Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
środa, 16 sierpnia 2017
rozmowa z Agnieszką Wajs
Zaginione ucho
rozmowa z Agnieszką Wajs
Sztajgerowy Cajtung: Lubiłyście czytać o przygodach Plastusia? A może lepiłyście własne plastusie pod wpływem lektury?
Agnieszka Wajs: Oczywiście, że lubiłyśmy plastusiowe przygody, czego efektem jest spektakl, który postanowiłyśmy zrealizować. Od najmłodszych lat lubiłyśmy czytać książki i mamy wiele pozycji, które mogłybyśmy polecić dzieciakom. Na pewno wśród nich znalazłaby się Karolcia Marii Krüger, seria opowieści o Ani z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery, seria o Pippi Pończoszance i Dzieci z Bullerbyn autorstwa Astrid Lindgren, Pięcioro dzieci i coś Edith Nesbit, Tajemniczy ogród autorstwa Frances Hodgson Burnett i oczywiście do tego zacnego grona dołącza Plastusiowy pamiętnik Marii Kownackiej. Wszelkiego rodzaju działania plastyczne również nie były nam obce, zresztą nasza Mama nadal przechowuje mnóstwo naszych prac plastycznych z różnych okresów dzieciństwa. Kto wie… może w tych zbiorach jest również plastelinowy Plastuś.
Sz. C.: Scenografia, jak zwykle w Waszych produkcjach, jest kolorowa i ciekawa. Opowiecie o pomyśle przeniesienia na scenę… piórnika?
A. W.: Historia w naszym spektaklu ma miejsce podczas szkolnej przerwy i dotyczy między innymi szkolnych przyborów. Miejscem, które wydawało nam się najbardziej adekwatne, kolorowe i ciekawe do realizacji plastusiowych przygód, jest właśnie piórnik. Plastuś zabiera Tosię do kolorowego, pełnego różnych szkolnych przyborów piórnika, tłumacząc: „Chciałaś Tosiu z klasy znikać, zaprosiłem do piórnika”. I od tego momentu wszystko, co dzieje się w spektaklu, przenosi dzieciaki w zupełnie inny wymiar. Zresztą piórnik to nie jedyny element scenografii naszego spektaklu. Zaczynamy od szkolnej klasy, do której Tosia przychodzi na lekcję, następnie akcja przenosi się do piórnika, z którego Plastuś wraz z Tosią i przyjaciółmi wyruszają na poszukiwanie tajemniczego Jegomościa, który zaplamił piórnik atramentem. W swej podróży dotrą aż do Upiornej Jamy.
Sz. C.: Co takiego chcecie przekazać dzisiejszym maluchom, sięgając do klasyki?
A. W.: Każda nasza produkcja ma jakieś motto, jakiś przekaz. Poprzez nasze spektakle chcemy dzieci nie tylko bawić, ale i uczyć. Tym razem chcemy nauczyć dzieci, że nie warto wyciągać pochopnych wniosków. Czasem zachowanie innych ludzi oceniamy bardzo negatywnie, ale dopóki nie poznamy powodów tego zachowania, nie powinniśmy osądzać nikogo. My pokazujemy to na podstawie relacji bohaterów naszego spektaklu. Starszy Pan Pióro boryka się z problemami i nieumyślnie brudzi piórnik atramentem. Piórnikowe przybory, myśląc, że mają do czynienia z groźnym przestępcą, postanawiają złapać i ukarać drania. Prawda jest jednak zupełnie inna. Jeśli jesteście ciekawi… koniecznie musicie zobaczyć Plastusiowy pamiętnik i plamy w wykonaniu Agencji Artystycznej PRYM ART.
Sz. C.: Skoro akcja dotyczy przyborów szkolnych, w jakim wieku dzieci zapraszacie do oglądania tej bajki?
A. W.: Tak naprawdę nie ograniczamy wieku naszej publiczności. Na nasze spektakle może przyjść każdy, niezależnie od metryki. A z dotychczasowych naszych obserwacji wynika, że nasz Plastuś bawi zarówno dzieci, jak i ich rodziców. Preferujemy i tworzymy spektakle muzyczne i zauważyliśmy tendencję, że piosenki, które aktorzy wykonują podczas spektaklu, rodzice powtarzają wraz ze swoimi dzieciakami zaraz po zakończonej bajce. To dowód na to, że przygody Plastusia dobrze przedstawione są ponadczasowe i wciąż bawią zarówno dużych, jak i małych.
Sz. C.: Jaki motyw z historii o Plastusiu najbardziej lubiłyście?
A. W.: Ciężko wybrać jedną ulubioną historię dotyczącą Plastusia, ponieważ każda kolejna wciągała nas jeszcze bardziej. Darzyłyśmy ogromną sympatią głównego plastelinowego bohatera i niezależnie od przedstawionej historii byłyśmy zaangażowane w przygody Plastusia. Każda z nas wyobrażała sobie, że jest Tosią, która w piórniku skrywa plastelinowego ludka, który ożywa, gdy wszyscy wychodzą z pokoju…
Sz. C.: Kiedy przyszło Wam do głowy, żeby sięgnąć po tekst Marii Kownackiej? Nie bałyście się, że jest zbyt archaiczny czy niedzisiejszy?
A. W.: Przygotowując kolejne produkcje, zawsze sprawdzamy, czego brakuje na rynku i co może zainteresować naszych potencjalnych odbiorców. Sugerujemy się też naszym firmowym repertuarem i sentymentem do tych książek, które głęboko się w nas zakorzeniły, które pamiętamy z dzieciństwa i które w jakimś stopniu nas ukształtowały. Ponadto dzisiejsi rodzice coraz częściej wracają do tych bajek i książek, które mogą być uważane za archaiczne, doceniając ich walory merytoryczne i edukacyjne. Zresztą nie mamy co do tego żadnej wątpliwości, że książki, które czytałyśmy w dzieciństwie i bajki, które oglądałyśmy, były pełne bardzo mądrych treści, błyskotliwych dialogów, wielowymiarowych postaci. Dziś niestety bardzo często mamy do czynienia z produkcjami, których treść jest absurdalna, albo po prostu bezmyślna. Wychodzimy z założenia, że jeśli bajki naszych czasów dobrze wpłynęły na nasze dzieciństwo, to dlaczego nie wykorzystać ich do edukacji kolejnych pokoleń.
Sz. C.: Pokazujecie stare czasy, mundurki i stalówki, czy też coś uwspółcześniacie?
A. W.: Nasza historia skupia się wokół problemów Pana Pióro, przedstawiamy więc Pana Stalówkę i jego atramentowe kłopoty. Przypominamy dzieciakom, co to jest skuwka czy naboje do pióra. Można więc przyjąć, że jak najbardziej pokazujemy czasy, kiedy to piórnik skrywał wszystkie potrzebne przybory, począwszy od kredek, temperówki, linijki, nożyczek, na ołówku i kleju kończąc. Dziś dzieci w swoich piórnikach rzadko noszą komplet przyborów, a pióro raczej wymieniają na długopis. Pamiętam, jak zachlapałam zeszyt pożyczony od koleżanki atramentem… to była prawdziwa katastrofa, a moje łzy mieszały się z atramentem, robiąc jeszcze większe plamy w zeszycie. Dziś chyba dzieci nie mają takich problemów.
Sz. C.: Na czym polega tu interaktywność?
A. W.: Cechą charakterystyczną naszych produkcji jest interakcja z widzem. Zawsze staramy się wciągnąć dzieciaki w przygody bohaterów naszych spektakli. Chcemy, aby stały się częścią historii, aby utożsamiały się z postaciami. Wiemy, że poprzez współudział dzieci znacznie więcej zapamiętują z treści spektaklu, są bardziej zaangażowane i chłonne. Każda nasza produkcja kończy się morałem. Chciałybyśmy, aby dzieciaki wróciły z tym mottem do domu, porozmawiały o treści spektaklu i problemach postaci z rodzicami, aby wielokrotnie wracały pamięcią do wniosków, które wyciągnęły po spektaklu. Elementy interaktywne podczas spektaklu znacznie nam to ułatwiają, sprawiają, że dzieci stają się częścią naszego spektaklu. Wspominałam już, że preferujemy spektakle muzyczne i zawsze w naszym spektaklu pojawiają się piosenki, które dzieci mogą zaśpiewać z aktorami. Ponadto w plastusiowych przygodach dzieciaki wraz z Tosią, Plastusiem i Klejem będą rozwiązywały zagadkę, która pozwoli naszym bohaterom wyruszyć w dalszą drogę. Pomogą również Plastusiowi w odszukaniu jego zaginionego ucha.
Sz. C.: Nie boicie się konkurencji? Wokół mnóstwo jest bohaterów kreskówek, bardziej krzykliwych, kolorowych, uzbrojonych w całe serie gadżetów..
A. W.: Nie :) Nie boimy się :) Ponieważ nasza publiczność pokazuje nam podczas każdego spektaklu, że nie zapomniała o plastusiowych przygodach. Są takie postaci bajkowe, których nie zastąpią superbohaterowie. Nasz Plastuś i przybory z piórnika są równie kolorowe, jak postaci wyciągnięte z dzisiejszych bajek. Mam wrażenie, że przygody naszych piórnikowych bohaterów przedstawione są na tyle ciekawie, że wciągają dzieci dokładnie tak samo, jak bajka na szklanym ekranie. A Plastuś staje się w naszym spektaklu takim właśnie superbohaterem :)
Sz. C.: I właśnie: co z Plastusiem dzisiaj, kiedy każdy może sobie kupić (i nosić w piórniku) dowolną figurkę dowolnego superbohatera?
A. W.: Myślę, że Plastuś ma się wciąż bardzo dobrze. Pomimo obecności superbohaterów i wszelkich innych stworów, potworów, to właśnie Plastuś od ponad osiemdziesięciu lat jest obecny w życiu kolejnych pokoleń. Wciąż wraca na deski sceniczne w wykonaniu kolejnych teatrów. Myślę, że Plastuś przez te wszystkie lata zasłużył sobie na miano SUPERBOHATERA i stoi na czele tych wszystkich współczesnych postaci bajkowych. Choć ulepiony z plasteliny, malutki, śmieszny, z za dużymi uszami, to jednak jedyny w swoim rodzaju.
rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
wtorek, 15 sierpnia 2017
wywiad z teatrem PIKI
Być dzieckiem
rozmowa z teatrem PIKI
Sz. C.: Publiczność w Polsce, ta duża i ta mała, Was kocha. Jak to robicie?
PIKI: Staramy się, żeby na naszych przedstawieniach mali czuli się jak duzi, a duzi jak mali.
Sz. C.: Gdzie znajdujecie teksty do bajek? To Wasze dawne lektury, ktoś Wam podpowiada, czy raczej sami wiecie, co Wam potrzebne?
PIKI: Na początku to były nasze dawne lektury, czasami ktoś nam podpowiadał, a teraz są to przede wszystkim bieżące lektury Katki, niekoniecznie książek dla dzieci, w których szukamy tematów ważnych dla nas i, mamy nadzieję, też dla naszych widzów.
Sz. C.: Co lubicie w teatrach dla dzieci?
PIKI: Jak najwyższy poziom wszystkich elementów: sztuki, muzyki, wysiłku, wkładu pracy… Do tego rozrywkowość, wyobraźnię, zrozumiałość, komunikatywność, a równocześnie szukanie nowych pomysłów czy rozwiązań.
Sz. C.: W Ela hop! bawicie się z widzami w teatr. Dlaczego?
