, stoi hipermarket, bezustanny szum przejeżdżających samochodów nie daje wytchnienia. Za bramą cisza, spokój i wkrótce… odgłosy gospodarskich zwierząt. Pierwsza chałupa kusi odtwarzanymi z ukrytych głośników porykiwaniami krów, krzykami gospodarza, płaczem dziecka, pianiem koguta czy ujadaniem psów podwórzowych. Przy kuźni usłyszy się odgłosy uderzeń o żelazo, a w za- grodzie bezrolnego chłopa, szewca, gwarową rozmowę o przygotowaniu obuwia. Czasami odgłosy są prawdziwe: na przykład we młynie naprawdę przygotowuje się mąkę. Jest tu i rzeźbiarz, który chętnie oprowadzi po swojej pracowni: można przyjrzeć się, jak powstają ludowe dzieła. Część budynków to okazja do sprawdzenia, jak dawniej mieszkali ludzie: można zaglądać do przygotowanych pomieszczeń i podziwiać ich wystrój, rodzaj mebli i używanych naczyń. Innym razem stodoły czy spichlerze mogą skrywać prawdziwe niespodzianki: trafimy między innymi na wystawę konnych powozów, bryczek i sań.
Dzieciom z pewnością spodoba się obecność żywego inwentarza: w Skansenie spotkać można owce (w zagrodzie obecnie znajduje się też kilka uroczych i ciekawskich maleństw), a gospodarstwo z Łaz, mniej więcej w połowie drogi, to już prawdziwy raj: konie, króliki czy kozy (podobno uwielbiające głaskanie). Stąd maluchy nie będą chciały zbyt szybko wyjść (pamiętać jednak należy o zakazie karmienia zwierząt i zachowaniu podstawowej ostrożności!). Skansen przenosi w niezbyt odległą przecież przeszłość (informacje o pochodzeniu danego budynku przeczytać można bezpośrednio na tabliczkach), a przecież uświadamia najmłodszym, że kiedyś życie wyglądało zupełnie inaczej, bez komputerów, telewizorów czy też smartfonów. Taka wycieczka edukacyjno-rozrywkowa to świetny sposób na wypełnienie dnia.

PS: uważajcie na odwiedzających Zaułek Zmory, po przeczytaniu o strzygach i demonach robią się bardzo nerwowi, przez co niechcący wystraszyłam tam jakąś panią. (IM)

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”

wtorek, 2 sierpnia 2016

zapowiedź...

W ten weekend ChTO na trzech scenach!

5 sierpnia, godz. 19:00
w Sztygarce
Mending fences. Wszystko o związkach
Teatr Ludowy (Kraków)

tekst: Norm Foster
przekład: Mirosław Połatyński
reżyseria, opracowanie muzyczne: Tomasz Obara
scenografia i kostiumy: Anna Sekuła
na scenie: Kajetan Wolniewicz, Karol Polak, Magdalena Nieć (gościnnie)
czas trwania: 100 minut (1 przerwa)

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, wina ojca idzie w syna… Te (i inne) polskie mądrości mieszczą się w kanadyjskiej sztuce Norma Fostera. Mending fences to prosta obyczajowa historia dwóch mężczyzn, ojca i syna, którzy nie radzą sobie z okazywaniem uczuć. Rozdzieleni na lata, obaj już jako dorośli, stają wobec siebie zupełnie bezradni, przytłoczeni emocjami, do których wstydzą się przyznać. Dyskretnym przewodnikiem po obcym im świecie uczuć jest kobieta po przejściach, sąsiadka i towarzyszka życia ojca. Ta historia mieści w sobie ogromne pokłady ciepła i liryzmu. Chwilami jest śmieszna, chwilami gorzka, jak życie.