PIKI: Ela hop jest w rzeczywistości teatralną wersją naszej telewizyjnej serii dla dzieci, w której z nami, dwiema postaciami o imionach Ela i Hop, występowały dzieci z całej Słowacji. Powtarzały magiczną formułkę „Ela hop!” i same przenosiły się do miejsca, w którym mogły pokazać swój talent, hobby, albo gdzie my w zabawny sposób spełnialiśmy ich marzenia.
Dzieci są najbardziej zadowolone, gdy działają z aktorami, wiele z nich chce się popisać na scenie i prawie wszyscy rodzice są szczęśliwi, kiedy je tam widzą.
Dzieci przenoszą na scenę magię swoich charakterów i nieprzewidywalnych reakcji i tym niezwykle ożywiają całe to dokładnie przećwiczone przedstawienie.
Sz. C.: Jak sprawić, żeby dzieci Was słuchały i oglądały bajkę?
PIKI: Przedstawienie musi być wymyślone tak, aby stale się coś działo, by coś zajmowało uwagę dzieci. One nie mogą się nudzić, muszą rozumieć historię, żeby mogły identyfikować się z postaciami, żeby przeżywać różne emocje, żeby otrzymywały wystarczająco dużo bodźców. Muszą być trzymane w napięciu, ale też od czasu do czasu na chwilę odetchnąć.
Sz. C.: Gdybyście uczyli w szkole teatralnej dla dzieci, to jakiego przedmiotu?
PIKI: Uczylibyśmy przedmiotu: jak nie zapomnieć być dzieckiem.
Rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z teatrem PIKI
Sz. C.: Publiczność w Polsce, ta duża i ta mała, Was kocha. Jak to robicie?
PIKI: Staramy się, żeby na naszych przedstawieniach mali czuli się jak duzi, a duzi jak mali.
Sz. C.: Gdzie znajdujecie teksty do bajek? To Wasze dawne lektury, ktoś Wam podpowiada, czy raczej sami wiecie, co Wam potrzebne?
PIKI: Na początku to były nasze dawne lektury, czasami ktoś nam podpowiadał, a teraz są to przede wszystkim bieżące lektury Katki, niekoniecznie książek dla dzieci, w których szukamy tematów ważnych dla nas i, mamy nadzieję, też dla naszych widzów.
Sz. C.: Co lubicie w teatrach dla dzieci?
PIKI: Jak najwyższy poziom wszystkich elementów: sztuki, muzyki, wysiłku, wkładu pracy… Do tego rozrywkowość, wyobraźnię, zrozumiałość, komunikatywność, a równocześnie szukanie nowych pomysłów czy rozwiązań.
Sz. C.: W Ela hop! bawicie się z widzami w teatr. Dlaczego?
PIKI: Ela hop jest w rzeczywistości teatralną wersją naszej telewizyjnej serii dla dzieci, w której z nami, dwiema postaciami o imionach Ela i Hop, występowały dzieci z całej Słowacji. Powtarzały magiczną formułkę „Ela hop!” i same przenosiły się do miejsca, w którym mogły pokazać swój talent, hobby, albo gdzie my w zabawny sposób spełnialiśmy ich marzenia.
Dzieci są najbardziej zadowolone, gdy działają z aktorami, wiele z nich chce się popisać na scenie i prawie wszyscy rodzice są szczęśliwi, kiedy je tam widzą.
Dzieci przenoszą na scenę magię swoich charakterów i nieprzewidywalnych reakcji i tym niezwykle ożywiają całe to dokładnie przećwiczone przedstawienie.
Sz. C.: Jak sprawić, żeby dzieci Was słuchały i oglądały bajkę?
PIKI: Przedstawienie musi być wymyślone tak, aby stale się coś działo, by coś zajmowało uwagę dzieci. One nie mogą się nudzić, muszą rozumieć historię, żeby mogły identyfikować się z postaciami, żeby przeżywać różne emocje, żeby otrzymywały wystarczająco dużo bodźców. Muszą być trzymane w napięciu, ale też od czasu do czasu na chwilę odetchnąć.
Sz. C.: Gdybyście uczyli w szkole teatralnej dla dzieci, to jakiego przedmiotu?
PIKI: Uczylibyśmy przedmiotu: jak nie zapomnieć być dzieckiem.
Rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
poniedziałek, 14 sierpnia 2017
rozmowa z praMontownią
Humor, urok osobisty i legitymacja Akademii Teatralnej
rozmowa z praMontownią
Sztajgerowy Cajtung: Przenieśmy się w czasie o dwadzieścia lat wstecz. Kim będziecie za dwadzieścia lat?
Adam Krawczuk: Oj…
Maciej Wierzbicki: Ale tak króciusieńko odpowiadać?
Sz. C.: Nie no, jak najdłużej…
M. W.: Bo u mnie będzie krótko. Nie miałem planu awaryjnego. Wóz albo przewóz.
Rafał Rutkowski: Ja planu awaryjnego też nie miałem. Na tyle byłem naiwny i crazy, jak mówi młodzież.
A. K.: Ja podobnie jak koledzy, chciałem powiedzieć.
Sz. C.: A my liczyliśmy na długi wywiad… Czyli za dwadzieścia lat się widzicie gdzie? Na scenie? W aktorstwie?
R. R.: Ale jesteśmy dwadzieścia lat temu? Tak. Powiem ci, że przed szkołą teatralną, w liceum, w ogóle nie spodziewałem się, że mogę być aktorem. Więc kiedy już skończyłem szkołę teatralną i zrobiliśmy spektakl Zabawa… stwierdziłem, że skoro już tak poszło, to trzeba to kontynuować…
A. K.: Iść dalej…
R. R.: Iść dalej, nie ma co się cofać.
M. W.: Powiem więcej: rzadko który młody człowiek po szkole, po dyplomie myśli sobie, że zostanie taksówkarzem. Zdarzają się pewnie wyjątki. Ale każdy chce aktorstwem zarabiać na chleb. Przynajmniej próbują, potem czas weryfikuje…
A. K.: Ale nie da się myśleć o planie awaryjnym.
R. R.: Szkoła teatralna jest tak wąską specjalizacją zawodowo, że po niej się nie umie nic innego, tylko grać, więc jeśli człowiek się chce przebranżowić, musi iść do następnej szkoły. I to dodatkowa motywacja, żeby się jednak utrzymać w fachu.
Sz. C.: A nie było na roku ciekawszych kolegów? Jak się dobraliście?
M. W. i R. R.: Nie było!
A. K.: My byliśmy najciekawsi.
R. R.: Tak… to był przypadek. Ale najczęściej przypadki sprawiają, że potem takie przypadkowe trupy funkcjonują.
Sz. C.: Jaki macie plan na podbój aktorskiego świata?
M. W.: Aha! To my cały czas dwadzieścia lat temu jesteśmy!
R. R.: To jest myślenie drużynowe, że w kupie raźniej i że w pojedynkę możemy osiągnąć mniej niż jako grupa. Takie może niepolskie, ale myślenie o teatrze.
M. W.: Ale podbudowane pierwszymi sukcesami Zabawy właśnie, na festiwalach i w różnych innych miejscach świata, nie tylko w szkole teatralnej.
Sz. C.: Których wykładowców najbardziej lubicie, a którym robicie kawały?
M. W.: Opiekunem roku była pani profesor Górska…
R. R.: Tak, ale dopiero po dziesięciu latach ją doceniliśmy, już po szkole.
M. W.: Czekaj, jesteśmy dwadzieścia lat temu!
R. R.: To prawdopodobnie docenimy ją za jakieś dziesięć lat.
A. K.: Na razie robimy żarty…
R. R.: Jest wtedy Jan Englert… wtedy już nie był rektorem. Jak zaczynaliśmy, to był, ale jak kończyliśmy, to już nie. Jarosław Gajewski, który był takim spiritus movens Teatru Montownia, jego wtedy ceniliśmy…
A. K.: On właśnie podjął się opieki artystycznej nad Zabawą.
M. W.: Zofia Kucówna, która poza nauką wiersza uczyła nas teatru przez duże T…
Sz. C.: A jak to wyglądało z Jarosławem Gajewskim? Powiedział „o, wy jesteście dobrzy, wy możecie zagrać”?
R. R.: Nie, mieliśmy do niego zaufanie. Był taką osobą, która bezinteresownie i po godzinach nam pomagała.
M. W.: Z tym, że to my przyszliśmy do niego, a nie on do nas.
R. R.: Był opiekunem artystycznym naszej… naszej…
M. W.: Trupy.
A. K.: Mimo że mieszkał daleko.
Sz. C.: Narzekacie czasami na studia?
M. W.: Na studia? Nie, chyba. Ja nie.
A. K.: Ja nie.
Sz. C.: Wszystko wam się podoba?
R. R.: Po latach będziemy narzekać na studia. Ale będąc na studiach, nie narzekamy.
Sz. C.: W takim razie co planujecie grać, kiedy już skończycie studiowanie?
R. R.: Jak najwięcej!
A. K.: Tak, dobrze powiedziane.
M. W.: I jak najróżniej.
R. R.: Jak najwięcej ról, w miarę możliwości nie zamykać się na epizodach i trzymaniu halabardy, tylko grać, jak najwięcej być na scenie. W porównaniu do piłki nożnej, żeby nie grzać ławy, tylko wychodzić w pierwszym składzie i grać przed dziewięćdziesiąt minut…
A. K.: … Bez kontuzji.
Sz. C.: Kto w studenckiej Montowni jest najważniejszy?
A. K.: Prowadzi to teraz Rafał…
R. R.: Ale dwadzieścia lat temu…
M. W.: Adam, bo on miał pierwszy komórkę!
R. R.: Na studiach jeszcze nie, ale zaraz po…
M. W.: Kupił sobie komórkę, bo wtedy były już komórki… Za tysiąc osiemset złotych. Panasonic.
A. K.: Z funkcją wibrującej baterii, jedyny na rynku, albo jeden z dwóch. Dzięki temu mogłem na planie zdjęciowym dostawać powiadomienia…
M. W.: Co wtedy nie było częste.
Sz. C.: Myślicie, że kiedyś będziecie grać poza teatrem? W reklamach, stand-upach?
R. R.: Nie, nie dopuszczaliśmy takiej myśli. To był zakon.
A. K. Kiedy byliśmy na studiach, granie w reklamach czy nawet serialach było…
R. R.: …zbrodnią.
A. K.: Tak. Nie pozwalano za bardzo w szkole.
M. W.: W reklamach i serialach grali chałturnicy. Mówiło się, że kto wziął udział w reklamie, to jest skończony dla zawodu aktora.
R. R.: Taki był czas, początek lat 90.
Sz. C.: Jaki jest sposób Montowni na podryw? Jestem aktorem, jestem z Montowni?
A. K.: Po prostu: jestem z Montowni.
M. W.: Jestem z Montowni, przypomnę tytuły.
R. R.: Wtedy nie bicepsy i nie pieniądze. Wszystko inne: humor, urok osobisty i legitymacja Akademii Teatralnej.
Sz. C.: Jak trafiliście na tekst Zabawy?