Wejściówki w cenie 20 zł dostępne w sieci ticketportal
http://www.ticketportal.pl/podujatie_search.asp?id=22068
oraz w recepcji Sztygarki (tel. 32 249 59 92)



5 sierpnia, godz. 21:00
w Chorzowskim Centrum Kultury
Stary klamor w dziadkowym szranku
Teatr Reduta Śląska (Chorzów)

scenariusz: Joanna Sodzawiczny, Sandra Staletowicz
reżyseria: Iwona Woźniak
muzyka: Jan Nowak
koordynacja pracy artystycznej: Barbara Michalik
na scenie: Rafał Aleksa, Julia Czudaj, Martyna Danisz, Bartosz Drzensla, Brygida Hałata, Daria Kasprzak, Klaudiusz Kail, Jakub Kliś, Eugeniusz Kosmała, Adam Kuźnik, Patryk Ksol, Wiktoria Krzyżanowska, Michał Leśniak, Barbara Lubaszewska-Borys, Danuta Markiewicz, Tadeusz Michalak, Elżbieta Pańczyk, Maria Sroka, Bolesław Szkaradek, Karolina Trychta, Patryk Trzcionka, Adam Wrocławczyk

Zagrana po śląsku historia wielopokoleniowej rodziny jest ciepła, dowcipna i miejscami wzruszająca. Spektakl miał premierę 30 czerwca 2016.

Wejściówki w cenie 20 zł dostępne w kasie ChCK (tel. 32 349 78 63)




5 sierpnia, ok. godz. 22:00
w Chorzowskim Centrum Kultury
projekcja filmu dokumentalnego Doroty Pryndy Reduta przestrzeni
Historia Reduty Śląskiej jest niezwykle bogata, mój filmowy dokument skupia się jednak na dziejach najnowszych. Do poznania środowiska „Redutowców” zainspirowała mnie Jolanta Motyka, zastępca dyrektora Chorzowskiego Centrum Kultury, wspierająca ideę reaktywacji amatorskiej sceny. Pierwsze spotkanie z zespołem było dla mnie dużym zaskoczeniem. Człowiek wchodzi z ulicy i natychmiast doświadcza rodzinnej atmosfery, ma wrażenie, że zna tych ludzi od lat i oni świetnie go znają. To fenomen, którego nie da się nazwać, nie wiem w czym tkwi jego tajemnica, ale gdy tylko znalazłam się wśród „Redutowców”, chciałam pozostać z nimi jak najdłużej i wiem, że nie jestem odosobniona w tych odczuciach. To półgodzinny film o tym, jak „Redutowcy” postanowili znowu spotkać się na scenie, o wyjątkowości ich relacji i niepowtarzalnej atmosferze działania zespołu.
Dorota Prynda

Na projekcję filmową wstęp wolny



6 sierpnia, godz. 15:00
W Skansenie
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Opowieści wagantów
Teatr Gry i Ludzie (Katowice)

reżyseria: Bartosz Socha, Beata Zawiślak
na scenie: Bartosz Socha, Beata Zawiślak, Aleksandra Zug

Trupa wędrujących lalkarzy, tytułowych wagantów, jeździ ze swoim wozem od wsi do wsi, z miasta do miasta, grając swoje opowieści dla dzieci i dorosłych. Opowieści wagantów to próba odtworzenia średniowiecznego spektaklu lalkowego. Lalki wykonane zostały z przedmiotów codziennego użytku, takich jak kosze, drewniane łyżki, puchary, miotły itp. Wstęp wolny



A do wykorzystania także afisz dziecięcy: bierzcie i rozsyłajcie dalej

niedziela, 31 lipca 2016

Rozmowa z Joanną Szczepkowską

Dwa światy
rozmowa z Joanną Szczepkowską

Sztajgerowy Cajtung: Jedną z najważniejszych wartości jest dla Pani wierność sobie. Czy możliwa jest do dotrzymania dzisiaj, zwłaszcza w zawodzie aktora?
Joanna Szczepkowska: Ja myślę, że wierność sobie nie ma wiele wspólnego z zawodem, jaki się wykonuje. Każdy ma coś takiego, co można nazwać „ gustem życia”, i to go wiedzie. Dla mnie po prostu ta wierność wobec swojego gustu jest ważniejsza od pieniędzy.

Sz. C.: Czwarta żabka w bajkach? Pisze Pani, że nie marzyła o karierze: to dosyć nietypowe w sytuacji, w której staje się w świetle reflektorów…
J. Sz.: Nigdy nie marzyłam o tzw. „karierze”. Wiem dobrze, że w to trudno uwierzyć, a nawet zrozumieć. Aktorka, która nie chce być sławna? W swojej autobiografii opisałam rozmowę z ojcem, który mi ponuro przepowiadał granie „czwartej żabki”. A mnie się ta żabka bardzo podobała. Po tej rozmowie cały czas myślałam, jakby taką żabkę zagrać. Dla mnie to po prostu zawód, który wiąże się z graniem, z wcielaniem się w różne postaci, a nie z tym, że ludzie mnie rozpoznają na ulicy. To postać powinni podziwiać, a nie mnie. Tak myślę o tym zawodzie od początku i nigdy jeszcze tego nie zmieniłam.