A. K.: Profesor Skotnicki nam to podrzucił. Polecił nam…
M. W.: Dwadzieścia lat później już niestety…
R. R.: …świętej pamięci. Ale wtedy żył! Umówmy się, że żyje…
M. W.: A być może za dwadzieścia lat nie żył będzie. Dwadzieścia lat temu żył i po naszym pierwszym sukcesie szkolnym, kiedy na drugim roku zrobiliśmy Dziewictwo Gombrowicza, mieliśmy pomysł, ja z Adamem, żeby zaangażować jeszcze Rafała. Chcieliśmy znaleźć coś na trzech i on nam poradził. Zapytaliśmy go wprost: panie profesorze, nie zna pan jakiegoś tekstu na trzech? A on powiedział: przeczytajcie Zabawę.
A. K.: … na to się dobrze podrywa później.
R. R.: Uczył nas piosenki na pierwszym roku.
Sz. C.: Stworzyliście Zabawę i co się stało?
R. R.: Wyszło na tyle, że spodobało się i gawiedzi szkolnej, i profesorom. Pozwolono nam to grać w szkole dla publiczności warszawskiej, przychodzili na to ludzie z miasta. To było na trzecim roku, jeszcze nie graliśmy dyplomów, zanim zagraliśmy dyplomy, już zdobywaliśmy nagrody na festiwalach, na przykład na Kontrapunkcie w Szczecinie.
M. W.: Na międzynarodowych Zderzeniach, w Kłodzku.
A. K.: A bardzo krótki czas potem, byliśmy na czwartym roku, przyszło zaproszenie do Stanów. Pojechaliśmy do Ameryki…
R. R.: Tam Maciek widział pierwszy raz czarnoskórego, zachwycił się…
M. W.: I powiedziałem: Chłopaki! Ja bym chciał częściej oglądać takie cuda! Może załóżmy grupę.
A. K.: I wtedy była już Korea…
M. W.: Dalej to już poszło…
R. R.: I to upewniło nas, że w grupie siła i że działajmy razem.
Sz. C.: Zostaliście zaproszeni z Zabawą do repertuaru Teatru Powszechnego, prawda?
R. R.: Tak.
A. K.: Sami się wprosiliśmy.
Sz. C.: A były jakieś sugestie, że tego nie grajcie tak, to zróbcie inaczej?
R. R.: Nie, jedyną sugestią było, że to jednoaktówka, to za krótkie, że trzeba coś dopisać. I wtedy nasz idol z dzieciństwa, Stanisław Tym, specjalnie dla nas dopisał jednoaktówkę Skarb.
A. K.: Wystawianą później z powodzeniem w więzieniach… ja to wystawiłem.
R. R.: Zabawa. Skarb nazywał się wieczór teatralny. Tym i Mrożek w Teatrze Powszechnym w Warszawie.
Sz. C.: Zagraliście Zabawę, jesteśmy dwadzieścia lat temu, i co teraz?
A. K.: Mieliśmy następny pomysł.
M. W.: Następny krok: dell’arte.
R. R.: Zakładamy Teatr Montownia. I pierwszym przedstawieniem Teatru Montownia są Szelmostwa Skapena Moliera, dobieramy do tego czwartego osobnika, niejakiego Marcina Perchucia i w Teatrze Powszechnym to już nasz drugi spektakl.
A. K.: W niedługi czas potem przyszło kolejne zaproszenie do Stanów.
M. W.: Czyli spełniło się moje marzenie… I tam znowu zobaczyłem czarnoskórego człowieka.
Sz. C.: To był ten sam człowiek?
M. W.: Możliwe, że ten sam. I powiedziałem: widzicie, chłopcy? Jednak można!
A. K.: To był ten sam człowiek, tylko o rok starszy…
R. R.: Słuchajcie, już jest dziesięć po, a my mamy mordy pomalować szuwaksem…
rozmawiały Iza Mikrut i Anka Miozga
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z praMontownią
Sztajgerowy Cajtung: Przenieśmy się w czasie o dwadzieścia lat wstecz. Kim będziecie za dwadzieścia lat?
Adam Krawczuk: Oj…
Maciej Wierzbicki: Ale tak króciusieńko odpowiadać?
Sz. C.: Nie no, jak najdłużej…
M. W.: Bo u mnie będzie krótko. Nie miałem planu awaryjnego. Wóz albo przewóz.
Rafał Rutkowski: Ja planu awaryjnego też nie miałem. Na tyle byłem naiwny i crazy, jak mówi młodzież.
A. K.: Ja podobnie jak koledzy, chciałem powiedzieć.
Sz. C.: A my liczyliśmy na długi wywiad… Czyli za dwadzieścia lat się widzicie gdzie? Na scenie? W aktorstwie?
R. R.: Ale jesteśmy dwadzieścia lat temu? Tak. Powiem ci, że przed szkołą teatralną, w liceum, w ogóle nie spodziewałem się, że mogę być aktorem. Więc kiedy już skończyłem szkołę teatralną i zrobiliśmy spektakl Zabawa… stwierdziłem, że skoro już tak poszło, to trzeba to kontynuować…
A. K.: Iść dalej…
R. R.: Iść dalej, nie ma co się cofać.
M. W.: Powiem więcej: rzadko który młody człowiek po szkole, po dyplomie myśli sobie, że zostanie taksówkarzem. Zdarzają się pewnie wyjątki. Ale każdy chce aktorstwem zarabiać na chleb. Przynajmniej próbują, potem czas weryfikuje…
A. K.: Ale nie da się myśleć o planie awaryjnym.
R. R.: Szkoła teatralna jest tak wąską specjalizacją zawodowo, że po niej się nie umie nic innego, tylko grać, więc jeśli człowiek się chce przebranżowić, musi iść do następnej szkoły. I to dodatkowa motywacja, żeby się jednak utrzymać w fachu.
Sz. C.: A nie było na roku ciekawszych kolegów? Jak się dobraliście?
M. W. i R. R.: Nie było!
A. K.: My byliśmy najciekawsi.
R. R.: Tak… to był przypadek. Ale najczęściej przypadki sprawiają, że potem takie przypadkowe trupy funkcjonują.
Sz. C.: Jaki macie plan na podbój aktorskiego świata?
M. W.: Aha! To my cały czas dwadzieścia lat temu jesteśmy!
R. R.: To jest myślenie drużynowe, że w kupie raźniej i że w pojedynkę możemy osiągnąć mniej niż jako grupa. Takie może niepolskie, ale myślenie o teatrze.
M. W.: Ale podbudowane pierwszymi sukcesami Zabawy właśnie, na festiwalach i w różnych innych miejscach świata, nie tylko w szkole teatralnej.
Sz. C.: Których wykładowców najbardziej lubicie, a którym robicie kawały?
M. W.: Opiekunem roku była pani profesor Górska…
R. R.: Tak, ale dopiero po dziesięciu latach ją doceniliśmy, już po szkole.
M. W.: Czekaj, jesteśmy dwadzieścia lat temu!
R. R.: To prawdopodobnie docenimy ją za jakieś dziesięć lat.
A. K.: Na razie robimy żarty…
R. R.: Jest wtedy Jan Englert… wtedy już nie był rektorem. Jak zaczynaliśmy, to był, ale jak kończyliśmy, to już nie. Jarosław Gajewski, który był takim spiritus movens Teatru Montownia, jego wtedy ceniliśmy…
A. K.: On właśnie podjął się opieki artystycznej nad Zabawą.
M. W.: Zofia Kucówna, która poza nauką wiersza uczyła nas teatru przez duże T…
Sz. C.: A jak to wyglądało z Jarosławem Gajewskim? Powiedział „o, wy jesteście dobrzy, wy możecie zagrać”?
R. R.: Nie, mieliśmy do niego zaufanie. Był taką osobą, która bezinteresownie i po godzinach nam pomagała.
M. W.: Z tym, że to my przyszliśmy do niego, a nie on do nas.
R. R.: Był opiekunem artystycznym naszej… naszej…
M. W.: Trupy.
A. K.: Mimo że mieszkał daleko.
Sz. C.: Narzekacie czasami na studia?
M. W.: Na studia? Nie, chyba. Ja nie.
A. K.: Ja nie.
Sz. C.: Wszystko wam się podoba?
R. R.: Po latach będziemy narzekać na studia. Ale będąc na studiach, nie narzekamy.
Sz. C.: W takim razie co planujecie grać, kiedy już skończycie studiowanie?
R. R.: Jak najwięcej!
A. K.: Tak, dobrze powiedziane.
M. W.: I jak najróżniej.
R. R.: Jak najwięcej ról, w miarę możliwości nie zamykać się na epizodach i trzymaniu halabardy, tylko grać, jak najwięcej być na scenie. W porównaniu do piłki nożnej, żeby nie grzać ławy, tylko wychodzić w pierwszym składzie i grać przed dziewięćdziesiąt minut…
A. K.: … Bez kontuzji.
Sz. C.: Kto w studenckiej Montowni jest najważniejszy?
A. K.: Prowadzi to teraz Rafał…
R. R.: Ale dwadzieścia lat temu…
M. W.: Adam, bo on miał pierwszy komórkę!
R. R.: Na studiach jeszcze nie, ale zaraz po…
M. W.: Kupił sobie komórkę, bo wtedy były już komórki… Za tysiąc osiemset złotych. Panasonic.
A. K.: Z funkcją wibrującej baterii, jedyny na rynku, albo jeden z dwóch. Dzięki temu mogłem na planie zdjęciowym dostawać powiadomienia…
M. W.: Co wtedy nie było częste.
Sz. C.: Myślicie, że kiedyś będziecie grać poza teatrem? W reklamach, stand-upach?
R. R.: Nie, nie dopuszczaliśmy takiej myśli. To był zakon.
A. K. Kiedy byliśmy na studiach, granie w reklamach czy nawet serialach było…
R. R.: …zbrodnią.
A. K.: Tak. Nie pozwalano za bardzo w szkole.
M. W.: W reklamach i serialach grali chałturnicy. Mówiło się, że kto wziął udział w reklamie, to jest skończony dla zawodu aktora.
R. R.: Taki był czas, początek lat 90.
Sz. C.: Jaki jest sposób Montowni na podryw? Jestem aktorem, jestem z Montowni?
A. K.: Po prostu: jestem z Montowni.
M. W.: Jestem z Montowni, przypomnę tytuły.
R. R.: Wtedy nie bicepsy i nie pieniądze. Wszystko inne: humor, urok osobisty i legitymacja Akademii Teatralnej.
Sz. C.: Jak trafiliście na tekst Zabawy?
A. K.: Profesor Skotnicki nam to podrzucił. Polecił nam…
M. W.: Dwadzieścia lat później już niestety…
R. R.: …świętej pamięci. Ale wtedy żył! Umówmy się, że żyje…
M. W.: A być może za dwadzieścia lat nie żył będzie. Dwadzieścia lat temu żył i po naszym pierwszym sukcesie szkolnym, kiedy na drugim roku zrobiliśmy Dziewictwo Gombrowicza, mieliśmy pomysł, ja z Adamem, żeby zaangażować jeszcze Rafała. Chcieliśmy znaleźć coś na trzech i on nam poradził. Zapytaliśmy go wprost: panie profesorze, nie zna pan jakiegoś tekstu na trzech? A on powiedział: przeczytajcie Zabawę.
A. K.: … na to się dobrze podrywa później.
R. R.: Uczył nas piosenki na pierwszym roku.
Sz. C.: Stworzyliście Zabawę i co się stało?
R. R.: Wyszło na tyle, że spodobało się i gawiedzi szkolnej, i profesorom. Pozwolono nam to grać w szkole dla publiczności warszawskiej, przychodzili na to ludzie z miasta. To było na trzecim roku, jeszcze nie graliśmy dyplomów, zanim zagraliśmy dyplomy, już zdobywaliśmy nagrody na festiwalach, na przykład na Kontrapunkcie w Szczecinie.
M. W.: Na międzynarodowych Zderzeniach, w Kłodzku.
A. K.: A bardzo krótki czas potem, byliśmy na czwartym roku, przyszło zaproszenie do Stanów. Pojechaliśmy do Ameryki…
R. R.: Tam Maciek widział pierwszy raz czarnoskórego, zachwycił się…
M. W.: I powiedziałem: Chłopaki! Ja bym chciał częściej oglądać takie cuda! Może załóżmy grupę.
A. K.: I wtedy była już Korea…
M. W.: Dalej to już poszło…
R. R.: I to upewniło nas, że w grupie siła i że działajmy razem.
Sz. C.: Zostaliście zaproszeni z Zabawą do repertuaru Teatru Powszechnego, prawda?
R. R.: Tak.
A. K.: Sami się wprosiliśmy.
Sz. C.: A były jakieś sugestie, że tego nie grajcie tak, to zróbcie inaczej?
R. R.: Nie, jedyną sugestią było, że to jednoaktówka, to za krótkie, że trzeba coś dopisać. I wtedy nasz idol z dzieciństwa, Stanisław Tym, specjalnie dla nas dopisał jednoaktówkę Skarb.
A. K.: Wystawianą później z powodzeniem w więzieniach… ja to wystawiłem.
R. R.: Zabawa. Skarb nazywał się wieczór teatralny. Tym i Mrożek w Teatrze Powszechnym w Warszawie.
Sz. C.: Zagraliście Zabawę, jesteśmy dwadzieścia lat temu, i co teraz?
A. K.: Mieliśmy następny pomysł.
M. W.: Następny krok: dell’arte.
R. R.: Zakładamy Teatr Montownia. I pierwszym przedstawieniem Teatru Montownia są Szelmostwa Skapena Moliera, dobieramy do tego czwartego osobnika, niejakiego Marcina Perchucia i w Teatrze Powszechnym to już nasz drugi spektakl.
A. K.: W niedługi czas potem przyszło kolejne zaproszenie do Stanów.
M. W.: Czyli spełniło się moje marzenie… I tam znowu zobaczyłem czarnoskórego człowieka.
Sz. C.: To był ten sam człowiek?
M. W.: Możliwe, że ten sam. I powiedziałem: widzicie, chłopcy? Jednak można!
A. K.: To był ten sam człowiek, tylko o rok starszy…
R. R.: Słuchajcie, już jest dziesięć po, a my mamy mordy pomalować szuwaksem…
rozmawiały Iza Mikrut i Anka Miozga
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
środa, 9 sierpnia 2017
rozmowa z Krzysztofem Wnukiem
W „święty poniedziałek”, czyli dzień, w którym aktorzy zakopiańskiego Teatru Witkacego mają zwykle czas na odpoczynek i regenerację, tuż przed wizytą na ChTO, udało nam się telefonicznie porozmawiać z Dorotą Ficoń i Krzysztofem Wnukiem, o demonizmie Zakopanego, jego wpływie na życie i artyzm.
Tam gdzie kończą się tory
Sztajgerowy Cajtung: Zakopane to „pępek świata”, „wyrostek robaczkowy polskiego organizmu. Tak pisał Witkacy w 1919 roku w „Echu Tatrzańskim” Na czym polega demonizm tego miejsca?
Krzysztof Wnuk: Demonizm Zakopanego to specyfika tego miejsca, która wymaga od artysty demonicznej wręcz siły. W Zakopanem trzeba walczyć o siebie, o sztukę, o to, żeby nie osiąść tutaj, nie wpaść do metafizycznej dziury i nie zatracić się w samozadowoleniu, samozachwycie bycia artystą.
Sz. C.: Tymczasem Pan jest aktorem Witkacego od 1998 roku. Dlaczego akurat to miejsce, tak „niebezpieczne”?
K. W.: Bo to fantastyczne miejsce dla artysty, gdzie można się rozwijać, wielorako i wielokierunkowo. W Teatrze Witkacego jest szczególna atmosfera Sztuki, sposób jej tworzenia. Nie bardzo oglądamy się na obowiązujące „trendy”. Na warsztat trafiają tematy, które nas interesują, bolą czy intrygują. Gramy i tworzymy z pasją. Bo naprawdę trzeba mieć pasję, żeby przyjechać do tego miejsca, gdzie kończą się tory (śmiech), gdzie wszystko jest zupełnie inne.
Sz. C.: Jest Pan też aktorem filmowym. Ucieka Pan czasami z tej „ślepej kiszki”?
K. W.: Nie mówiłbym o ucieczce. To raczej okazja doświadczania innych miejsc i spotkania z innymi ludźmi. Ale zawsze z wielką radością wracam do, jak pisał Witkacy, „wyrostka robaczkowego kiszki ślepej, jakim jest Zakopane”. 19 lat na scenie Teatru Witkacego zobowiązuje i o czymś świadczy. Zadomowiłem się tu. To moje miejsce.
Sz. C.: W jednym z wywiadów wspominał Pan, że w zasadzie to nawet nie miejsce, nie budynek, ale ludzie i atmosfera są najważniejsi.
K. W.: To prawda. Ludzie są najważniejsi. Bo to oni tworzą atmosferę. Przyjeżdżają do nas ludzie z różnych części Polski. Nasz teatr jeździ po kraju i to, co jest niezwykłe, spotykamy często „naszych” widzów w innych miastach. Teatr tworzą ludzie, dlatego tak chętnie wyjeżdżamy: dla ludzi. Teatr jest spotkaniem dwóch stron. Aktora i Widza. Jeśli chcą się spotkać, to zawsze będzie to spotkanie udane. Nie trzeba wielkiej sceny, żeby sztuki doświadczać i czerpać z niej przyjemność.
Sz. C.: Jest Pan z Krakowa, mieszka w Zakopanem, jestem ciekawa, czy ma Pan jakieś malutkie powiązania ze Śląskiem (śmiech)?
K. W.: Oj i to całkiem spore. Po pierwsze mam na Śląsku rodzinę. W dzieciństwie często jeździliśmy odwiedzać dziadków w Katowicach. W katowickiej szkole aktorskiej Art Play Doroty Pomykały i Danuty Owczarek miałem przyjemność reżyserować trzy spektakle dyplomowe. Z Witkacym natomiast byliśmy w Tychach, Zabrzu. Graliśmy też całkiem sporo przedstawień na Gliwickich Spotkaniach Teatralnych. Na Gliwice czekaliśmy zawsze z tęsknotą. Przyjeżdżaliśmy tam na wiosnę, kiedy tu, w Zakopanem, często jeszcze padał śnieg i było zimno. Gliwice kojarzą mi się z ciepłem, miejscem, gdzie można odtajać (śmiech). Teraz mamy okazję odwiedzić Chorzów i pokazać chorzowskiej publiczności, czym jest demonizm zakopiański. Cóż, wygląda, że Śląsk nie jest dla mnie terra incognita…
Sz. C.: Właśnie, dlaczego akurat ten spektakl na Śląsku?
K. W.: To promocja Witkacego, któremu to się po prostu należy. To spektakl o specyfice tego miejsca, na końcu Polski. Pokazuje, jak się w Zakopanem żyje, z jakimi przeciwnościami człowiek się tam zmaga, osobiście i artystycznie. Niech wszyscy wiedzą jak niebezpiecznym miastem jest Zakopane!!!
rozmawiała Marta Witek
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Tam gdzie kończą się tory
Sztajgerowy Cajtung: Zakopane to „pępek świata”, „wyrostek robaczkowy polskiego organizmu. Tak pisał Witkacy w 1919 roku w „Echu Tatrzańskim” Na czym polega demonizm tego miejsca?
Krzysztof Wnuk: Demonizm Zakopanego to specyfika tego miejsca, która wymaga od artysty demonicznej wręcz siły. W Zakopanem trzeba walczyć o siebie, o sztukę, o to, żeby nie osiąść tutaj, nie wpaść do metafizycznej dziury i nie zatracić się w samozadowoleniu, samozachwycie bycia artystą.
Sz. C.: Tymczasem Pan jest aktorem Witkacego od 1998 roku. Dlaczego akurat to miejsce, tak „niebezpieczne”?
K. W.: Bo to fantastyczne miejsce dla artysty, gdzie można się rozwijać, wielorako i wielokierunkowo. W Teatrze Witkacego jest szczególna atmosfera Sztuki, sposób jej tworzenia. Nie bardzo oglądamy się na obowiązujące „trendy”. Na warsztat trafiają tematy, które nas interesują, bolą czy intrygują. Gramy i tworzymy z pasją. Bo naprawdę trzeba mieć pasję, żeby przyjechać do tego miejsca, gdzie kończą się tory (śmiech), gdzie wszystko jest zupełnie inne.
Sz. C.: Jest Pan też aktorem filmowym. Ucieka Pan czasami z tej „ślepej kiszki”?
K. W.: Nie mówiłbym o ucieczce. To raczej okazja doświadczania innych miejsc i spotkania z innymi ludźmi. Ale zawsze z wielką radością wracam do, jak pisał Witkacy, „wyrostka robaczkowego kiszki ślepej, jakim jest Zakopane”. 19 lat na scenie Teatru Witkacego zobowiązuje i o czymś świadczy. Zadomowiłem się tu. To moje miejsce.
Sz. C.: W jednym z wywiadów wspominał Pan, że w zasadzie to nawet nie miejsce, nie budynek, ale ludzie i atmosfera są najważniejsi.
K. W.: To prawda. Ludzie są najważniejsi. Bo to oni tworzą atmosferę. Przyjeżdżają do nas ludzie z różnych części Polski. Nasz teatr jeździ po kraju i to, co jest niezwykłe, spotykamy często „naszych” widzów w innych miastach. Teatr tworzą ludzie, dlatego tak chętnie wyjeżdżamy: dla ludzi. Teatr jest spotkaniem dwóch stron. Aktora i Widza. Jeśli chcą się spotkać, to zawsze będzie to spotkanie udane. Nie trzeba wielkiej sceny, żeby sztuki doświadczać i czerpać z niej przyjemność.
Sz. C.: Jest Pan z Krakowa, mieszka w Zakopanem, jestem ciekawa, czy ma Pan jakieś malutkie powiązania ze Śląskiem (śmiech)?
K. W.: Oj i to całkiem spore. Po pierwsze mam na Śląsku rodzinę. W dzieciństwie często jeździliśmy odwiedzać dziadków w Katowicach. W katowickiej szkole aktorskiej Art Play Doroty Pomykały i Danuty Owczarek miałem przyjemność reżyserować trzy spektakle dyplomowe. Z Witkacym natomiast byliśmy w Tychach, Zabrzu. Graliśmy też całkiem sporo przedstawień na Gliwickich Spotkaniach Teatralnych. Na Gliwice czekaliśmy zawsze z tęsknotą. Przyjeżdżaliśmy tam na wiosnę, kiedy tu, w Zakopanem, często jeszcze padał śnieg i było zimno. Gliwice kojarzą mi się z ciepłem, miejscem, gdzie można odtajać (śmiech). Teraz mamy okazję odwiedzić Chorzów i pokazać chorzowskiej publiczności, czym jest demonizm zakopiański. Cóż, wygląda, że Śląsk nie jest dla mnie terra incognita…
Sz. C.: Właśnie, dlaczego akurat ten spektakl na Śląsku?