Sz. C.: Uwiódł mnie absolutnie cytat „pisanie to mój teatr. Pisząc, mogę wszystko”. Czy to oznacza, że scena ma swoje ograniczenia?
J. Sz.: Oczywiście. Teatr to zawsze efekt kompromisu między gustem autora, reżysera, scenografa i aktora. Czasem te światy się zgadzają, ale bywa, że trudno się podpisać pod spektaklem, w którym się gra. Pod tym względem pisanie daje więcej swobody. Z drugiej strony spektakl to często niepowtarzalne przeżycie.

Sz. C.: Goła Baba to monodram pokazywany w różnych miejscach na świecie. Dokąd udało się go zabrać?
J. Sz.: Och, naprawdę daleko. Grałam w Ameryce, w Australii, w Izraelu, w Holandii… No i w całej Polsce. Gołą Babę ogląda już kolejne pokolenie.

Sz. C.: Jakie więc różnice w odbiorze Gołej Baby napotkała Pani w poszczególnych krajach? Jak to jest, grać jeden spektakl tyle czasu?
J. Sz.: Różnice są ogromne. Ta sztuka ma dwie części całkiem od siebie różne. W Kanadzie nie bardzo rozumieli pierwszą, subtelną część, za to szaleli z radości na tej drugiej, bardzo rubasznej. W Izraelu odwrotnie: lepiej przyjęto poetycką część, a drugą w milczeniu. W tym spektaklu publiczność jest właściwie jednym z bohaterów wieczoru.

Sz. C.: Chce Pani, żeby widzowie patrzyli na postać, a przecież w Damie z Parasolką Joanny Szczepkowskiej jest mnóstwo…
J. Sz.: To prawda. Dużo wzięłam z własnej wrażliwości. Ale mówiąc o „ sławie”, mówię o zwracaniu na siebie uwagi poza rolami, w tym całym plotkarsko-biznesowym świecie. Ja go nie rozumiem i nie przyjmuję. Szkoda życia na to.

Sz. C.: Trudno o bardziej nośny tytuł niż Goła Baba. Lubi Pani prowokować?
J. Sz.: Wbrew pozorom bardzo nie lubię. Jestem cichą osobą, choć wiele z medialnych doniesień temu przeczy. A tytuł Goła Baba jest ważnym elementem sztuki. Tak właśnie reklamuje się jedna z dwóch postaci, które gram. Wszystko zaczyna się od tego właśnie tytułu.

Sz. C.: Goła Baba wyprzedza rzeczywistość. Czy gdyby powstawała dzisiaj, coś by Pani zmieniła?
J. Sz.: To dziwne, ale nic! Dwadzieścia lat temu, kiedy odbyła się premiera, miałam wrażenie, że jest bardzo aktualna, chociaż przecież żadna z postaci nie mówi bardzo współczesnym językiem, tylko takim trochę stylizowanym. A obecnie wszyscy zwracają uwagę na to, że ten tekst mógłby równie dobrze powstać dzisiaj.

Sz. C.: Nie lubi Pani śmiechu? W jednym z felietonów pojawia się Człowiek Uśmiechnięty, typ szczęśliwego idioty, konsumpcjonisty. Goła Baba śmieje się bardzo jarmarcznie. Śmiech kojarzy się z rechotem?
J. Sz.: Uwielbiam śmiech!!! Ja bym się ciągle śmiała, gdyby było z czego! Ale są po prostu różne śmiechy. Są też różne cisze.

Sz. C.: Teatr to dla Pani ucieczka od felietonów…
J. Sz.: To są dwa zupełnie różne światy. Nie jest łatwo godzić publicystykę ze sztuką, bo to właściwie całkiem przeciwne dziedziny. W sztuce wprowadza się odbiorcę w świat wymyślony, w publicystyce odwrotnie, sprowadza się ludzi na ziemię. Ale ja wcale nie chcę żyć samą sztuką. Ziemia jest jednak chyba ważniejsza.

Sz. C.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiały Iza Mikrut i Basia Englender tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”

piątek, 29 lipca 2016

Tyjater kery godo

Tyjater kery godo
nowy cykl w ChTO

Część z nas pamięta jeszcze czasy, w których „godanie” w szkołach było jednogłośnie potępiane przez nauczycieli i rodziców. Teraz śląskość nie tylko wróciła do łask, ale i stała się modna jako wyróżnik tożsamości regionalnej. Ludzie mieszkający tutaj, niezależnie od pochodzenia, zaczęli oficjalnie doceniać dziedzictwo kulturowe, tradycję, zwyczaje i obrzędy kultywowane przez poprzednie pokolenia. Śląskość wreszcie może być powodem do dumy. Powstają (mimo braku jednoznacznych wskazówek czy reguł) książki po śląsku, śląskość wychodzi z kiczowatego stereotypu biesiadności, chociaż sporo dla podtrzymania tego akurat obrazka zrobiły dawne telewizyjne produkcje rozrywkowe. Bycie Ślązakiem równa się dziś wysokiemu poczuciu własnej wartości. Do szkół trafiają programy z zakresu edukacji regionalnej, studia humanistyczne wychodzą naprzeciw oczekiwaniom młodych ludzi i otwierają specjalne kierunki poświęcone śląskości: do niedawna ten temat był zaledwie jednym z wielu poruszanych szczątkowo w ramach dialektologii. Śląskość się ceni. Nic dziwnego, że wkracza i do teatrów, a spektakle odnoszące się do tutejszej kultury, historii czy obyczajowości wcale nie są kierowane do wąskiej grupy odbiorców.
Od lat nie tylko na Śląsku to Cholonek Teatru Korez jest przedstawieniem z gatunku tych, które absolutnie trzeba zobaczyć. Grany przy kompletach publiczności stał się spektaklem, na który zabiera się rodziny, znajomych oraz przyjaciół spoza regionu po to, by zrozumieli. Fragmenty z książki Janoscha ułożone w zgrabną i burzliwą momentami opowieść przełożone na śląski („wygodane”) zapewniają widzom familiarną atmosferę i to mimo nieidealnych bohaterów. Tu wszyscy mają swoje wady, ale w obliczu wielkiej historii stają się bliscy odbiorcom. Obyczajowe scenki z życia, na kształt sagi rodzinnej, prezentuje Marika Teatru Naumionego z Ornontowic: tutaj to aktorzy-amatorzy odnoszą się do mentalności miejscowych i do obyczajowości, często komicznej czy nawet nieco rubasznej. Ale Śląsk zabawny to wcale nie Śląsk ośmieszany: humor w każdym przypadku jest dobroduszny i pozostawia miejsce na refleksję. W Piątej stronie świata Teatru Śląskiego (na podstawie autobiograficznej książki Kazimierza Kutza) gorycz dochodzi do głosu znacznie częściej, ale i tu nie brakuje radości. Śląskość nie zamienia się w sztandar (na przekór tym, którzy w sztuce chcieliby widzieć wyłącznie politykę), otwiera pole do popisu dla twórców żartów, umożliwia połączenie widzów w śmiechu i we wzruszeniach. Co ciekawe, katowickie teatry repertuarowe nie zamykają się na odbiorców z zewnątrz: i Cholonek, i Piąta strona świata, chociaż godane, trafiają również do nie-Ślązaków, dają się zrozumieć i dzięki świadomości historycznej, i za sprawą silnych emocji bijących ze sceny. Nie chodzi przecież o proste przełożenie tekstu: liczy się wskazanie odbiorcom za pomocą czytelnych symboli i ról idei bycia Ślązakiem. A chociaż niepotrzebnie brzmi to górnolotnie i sentymentalnie, zjawisko działa i ma się coraz lepiej. Nie da się w tekście o niewielkiej objętości przygotować pełnego przeglądu śląskiej oferty, która zresztą robi się coraz bardziej zróżnicowana. Marian Makula w swoim Teatrze Górnośląskim stawia na kabaretowe przekłady na śląski znanych dzieł i czystą zabawę dla widzów, konkurs na jednoaktówkę po śląsku wyłania interesujących autorów i może prowadzić do wzbogacania repertuarów teatrów (już przecież Teatr Reduta Śląska przygotował na podstawie trzech utworów dostrzeżonych w tym konkursie spektakl Rajzentasza). Każdy może znaleźć coś dla siebie, bez względu na estetyczne i tematyczne preferencje. Nastawienie na śląskość lub tematy lokalne otwiera nowe możliwości działania reżyserom i grupom teatralnym. Nieprzypadkowo więc w dziesiątym sezonie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego pojawia się cykl Tyjater kery godo, cykl, którego nazwa, jak zaznacza Naczelny Ogrodnik, wyjaśnia wszystko. To dla widzów okazja do lepszego poznawania oferty regionalnej tutejszych teatrów, przy czym likwiduje się podział na amatorskie i zawodowe, kryterium doboru spektakli (jedynym, choć i bezlitosnym) jest ich jakość. Wystarczy zaznaczyć, że Kopidoł Teatru Naumionego przebojem wdarł się do głównego programu ChTO, a od premiery (11 lutego 2016 roku) zbiera entuzjastyczne recenzje: w ChCK będzie można zobaczyć go 22 lipca, zainauguruje też cały cykl, wysoko stawiając poprzeczkę. Jako drugi w serii pojawi się Stary klamor w dziadkowym szranku Teatru Reduta Śląska, spektakl jeszcze młodszy (premiera 30 czerwca 2016). A cykl będzie się rozrastał.
Śląsk w kabarecie czy sitcomie bywa sprowadzany do szkodliwych stereotypów i boleśnie upraszczany. W teatrze może zyskać pełną paletę barw: tu ożywają dawniej pielęgnowane zwyczaje, odzywają się dylematy poprzednich pokoleń, kształtujące świadomość regionalną, ale też głos zyskują proste, codzienne troski czy uciechy. Śląskość objawia się w słowach i obrazach, a to gwarancja budzenia żywych emocji, esencji teatru. (IM)