K. W.: To promocja Witkacego, któremu to się po prostu należy. To spektakl o specyfice tego miejsca, na końcu Polski. Pokazuje, jak się w Zakopanem żyje, z jakimi przeciwnościami człowiek się tam zmaga, osobiście i artystycznie. Niech wszyscy wiedzą jak niebezpiecznym miastem jest Zakopane!!!
rozmawiała Marta Witek
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
wtorek, 8 sierpnia 2017
rozmowa z Dorotą Ficoń
Motyle z Afryki przylatują z halnym
Sztajgerowy Cajtung: Jest Pani w Teatrze Witkacego od początku. Dlaczego akurat Zakopane, ten, a nie inny teatr?
Dorota Ficoń: Gdyby Andrzej Dziuk założył teatr gdzie indziej, pewnie byłabym tam i ja. Dla mnie w Zakopanem ważne są dwa miejsca: teatr i góry. Ludzie wybierają jakieś miejsca, bo są niezwykłe. Tutaj niezwykły jest ten majestatyczny obraz gór. Kiedy wjeżdża się do Zakopanego i widzi się Tatry. Ten widok zapiera dech w piersiach.
Góry mają dla nas znaczenie metaforyczne. Nasze doskonalenie się, praca, kolejne premiery, to wszystko jest jak zakładanie kolejnych baz w drodze na szczyt. Żeby osiągnąć cel, trzeba się przygotować: metafizycznie, duchowo. Każda premiera to kolejna baza w drodze na szczyt, kolejne wyzwanie i tajemnica, odkrywanie siebie.
W Tatrach są też demony, z którymi my, jako ludzie i jako aktorzy musimy się zmagać. Jednym z nich jest halny. Wiatr demoniczny, wiatr zniszczenia. Jednak wraz z halnym przylatują do Polski motyle z Afryki. Po halnym przychodzi też oczyszczenie.
Sz. C.: W Chorzowie wystawiacie Demonizm zakopiański: czym jest ten demonizm, „inny niż wszędzie gdzie indziej”?
D. F.: Swoją grę rozpoczynam tekstem Witkacego: „Demoniczną potęgą nazywamy taką, która włada lub chce władać nami, działając na drapieżne, okrutne i podłe instynkty, które w nas drzemią i czekają tylko sposobności aby się objawić.” Dalej Witkacy mówi, możliwym jest że demoniczne miejscowości, kobiety, zwierzęta są szkodliwe, ale z drugiej strony, czyż życie bez nich nie byłoby piekielnie nudne i bezbarwne…
Demonizm związany też jest z miejscem i jego wpływem na nas. Kiedy przyjeżdża się do Zakopanego, to łatwo można poczuć, że oto w tym miejscu jest się prawdziwym artystą i popaść w stan absolutnego zadowolenia. Witkacy ostrzega: następuje wtedy bardzo szybko rozdźwięk pomiędzy stanem twórcy a wartością dzieła, które tworzy i które w nikim metafizycznych uczuć nie wzbudza. To miejsce może uśpić naszą czujność, można tu ulec „zakopianinie”.
Sz. C.: Słynny demonizm Zakopanego, da się przed nim bronić?
D. F.: Pomaga praca, wytężona praca, tworzenie. To nas ratuje. Jesteśmy małym zespołem. W naszym repertuarze jest 17 pozycji. Ja tworzę teatr Witkacego od ponad 30 lat. W wielu obsadach gram z osobami, z którymi razem założyliśmy teatr. Powstaje więc pytanie: jak mamy grać, żeby się nie powtarzać? Żeby za każdym razem tworzyć na nowo, poszukiwać. To trudne zadanie, związane z ciągłym artystycznym nienasyceniem. Jako zespół, jako artyści, musimy być czujni na to, co dzieje się również wokół nas. W naszym teatrze zespół jest bardzo ważny. W dobrym zespole mogę zaryzykować, odkrywać nowe rzeczy
Sz. C.: Idąc na tę samą sztukę, widz ma możliwość każdorazowo przeżyć coś nowego?
D. F.: To jest istota teatru. W teatrze przecież nie jesteśmy dla siebie, a dla drugiego.
Teatr to rodzaj bezpośredniego spotkania. Ważne jest to, o czym chcemy rozmawiać z widzami. Czasami to są też pytania, na które sami szukamy odpowiedzi.
Nasz teatr jest po to, by widz poczuł w nim coś wyjątkowego. To, na co zwracał uwagę Witkacy, zadaniem sztuki jest wywołanie w człowieku uczuć metafizycznych. Najważniejszy jest pierwszy odbiór, pierwsze emocje wywoływane w widzu w trakcie spektaklu.
Sz. C.: Wasz teatr to kontynuator koncepcji sztuki Witkacego?
D. F.: Witkacy uciekał od teatru realistycznego w stronę teatru artystycznego. My nie realizujemy teatru Czystej Formy. Nasze spektakle są raczej dialogiem z Witkacym i jego dziełami. Nie ma jednej metody, jak wystawiać, grać Witkacego. Dlatego inaczej Witkacego pokazywał Tadeusz Kantor czy Jerzy Jarocki, a inaczej pokazuje go Andrzej Dziuk w Zakopanem.
Sz. C.: Zmieniając nieco temat, przeczytałam w zapowiedzi Demonizmu zakopiańskiego w jednej z gazet, że to sztuka, w której są „zabawne piosenki i kontakt z publicznością”…
D. F.: Tak, Witkacy potrafił rozśmieszać… do bólu.
W 2006 roku spektakl miał swoją pierwszą premierę. To była wersja kolorowa, powiedziałabym, że w konwencji szybkiego, dynamicznego wideoklipu. Jednak w 2016 roku Andrzej Dziuk wyreżyserował nową wersję, którą mają Państwo okazję obejrzeć między innymi w Chorzowie. To, co kiedyś było kolorowe, stało się biało-czarne. Jednak nie zmieniło się przesłanie tego spektaklu, kluczowe pytanie Witkacego: „Lecz jeśli życie tworzy się jak sztukę cóż się dzieje z ową WIELKĄ PANIĄ SZTUKĄ, w tej atmosferze przewartościowania wszystkiego”…
Sz. C.: Jeśli mowa o premierach, jakie plany, jakie spektakle czekają nas na koniec lata i jesienią?
D. F.: Ostatnia nasza premiera to Dom Widzących Ducha na podstawie Spalonej powieści Jakowa Gołosowkera w reżyserii Agaty Biziuk. Całkiem niedawno mieliśmy też premierę Operetki Gombrowicza w reżyserii Andrzeja Dziuka. Natomiast już we wrześniu, (23-28.09.) chcielibyśmy Państwa zaprosić na Zakopiańskie Prezentacje Artystyczne „Pępek świata”. Temat prezentacji: „Kim jest człowiek?”.
rozmawiała Marta Witek
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Sztajgerowy Cajtung: Jest Pani w Teatrze Witkacego od początku. Dlaczego akurat Zakopane, ten, a nie inny teatr?
Dorota Ficoń: Gdyby Andrzej Dziuk założył teatr gdzie indziej, pewnie byłabym tam i ja. Dla mnie w Zakopanem ważne są dwa miejsca: teatr i góry. Ludzie wybierają jakieś miejsca, bo są niezwykłe. Tutaj niezwykły jest ten majestatyczny obraz gór. Kiedy wjeżdża się do Zakopanego i widzi się Tatry. Ten widok zapiera dech w piersiach.
Góry mają dla nas znaczenie metaforyczne. Nasze doskonalenie się, praca, kolejne premiery, to wszystko jest jak zakładanie kolejnych baz w drodze na szczyt. Żeby osiągnąć cel, trzeba się przygotować: metafizycznie, duchowo. Każda premiera to kolejna baza w drodze na szczyt, kolejne wyzwanie i tajemnica, odkrywanie siebie.
W Tatrach są też demony, z którymi my, jako ludzie i jako aktorzy musimy się zmagać. Jednym z nich jest halny. Wiatr demoniczny, wiatr zniszczenia. Jednak wraz z halnym przylatują do Polski motyle z Afryki. Po halnym przychodzi też oczyszczenie.
Sz. C.: W Chorzowie wystawiacie Demonizm zakopiański: czym jest ten demonizm, „inny niż wszędzie gdzie indziej”?
D. F.: Swoją grę rozpoczynam tekstem Witkacego: „Demoniczną potęgą nazywamy taką, która włada lub chce władać nami, działając na drapieżne, okrutne i podłe instynkty, które w nas drzemią i czekają tylko sposobności aby się objawić.” Dalej Witkacy mówi, możliwym jest że demoniczne miejscowości, kobiety, zwierzęta są szkodliwe, ale z drugiej strony, czyż życie bez nich nie byłoby piekielnie nudne i bezbarwne…
Demonizm związany też jest z miejscem i jego wpływem na nas. Kiedy przyjeżdża się do Zakopanego, to łatwo można poczuć, że oto w tym miejscu jest się prawdziwym artystą i popaść w stan absolutnego zadowolenia. Witkacy ostrzega: następuje wtedy bardzo szybko rozdźwięk pomiędzy stanem twórcy a wartością dzieła, które tworzy i które w nikim metafizycznych uczuć nie wzbudza. To miejsce może uśpić naszą czujność, można tu ulec „zakopianinie”.
Sz. C.: Słynny demonizm Zakopanego, da się przed nim bronić?
D. F.: Pomaga praca, wytężona praca, tworzenie. To nas ratuje. Jesteśmy małym zespołem. W naszym repertuarze jest 17 pozycji. Ja tworzę teatr Witkacego od ponad 30 lat. W wielu obsadach gram z osobami, z którymi razem założyliśmy teatr. Powstaje więc pytanie: jak mamy grać, żeby się nie powtarzać? Żeby za każdym razem tworzyć na nowo, poszukiwać. To trudne zadanie, związane z ciągłym artystycznym nienasyceniem. Jako zespół, jako artyści, musimy być czujni na to, co dzieje się również wokół nas. W naszym teatrze zespół jest bardzo ważny. W dobrym zespole mogę zaryzykować, odkrywać nowe rzeczy
Sz. C.: Idąc na tę samą sztukę, widz ma możliwość każdorazowo przeżyć coś nowego?
D. F.: To jest istota teatru. W teatrze przecież nie jesteśmy dla siebie, a dla drugiego.
Teatr to rodzaj bezpośredniego spotkania. Ważne jest to, o czym chcemy rozmawiać z widzami. Czasami to są też pytania, na które sami szukamy odpowiedzi.
Nasz teatr jest po to, by widz poczuł w nim coś wyjątkowego. To, na co zwracał uwagę Witkacy, zadaniem sztuki jest wywołanie w człowieku uczuć metafizycznych. Najważniejszy jest pierwszy odbiór, pierwsze emocje wywoływane w widzu w trakcie spektaklu.
Sz. C.: Wasz teatr to kontynuator koncepcji sztuki Witkacego?
D. F.: Witkacy uciekał od teatru realistycznego w stronę teatru artystycznego. My nie realizujemy teatru Czystej Formy. Nasze spektakle są raczej dialogiem z Witkacym i jego dziełami. Nie ma jednej metody, jak wystawiać, grać Witkacego. Dlatego inaczej Witkacego pokazywał Tadeusz Kantor czy Jerzy Jarocki, a inaczej pokazuje go Andrzej Dziuk w Zakopanem.
Sz. C.: Zmieniając nieco temat, przeczytałam w zapowiedzi Demonizmu zakopiańskiego w jednej z gazet, że to sztuka, w której są „zabawne piosenki i kontakt z publicznością”…
D. F.: Tak, Witkacy potrafił rozśmieszać… do bólu.
W 2006 roku spektakl miał swoją pierwszą premierę. To była wersja kolorowa, powiedziałabym, że w konwencji szybkiego, dynamicznego wideoklipu. Jednak w 2016 roku Andrzej Dziuk wyreżyserował nową wersję, którą mają Państwo okazję obejrzeć między innymi w Chorzowie. To, co kiedyś było kolorowe, stało się biało-czarne. Jednak nie zmieniło się przesłanie tego spektaklu, kluczowe pytanie Witkacego: „Lecz jeśli życie tworzy się jak sztukę cóż się dzieje z ową WIELKĄ PANIĄ SZTUKĄ, w tej atmosferze przewartościowania wszystkiego”…
Sz. C.: Jeśli mowa o premierach, jakie plany, jakie spektakle czekają nas na koniec lata i jesienią?
D. F.: Ostatnia nasza premiera to Dom Widzących Ducha na podstawie Spalonej powieści Jakowa Gołosowkera w reżyserii Agaty Biziuk. Całkiem niedawno mieliśmy też premierę Operetki Gombrowicza w reżyserii Andrzeja Dziuka. Natomiast już we wrześniu, (23-28.09.) chcielibyśmy Państwa zaprosić na Zakopiańskie Prezentacje Artystyczne „Pępek świata”. Temat prezentacji: „Kim jest człowiek?”.
rozmawiała Marta Witek
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
środa, 2 sierpnia 2017
rozmowa z Marianem Ołdziejewskim
Wrażliwość na drugiego człowieka
rozmowa z Marianem Ołdziejewskim
Sztajgerowy Cajtung: Jakie formy teatralne wykorzystujecie w spektaklu Tak jest dobrze?
Marian Ołdziejewski: W spektaklu Tak jest dobrze wykorzystujemy lalki typu muppet i lalki stolikowe (takie, które prowadzi się, opierając najczęściej na stole).
Sz. C.: Kładziecie nacisk na edukowanie młodego pokolenia. Jakie tematy wydają
się Wam najważniejsze?
M. O.: Najczęściej pojawiający się temat edukacyjny to wrażliwość na drugiego człowieka lub inne stworzenia. W tym zawiera się przyjaźń i pomoc słabszym.
Sz. C.: Od czego zaczynacie tworzenie spektaklu?
M. O.: Najczęściej od problemu, jaki chcemy poruszyć i jakimi środkami (rodzajem lalek, przedmiotów) najlepiej da się to wyrazić.
Sz. C.: Czy zdarzają się Wam różnice zdań przy przygotowywaniu nowych spektakli?
M. O.: Bardzo rzadko. Najczęściej tworzę spektakl, wykorzystując różne sugestie, ale pracuję nad nim sam.
Sz. C.: Jak rywalizujecie z kreskówkami czy grami komputerowymi?
M. O.: Staramy się tworzyć atrakcyjne lalki i ciekawe tematy. Po połączeniu z grą „na żywo” udaje nam się uzyskać emocje pozwalające zainteresować młodego widza. Kreskówki i gry pozbawione są „żywego” kontaktu z aktorem.
Sz. C.: Dzieci to nieprzewidywalna publiczność. Czy czymś Was zaskakują?
M. O.: Są grupy teatralne, które uważają, że dziecko trzeba rozśmieszyć i wtedy jest dobrze. Śmiech też jest potrzebny, ale uważamy, że jeszcze lepiej, kiedy dzieci wzruszone oglądają spektakl. Zdarzało się na naszych spektaklach, że dzieci szlochały mocno wzruszone, a za chwilę śmiały się w głos. Tak mocne wejście w bajkę było dla nas dużym zaskoczeniem. Ale wielokrotnie zdarzają się bardzo sympatyczne i śmieszne komentarze w trakcie spektaklu. To duży plus szczerej dziecięcej widowni.
Sz. C.: Gdybyście uczyli teatru w szkole dla dzieci, to jakiego przedmiotu?
M. O.: Dzieci najwięcej zabawy miałyby, tworząc widowiska bardzo prostymi lalkami, takimi jak kukiełki, maski, lalki planszowe, marionetki sycylijskie albo proste przedmioty. Unikałbym skomplikowanych lalek, jak marionetka klasyczna. Zawsze też w atrakcyjny sposób ćwiczyłbym dykcję, emisję i grę w żywym planie.
rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z Marianem Ołdziejewskim
Sztajgerowy Cajtung: Jakie formy teatralne wykorzystujecie w spektaklu Tak jest dobrze?
Marian Ołdziejewski: W spektaklu Tak jest dobrze wykorzystujemy lalki typu muppet i lalki stolikowe (takie, które prowadzi się, opierając najczęściej na stole).
Sz. C.: Kładziecie nacisk na edukowanie młodego pokolenia. Jakie tematy wydają
się Wam najważniejsze?
M. O.: Najczęściej pojawiający się temat edukacyjny to wrażliwość na drugiego człowieka lub inne stworzenia. W tym zawiera się przyjaźń i pomoc słabszym.
Sz. C.: Od czego zaczynacie tworzenie spektaklu?
M. O.: Najczęściej od problemu, jaki chcemy poruszyć i jakimi środkami (rodzajem lalek, przedmiotów) najlepiej da się to wyrazić.
Sz. C.: Czy zdarzają się Wam różnice zdań przy przygotowywaniu nowych spektakli?
M. O.: Bardzo rzadko. Najczęściej tworzę spektakl, wykorzystując różne sugestie, ale pracuję nad nim sam.
Sz. C.: Jak rywalizujecie z kreskówkami czy grami komputerowymi?
M. O.: Staramy się tworzyć atrakcyjne lalki i ciekawe tematy. Po połączeniu z grą „na żywo” udaje nam się uzyskać emocje pozwalające zainteresować młodego widza. Kreskówki i gry pozbawione są „żywego” kontaktu z aktorem.
Sz. C.: Dzieci to nieprzewidywalna publiczność. Czy czymś Was zaskakują?
M. O.: Są grupy teatralne, które uważają, że dziecko trzeba rozśmieszyć i wtedy jest dobrze. Śmiech też jest potrzebny, ale uważamy, że jeszcze lepiej, kiedy dzieci wzruszone oglądają spektakl. Zdarzało się na naszych spektaklach, że dzieci szlochały mocno wzruszone, a za chwilę śmiały się w głos. Tak mocne wejście w bajkę było dla nas dużym zaskoczeniem. Ale wielokrotnie zdarzają się bardzo sympatyczne i śmieszne komentarze w trakcie spektaklu. To duży plus szczerej dziecięcej widowni.
Sz. C.: Gdybyście uczyli teatru w szkole dla dzieci, to jakiego przedmiotu?
M. O.: Dzieci najwięcej zabawy miałyby, tworząc widowiska bardzo prostymi lalkami, takimi jak kukiełki, maski, lalki planszowe, marionetki sycylijskie albo proste przedmioty. Unikałbym skomplikowanych lalek, jak marionetka klasyczna. Zawsze też w atrakcyjny sposób ćwiczyłbym dykcję, emisję i grę w żywym planie.
rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
niedziela, 30 lipca 2017
rozmowa z Teatrem Papahema
Łączy nas przyjaźń
Sztajgerowy Cajtung: Nie czekacie, aż ktoś na Was zwróci uwagę, sami działacie na różne sposoby, jesteście bardzo kreatywni w zdobywaniu funduszy na premiery…
Mateusz Trzmiel: Wbrew pozorom nie jest to tak skomplikowane zajęcie. Wszystko jest kwestią sporej determinacji i uporu w ciągłym przypominaniu o swojej obecności. Poza tym my chyba po prostu jesteśmy w czepku urodzeni. Spotkaliśmy na swojej drodze mnóstwo osób, na których radę czy sugestię zawsze możemy liczyć, myślę tu choćby o Teatrze Montownia, Teatrze Malabar Hotel czy pracownikach Fundacji Krystyny Jandy na Rzecz Kultury. Często pytamy, błądzimy, często udajemy głupich, albo na głupich wychodzimy, ale jakoś ten nasz teatralny biznes coraz lepiej prosperuje. Okazuje się, że dróg pozyskiwania funduszy na realizację spektakli jest co najmniej kilka: od składania ofert w konkursach organizowanych przez instytucje samorządowe i ministerialne po crowdfunding i sponsoring, na uruchamianiu własnych oszczędności kończąc. Każdej z metod zasmakowaliśmy, trudno powiedzieć, która z nich jest najskuteczniejsza. Nieustannie wspiera nas Miasto Białystok, z którego niejako PAPAHEMA pochodzi. To prawdziwe Eldorado dla niezależnych twórców.
Sz. C.: Chcecie teatru dowcipnego, ale też mądrego i wysmakowanego estetycznie. Jak to godzicie?
Helena Radzikowska: Staramy się łączyć różne rodzaje teatru: autorski z mieszczańskim, dramatyczny z lalkowym, komedię z dramatem. Po prostu czerpiemy z tego, co nam się w teatrze podoba. Próbujemy robić takie przedstawienia, jakie sami chcielibyśmy oglądać, czyli takie, które nie nudzą, zaskakują różnorodnością rozwiązań, tworzą interesujące estetycznie przestrzenie, bawią, wzruszają i dają do myślenia. Obserwujemy też reakcje i opinie widowni. Staramy się wyciągać wnioski z konfrontacji z widzami, czasem szukamy kompromisów między oczekiwaniami swoimi i publiczności, bo bez widzów nie ma teatru. Oczywiście nie da się wszystkich zadowolić, nawet nie należy próbować tego uczynić, ale bardzo zależy nam na tym, aby spotkania z publicznością, jakimi są przedstawienia, dostarczały obu stronom, widzom i nam, dużo radości i satysfakcji.
Sz. C.: Zabawa formami i konwencjami to Wasz wyznacznik. Jak kształtowały się Wasze preferencje w tej dziedzinie?
Paulina Moś: Na początku obserwowaliśmy grupy teatralne, które założyli absolwenci naszej szkoły. Widzieliśmy, że każda z nich ma swój specyficzny język oraz styl. Na naszym Wydziale przywiązuje się dużą wagę do obrazów i plastyki. Oglądaliśmy dużo spektakli, zarówno w białostockich teatrach, jak i na zajęciach z teorii teatru. Nasi profesorowie stwarzali nam możliwości poznania teatru formy z całego świata. Było to inspirujące, a także zachęcające do poszukiwania własnego języka. Potem, będąc na trzecim roku, dostaliśmy zadanie stworzenia krótkiej, autorskiej wypowiedzi teatralnej. W taki sposób powstał projekt Dÿlematt na podstawie Fizyków Dürrenmatta. Było to jedno z pierwszych doświadczeń bycia twórcą odpowiedzialnym za całokształt, a nie tylko za zbudowanie roli. Poza tym to się nadal kształtuje. Jesteśmy młodzi, wielu rzeczy jeszcze nie wiemy, ale równocześnie lubimy szukać nowych możliwości. Na pewno jednym z wyznaczników jest dla nas humor. Staramy się unikać patosu.
Sz. C.: Co jest Waszą siłą, wyróżnikiem wśród młodych teatrów?