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”

środa, 27 lipca 2016

Kopidoł - druga recenzja

Pociecha

Jak to możliwe? Jeszcze przed chwilą jadł rosół (na gęsi, żeby był tłustszy!), jeszcze przed chwilą uczył grać w karty najmłodszego w rodzinie Mikołaja, i nagle umarł? Wprawdzie miał 98 lat, ale przecież to wokół niego toczyło się codzienne życie. Nawet jeśli był momentami jak stary mebel, to i tak po jego śmierci zmieniło się wszystko.
Śmierć, na którą w popkulturze od dawna nie ma już miejsca, ta najbardziej naturalna i oczywista śmierć ze starości, stanowi bardzo ważny element cementujący społeczeństwa i Śląsk pod tym względem wcale nie jest (i być nie może) wyjątkiem. Ale w Kopidole Teatru Naumionego z Ornontowic to właśnie śmierć na Śląsku stanowi okazję do obyczajowej wędrówki w czasie. Ludzie tracą kogoś bliskiego i poważanego. Zyskują za to świadomość przedziwnej wspólnoty, budowanej na bazie obrzędów, zwyczajów, a nawet przesądów. Śmierć doprowadza do paradoksu: w żyjących uruchamia automatyzm krzepiących i prostych gestów, ale wyzwala także szczerość absolutną. Z jednej strony krewni wiedzą, że teraz czekają ich wyrzeczenia (trzy miesiące bez imprez!), z drugiej czerpią pociechę z bycia razem, wspominania czy rozmodlonych śpiewów. To im potrzebne, to tworzy tożsamość. Jest w pierwszej fazie mechaniczne i odruchowe (a kto się wyłamie, naraża się na śmieszność i obgadywanie), w drugiej robi się głębokie. W Kopidole jedna śmierć ma różne zadania. Najważniejsze jest uwypuklenie rodzinnych charakterów. Egoistyczna córka zmarłego okazuje się być pozbawiona wszelkich skrupułów, a jej kodeks moralny pozostawia wiele do życzenia. Za to synowa, typ małomiasteczkowej i wścibskiej pedantycznej gospodyni, nagle bierze na siebie najtrudniejsze obowiązki przy zmarłym (co ciekawe, role mężów, chociaż skontrastowane, tracą na znaczeniu przy wcieleniach pań). W efekcie przesuwa się akcent komiczny i kumuluje w postaci, która łamie niepisane zasady. W Kopidole starsze pokolenia tłumaczą młodszym, co i dlaczego należy zrobić przy nieboszczyku. To, że pogrzeb planuje się na dziewiątą a nie na ósmą (bo autobus przyjeżdża), nie liczy się w kontekście mnogości zajęć. Kolejne źródła smutnej pociechy: działania, czasem dziwne, a czasem zabobonne, pomagają w przeżywaniu żałoby. Wiele zwyczajów pada ze sceny, część w zwykłych rozmowach, część w gestach: i to z punktu widzenia odbiorcy staje się najciekawsze. I mycie ciała, i ubieranie zmarłego do trumny zostało pokazane prosto i szalenie przez to esencjonalnie. A i tak najbardziej przejmujący jest motyw pożegnania młodego Mikołaja z dziadkiem. Bo Mikołaj nie zajmuje się narzuconymi sposobami postępowania, działa, jak podpowiada mu serce (nieprzypadkowo to on odkrywa śmierć). Nic dziwnego, że opa będzie za nim tęsknił, bo zbyt mało czasu ze sobą spędzili.