Paweł Rutkowski: Naszym największym wyróżnikiem wśród młodych teatrów jest chyba fakt, że udało nam się przetrwać i nie rozpaść po pierwszym projekcie. Ostatnimi czasy zawiązuje się wiele nowych grup teatralnych, którym nie starcza sił, żeby dalej walczyć o marzenia. Rynek jest bardzo trudny i wymagający. Potrzeba ogromnej determinacji, żeby nie zrażać się przeciwnościami losu. A te występują przy każdym kolejnym projekcie. Nam na pewno pomogło wzajemne wsparcie w trudnych chwilach i fakt, że oprócz pracy i wspólnej pasji łączy nas przyjaźń. Teatr PAPAHEMA budujemy z naszych pomysłów i jest wynikiem wielu kompromisów. Pochodzi od nas i porusza problemy, które nas aktualnie dotykają i interesują.
Sz. C.: Czy jest coś, czego na scenie zrobić nie chcecie?
M. T.: Bardzo nie chcielibyśmy, by widz po obejrzeniu naszego spektaklu poczuł się urażony, nie chcielibyśmy, żeby ktoś odniósł wrażenie, że próbujemy wykpić jego poglądy, jego wiarę lub jej brak. I myślę tu zarówno o pokazaniu przysłowiowej „gołej dupy”, jak i o lobbowaniu radykalnych przekonań w sposób wyjątkowo nachalny. Chcemy wypowiadać się na tematy w naszym odczuciu ważne, ale stronimy od uprawiania teatru interwencyjnego, który buntuje się dla samego buntowania. Chyba po prostu nie interesuje nas skandal. Zdaje mi się, że najprostsza metafora zostanie dłużej w pamięci widza niż nagi biust i parę przekleństw.
Sz. C.: Jak wyglądały prace nad Calineczką dla dorosłych?
P. R.: Z wielkim sentymentem wspominamy pracę nad Calineczką… Wymagała dużej pracy intelektualnej: nie mieliśmy reżysera, przebieg spektaklu musieliśmy wymyślić sami od początku do końca. Dużo rozmawialiśmy, panowie z Montowni zawsze brali pod uwagę nasze zdanie. Była to praca całkowicie zespołowa. Nigdy nie uznawaliśmy sceny za skończoną, dopóki wszyscy nie stwierdzili, że im się podoba. Była to też wielka radość i dobra zabawa móc obserwować starszych kolegów w pracy: podpatrywać ich warsztat, podziwiać odwagę w proponowaniu rozwiązań scenicznych. Teatr Montownia słynie też z niebanalnego poczucia humoru. Na niejednej próbie uśmialiśmy się lepiej niż na kabarecie!
Sz. C.: Co Wam daje praca z Montownią i co Wy dajecie Montowni?
H. R.: Na pewno więcej dostajemy od chłopaków z Montowni, niż możemy im dać. Starsi koledzy dali nam coś bardzo ważnego, nieprzecenionego: wiarę w siebie, w swoje możliwości. Kiedy spotkaliśmy ich na swojej drodze, kończyliśmy studia na Wydziale Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej, wiedzieliśmy, że chcemy robić swój teatr, mieliśmy nawet dosyć sprecyzowane wyobrażenie o tym, jak mógłby on wyglądać, ale doskwierał nam deficyt pewności siebie. A w tym zawodzie nawet geniusz pozbawiony pewności siebie nie zajdzie daleko. Trzeba pewnie iść po swoje. Dzięki Montowni idziemy po nasze. Uczymy się też od nich gotowości scenicznej, dystansu do siebie na scenie. Dostaliśmy od chłopaków też sporo kontaktów, do których sami na pewno byśmy nie dotarli. Dzięki temu otworzyły się przed nami różne możliwości. My odwdzięczamy się chłopakom zapałem do roboty, bogactwem środków teatru formy, które bardzo im się podobają i morzem sympatii.
Sz. C.: Czego w spektaklach się boicie?
P. M.: Nudy. Zarówno w odczuciu widzów, jak i własnym. Dlatego staramy się pilnować tempa w naszych spektaklach. Uczymy się wyważać odpowiednie proporcje miedzy tzw. „dawaniem sobie czasu” na scenie a pracowaniem na dobro całości. Poza tym jesteśmy jeszcze na etapie (na szczęście!) cieszenia się tym, że gramy. Często spontanicznie omawiamy każdorazowy spektakl lub wymieniamy się krótkimi refleksjami, „jak dzisiaj poszło”. Liczymy też optymistycznie, że będziemy mogli cieszyć się tym zawodem w kolejnych latach naszej działalności. Także można powiedzieć, że boimy się też takiej postawy aktora-malkontenta, który w jego mniemaniu zaszczyca scenę tym, że w ogóle na niej staje… :)
Sz. C.: Z jakimi mitami czy poglądami na temat teatru w ogóle próbujecie walczyć, a jakie podtrzymujecie?
P. M.: Jesteśmy absolwentami Wydziału Sztuki Lalkarskiej i walczymy z mitem, że jesteśmy aktorami wyspecjalizowanymi w spektaklach dla dzieci, a lalki nie mogą być dla dorosłych. Dlatego też Calineczka dla dorosłych z przekąsem jest baśnią dedykowaną dorosłym widzom. Patrzymy na teatr obszerniej. Nie chcemy być wciskani w stereotypy. Jeśli dostajemy szansę stworzenia spektaklu dla młodszego widza, to traktujemy to jako kolejne wyzwanie, a nie jak chleb powszedni. Inny mit to to, że teatr jest zarezerwowany dla elity społeczeństwa oraz trudno zrozumieć, co twórca miał na myśli. Cieszymy się, że na nasze spektakle przychodzą zarówno licealiści, jak i grupy emerytów. Chcemy robić teatr, który mówi o aktualnych sprawach, ale staramy się dobierać taki język, który nie będzie zrozumiały tylko dla nas, twórców, ale przede wszystkim dla tych, którzy siedzą po drugiej stronie, bo przecież to im dedykujemy naszą pracę. W pewnej mierze podtrzymujemy zadanie misyjne teatru. Tylko dzisiaj rozumiemy to jako uwrażliwienie społeczeństwa oraz stworzenie przestrzeni na zatrzymanie się i podjęcie refleksji na temat rzeczywistości.
Bardzo dziękujemy za rozmowę,
Paulina Moś, Helena Radzikowska, Mateusz Trzmiel, Paweł Rutkowski
rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Sztajgerowy Cajtung: Nie czekacie, aż ktoś na Was zwróci uwagę, sami działacie na różne sposoby, jesteście bardzo kreatywni w zdobywaniu funduszy na premiery…
Mateusz Trzmiel: Wbrew pozorom nie jest to tak skomplikowane zajęcie. Wszystko jest kwestią sporej determinacji i uporu w ciągłym przypominaniu o swojej obecności. Poza tym my chyba po prostu jesteśmy w czepku urodzeni. Spotkaliśmy na swojej drodze mnóstwo osób, na których radę czy sugestię zawsze możemy liczyć, myślę tu choćby o Teatrze Montownia, Teatrze Malabar Hotel czy pracownikach Fundacji Krystyny Jandy na Rzecz Kultury. Często pytamy, błądzimy, często udajemy głupich, albo na głupich wychodzimy, ale jakoś ten nasz teatralny biznes coraz lepiej prosperuje. Okazuje się, że dróg pozyskiwania funduszy na realizację spektakli jest co najmniej kilka: od składania ofert w konkursach organizowanych przez instytucje samorządowe i ministerialne po crowdfunding i sponsoring, na uruchamianiu własnych oszczędności kończąc. Każdej z metod zasmakowaliśmy, trudno powiedzieć, która z nich jest najskuteczniejsza. Nieustannie wspiera nas Miasto Białystok, z którego niejako PAPAHEMA pochodzi. To prawdziwe Eldorado dla niezależnych twórców.
Sz. C.: Chcecie teatru dowcipnego, ale też mądrego i wysmakowanego estetycznie. Jak to godzicie?
Helena Radzikowska: Staramy się łączyć różne rodzaje teatru: autorski z mieszczańskim, dramatyczny z lalkowym, komedię z dramatem. Po prostu czerpiemy z tego, co nam się w teatrze podoba. Próbujemy robić takie przedstawienia, jakie sami chcielibyśmy oglądać, czyli takie, które nie nudzą, zaskakują różnorodnością rozwiązań, tworzą interesujące estetycznie przestrzenie, bawią, wzruszają i dają do myślenia. Obserwujemy też reakcje i opinie widowni. Staramy się wyciągać wnioski z konfrontacji z widzami, czasem szukamy kompromisów między oczekiwaniami swoimi i publiczności, bo bez widzów nie ma teatru. Oczywiście nie da się wszystkich zadowolić, nawet nie należy próbować tego uczynić, ale bardzo zależy nam na tym, aby spotkania z publicznością, jakimi są przedstawienia, dostarczały obu stronom, widzom i nam, dużo radości i satysfakcji.
Sz. C.: Zabawa formami i konwencjami to Wasz wyznacznik. Jak kształtowały się Wasze preferencje w tej dziedzinie?
Paulina Moś: Na początku obserwowaliśmy grupy teatralne, które założyli absolwenci naszej szkoły. Widzieliśmy, że każda z nich ma swój specyficzny język oraz styl. Na naszym Wydziale przywiązuje się dużą wagę do obrazów i plastyki. Oglądaliśmy dużo spektakli, zarówno w białostockich teatrach, jak i na zajęciach z teorii teatru. Nasi profesorowie stwarzali nam możliwości poznania teatru formy z całego świata. Było to inspirujące, a także zachęcające do poszukiwania własnego języka. Potem, będąc na trzecim roku, dostaliśmy zadanie stworzenia krótkiej, autorskiej wypowiedzi teatralnej. W taki sposób powstał projekt Dÿlematt na podstawie Fizyków Dürrenmatta. Było to jedno z pierwszych doświadczeń bycia twórcą odpowiedzialnym za całokształt, a nie tylko za zbudowanie roli. Poza tym to się nadal kształtuje. Jesteśmy młodzi, wielu rzeczy jeszcze nie wiemy, ale równocześnie lubimy szukać nowych możliwości. Na pewno jednym z wyznaczników jest dla nas humor. Staramy się unikać patosu.
Sz. C.: Co jest Waszą siłą, wyróżnikiem wśród młodych teatrów?
Paweł Rutkowski: Naszym największym wyróżnikiem wśród młodych teatrów jest chyba fakt, że udało nam się przetrwać i nie rozpaść po pierwszym projekcie. Ostatnimi czasy zawiązuje się wiele nowych grup teatralnych, którym nie starcza sił, żeby dalej walczyć o marzenia. Rynek jest bardzo trudny i wymagający. Potrzeba ogromnej determinacji, żeby nie zrażać się przeciwnościami losu. A te występują przy każdym kolejnym projekcie. Nam na pewno pomogło wzajemne wsparcie w trudnych chwilach i fakt, że oprócz pracy i wspólnej pasji łączy nas przyjaźń. Teatr PAPAHEMA budujemy z naszych pomysłów i jest wynikiem wielu kompromisów. Pochodzi od nas i porusza problemy, które nas aktualnie dotykają i interesują.
Sz. C.: Czy jest coś, czego na scenie zrobić nie chcecie?