Pierwsza część spektaklu to uroczo obyczajowa karykatura. Pod lupę wzięte zostały ludzkie charaktery, postawy i przekonania. Joanna Sodzawiczny zderza ze sobą stereotypy z różnych płaszczyzn: gospodarność i domową krzątaninę przeciwstawia ciągłym wojażom i lekkoduchostwu, przechwałki i licytacje, kto ma lepiej, konfrontuje z dziecięcą szczerością: pociechy w pogoni za sensacją i bezmyślnej paplaninie wkopią mamuńcię i tatuńcia bez świadomości, co objawia się w ich radosnym szczebiocie. Autorka dodaje jeszcze kolejne linie komizmu, już od środka w poszczególnych związkach. Są więc mąż-pantoflarz i mąż zobojętniały na pomysły połowicy, ten, który w spokoju i równowadze szuka ucieczki od gderania. To wszystko zmienia się w powagę, ale nie ma obaw: silne charaktery pozostają i przebiją się nawet przez żałobne tony. Druga część spektaklu jest bowiem rejestrem obrzędów i obyczajów. Nie pojawia się wyliczanka, poszczególne komentarze czy wyjaśnienia są zgrabnie wtopione w kolejne sceny, czy to przy myciu i ubieraniu ciała do trumny, czy przy modlitwach, czy w scenie pogrzebu i stypy. Dramaturgicznie nie dzieje się tu wiele (chociaż długie śpiewy a capella, jedno- i wielogłosowe wystarczają do stworzenia odpowiedniego klimatu.
Natomiast trzecia część spektaklu to już indywidualny popis Bartłomieja Garusa. Mimo że w obrazku i pomysłach reżyserskich rozwiązania są tu godne pochwały (budowanie następnego planu w scenie stypy, szczękanie sztućców i gwar, chociaż na stole jest tylko dzbanek z wodą i puste naczynia), to Kopidoł ponownie skupia całą uwagę. Kopidoł staje się tu prawdziwym łącznikiem między światami: animuje lalkę, duszę zmarłego. Dotąd Garus był komediowy (gdy brał miarę z potencjalnych klientów, bo przełamywanie granicy i strachu przed śmiercią często działa komicznie), lub refleksyjny (gdy akcentował podstawową prawdę, nieuświadamianą na co dzień)Kiedy staje się opiekunem lalki, tworzy z nią jeden organizm: patrzy w tę samą stronę, zmienia głos i wydaje się, że najlepiej rozumie to, czego reszta bohaterów jeszcze nie wie.
Kopidoł jest grany po śląsku (i parę razy aktorzy mówili zbyt szybko, żeby z ich słów wyłowić sens), ale ponieważ odnosi się do spraw uniwersalnych, zrozumiały jest również dla ludzi spoza regionu. Z pewnością Ślązacy zyskają w spektaklu dodatkowe źródło zachwytów, lecz i bez tego całość można obejrzeć bez przykrości i znudzenia.

Iza Mikrut

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”