M. T.: Bardzo nie chcielibyśmy, by widz po obejrzeniu naszego spektaklu poczuł się urażony, nie chcielibyśmy, żeby ktoś odniósł wrażenie, że próbujemy wykpić jego poglądy, jego wiarę lub jej brak. I myślę tu zarówno o pokazaniu przysłowiowej „gołej dupy”, jak i o lobbowaniu radykalnych przekonań w sposób wyjątkowo nachalny. Chcemy wypowiadać się na tematy w naszym odczuciu ważne, ale stronimy od uprawiania teatru interwencyjnego, który buntuje się dla samego buntowania. Chyba po prostu nie interesuje nas skandal. Zdaje mi się, że najprostsza metafora zostanie dłużej w pamięci widza niż nagi biust i parę przekleństw.
Sz. C.: Jak wyglądały prace nad Calineczką dla dorosłych?
P. R.: Z wielkim sentymentem wspominamy pracę nad Calineczką… Wymagała dużej pracy intelektualnej: nie mieliśmy reżysera, przebieg spektaklu musieliśmy wymyślić sami od początku do końca. Dużo rozmawialiśmy, panowie z Montowni zawsze brali pod uwagę nasze zdanie. Była to praca całkowicie zespołowa. Nigdy nie uznawaliśmy sceny za skończoną, dopóki wszyscy nie stwierdzili, że im się podoba. Była to też wielka radość i dobra zabawa móc obserwować starszych kolegów w pracy: podpatrywać ich warsztat, podziwiać odwagę w proponowaniu rozwiązań scenicznych. Teatr Montownia słynie też z niebanalnego poczucia humoru. Na niejednej próbie uśmialiśmy się lepiej niż na kabarecie!
Sz. C.: Co Wam daje praca z Montownią i co Wy dajecie Montowni?
H. R.: Na pewno więcej dostajemy od chłopaków z Montowni, niż możemy im dać. Starsi koledzy dali nam coś bardzo ważnego, nieprzecenionego: wiarę w siebie, w swoje możliwości. Kiedy spotkaliśmy ich na swojej drodze, kończyliśmy studia na Wydziale Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej, wiedzieliśmy, że chcemy robić swój teatr, mieliśmy nawet dosyć sprecyzowane wyobrażenie o tym, jak mógłby on wyglądać, ale doskwierał nam deficyt pewności siebie. A w tym zawodzie nawet geniusz pozbawiony pewności siebie nie zajdzie daleko. Trzeba pewnie iść po swoje. Dzięki Montowni idziemy po nasze. Uczymy się też od nich gotowości scenicznej, dystansu do siebie na scenie. Dostaliśmy od chłopaków też sporo kontaktów, do których sami na pewno byśmy nie dotarli. Dzięki temu otworzyły się przed nami różne możliwości. My odwdzięczamy się chłopakom zapałem do roboty, bogactwem środków teatru formy, które bardzo im się podobają i morzem sympatii.
Sz. C.: Czego w spektaklach się boicie?
P. M.: Nudy. Zarówno w odczuciu widzów, jak i własnym. Dlatego staramy się pilnować tempa w naszych spektaklach. Uczymy się wyważać odpowiednie proporcje miedzy tzw. „dawaniem sobie czasu” na scenie a pracowaniem na dobro całości. Poza tym jesteśmy jeszcze na etapie (na szczęście!) cieszenia się tym, że gramy. Często spontanicznie omawiamy każdorazowy spektakl lub wymieniamy się krótkimi refleksjami, „jak dzisiaj poszło”. Liczymy też optymistycznie, że będziemy mogli cieszyć się tym zawodem w kolejnych latach naszej działalności. Także można powiedzieć, że boimy się też takiej postawy aktora-malkontenta, który w jego mniemaniu zaszczyca scenę tym, że w ogóle na niej staje… :)
Sz. C.: Z jakimi mitami czy poglądami na temat teatru w ogóle próbujecie walczyć, a jakie podtrzymujecie?
P. M.: Jesteśmy absolwentami Wydziału Sztuki Lalkarskiej i walczymy z mitem, że jesteśmy aktorami wyspecjalizowanymi w spektaklach dla dzieci, a lalki nie mogą być dla dorosłych. Dlatego też Calineczka dla dorosłych z przekąsem jest baśnią dedykowaną dorosłym widzom. Patrzymy na teatr obszerniej. Nie chcemy być wciskani w stereotypy. Jeśli dostajemy szansę stworzenia spektaklu dla młodszego widza, to traktujemy to jako kolejne wyzwanie, a nie jak chleb powszedni. Inny mit to to, że teatr jest zarezerwowany dla elity społeczeństwa oraz trudno zrozumieć, co twórca miał na myśli. Cieszymy się, że na nasze spektakle przychodzą zarówno licealiści, jak i grupy emerytów. Chcemy robić teatr, który mówi o aktualnych sprawach, ale staramy się dobierać taki język, który nie będzie zrozumiały tylko dla nas, twórców, ale przede wszystkim dla tych, którzy siedzą po drugiej stronie, bo przecież to im dedykujemy naszą pracę. W pewnej mierze podtrzymujemy zadanie misyjne teatru. Tylko dzisiaj rozumiemy to jako uwrażliwienie społeczeństwa oraz stworzenie przestrzeni na zatrzymanie się i podjęcie refleksji na temat rzeczywistości.
Bardzo dziękujemy za rozmowę,
Paulina Moś, Helena Radzikowska, Mateusz Trzmiel, Paweł Rutkowski
rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
sobota, 22 lipca 2017
wywiad z Grażyną Bułką
Gram sercem i duszą
rozmowa z Grażyną Bułką
Grażyna Bułka to jedna z najbardziej popularnych aktorek na Śląsku. Na co dzień można ją zobaczyć w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego i w Teatrze Korez. Za monodram Mianujom mnie Hanka, który zaprezentuje podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, otrzymała w tym roku Złotą Maskę.
Sztajgerowy Cajtung: Czy wakacje to dobry czas na teatr?
Grażyna Bułka: Na teatr jest zawsze dobry czas, bez względu na to, czy są wakacje, czy jest zima. W wakacje większość teatrów ma przerwę, więc w lecie widzowie są stęsknieni za teatrem.
Sz. C.: A czy masz czas na urlop?
G. B.: Mam. Często zdarzało się w moim życiu, że te wakacje były podzielone na pracę i odpoczynek, ale od pewnego czasu, od kiedy Grażyna Bułka trochę się zestarzała (śmiech), postanowiłam, że wakacje są tylko dla mnie. To jest czas, kiedy mogę naładować baterie, kiedy muszę odpocząć po intensywnym sezonie: innej możliwości nie ma. W tym roku w wakacje gram tylko raz, podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego.
Sz. C.: Widzowie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego będą cię mogli zobaczyć w monodramie Mianujom mnie Hanka. O czym on jest i dlaczego trzeba go obejrzeć?
G. B.: Przyznam, że nie jestem w stanie ubrać w słowa, dlaczego ta Hanka jest taka ważna, bo ona jest ważna dla różnych ludzi w różnym stopniu. Dla mnie jest ważna prywatnie i zawodowo, ponieważ takie teksty (ten napisał Alojzy Lysko) zdarzają się czasami raz na całe życie. Mnie na szczęście zdarzyło się to drugi raz, dlatego, że pierwszym takim wspaniałym tekstem jest dla mnie Cholonek Janoscha. Natomiast Hanka jest spektaklem, który porusza każde pokolenie, bez względu na to, czy ma się dwadzieścia, czy sto lat. Nawet nie trzeba go oglądać, wystarczy posłuchać, by go przeżyć tak, jak ja go przeżywam i jak przeżyli go widzowie, liczeni w setkach, którzy już go zobaczyli. To jest historia kobiety, jej życia, zmagań, upadków i wzlotów, pokazana przez pryzmat całej zawieruchy wojennej, która przetoczyła się przez nasz kraj, a przede wszystkim przez Śląsk. Dotyczy też plebiscytu i odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Kim my, Ślązacy, jesteśmy? Ten spektakl jest też ważny dla „nieŚlązaków”, żeby zrozumieli, na czym polega ta nasza śląska historia, która jest diametralnie inna od historii Polski. Dlaczego ona jest taka, dlaczego jest tak bolesna, dlaczego my ciągle do niej wracamy i dlaczego musimy ją wszystkim spoza Śląska tłumaczyć. Spektakl ten jest też fantastyczny ze względu na warstwę językową, dlatego że Pan Lysko napisał tekst piękną, szlachetną gwarą śląską, a ja bym powiedziała: językiem śląskim. Językiem, za pomocą którego mogę wyrazić wszystkie uczucia ludzkie. Jest tak bogaty w słownictwo, że bardzo przyjemnie się go słucha.
Historia Hanki jest dla mnie dodatkowo poruszająca, bo jej losy dotykają w pewnym sensie losów mojej rodziny. Tak naprawdę każdy Ślązak przeżył podobną historię. Dlatego wszystkich na to przedstawienie serdecznie zapraszam. Każdy, kto przyjdzie i poświęci mi te 75 minut, sam sobie odpowie na pytanie, czy było warto. Mój przyjaciel, Darek Niebudek, który je obejrzał, powiedział, że życzy mi, żebym grała ten spektakl jak najdłużej, bo za pomocą tego monodramu jesteśmy w stanie ludziom wytłumaczyć, o co nam chodzi w temacie śląskości. To jest edukacja, poprzez teatr, a nie przez zagmatwane tłumaczenia i uczenie się historii. Trzeba tego posłuchać i zobaczyć, jak przez życie jednej kobiety wiele się przetoczyło. Ona zbiera to życie jak nitki w swoich ostatnich dniach i wspomina. Co nie znaczy, że Hanka jest tylko smutna, bo jest to momentami bardzo zabawne przedstawienie. Tak jak w życiu, które jest przecież słodko-gorzkie.
Sz. C.: Tak jak wspomniałaś, przez 75 minut sama występujesz na scenie. To jest chyba trudne zadanie?
G. B.: To jest najtrudniejsze zadanie aktorskie i najtrudniejsza forma teatru. Nigdy nie chciałam grać monodramów, ale one dwukrotnie odnalazły mnie same. Najpierw była Poczekalnia, którą zrobiłam w zasadzie dla mojego syna, bo to on tę sztukę napisał. To miało być moje ostatnie wykonanie monodramu (śmiech), ale Mirek Neinert, dyrektor Teatru Korez, wziął mnie „pod włos” i znienacka dał mi tekst Hanki. Przeczytałam i wiedziałam, że to jest to.
Sz. C.: Że zagrasz.
G. B.: Powiem ci, że ja nawet nie wiem, czy ja to gram. Kiedyś jedna dziennikarka zapytała, dlaczego ja ten spektakl tak przeżywam. A ja jej wyjaśniłam, że nie znam innego aktorstwa. Moje aktorstwo polega na tym, że się angażuję, nie potrafię grać „sposobem”. Jest jakaś forma, którą trzeba sobie narzucić, ale ja zazwyczaj, zwłaszcza takie trudne teksty, staram się odtwarzać sercem i duszą.
Sz. C.: A jak wyglądały przygotowania? Na co kładliście szczególny nacisk?
G. B.: Tak jak mówiłyśmy, ten spektakl to jest godzina i piętnaście minut gadania. Do tego są piosenki. Całe zeszłe lato, z dwutygodniową przerwą na urlop, uczyłam się tekstu. Dlatego, że tylko dosłowne odwzorowanie tego, co zostało napisane przez Pana Alojzego Lyskę, ma sens. W Hance nie można mówić własnymi słowami ani improwizować. Ten język jest dosyć trudny, skomplikowany nawet dla mnie, chociaż ja go znam od dzieciństwa, bo wyssałam go z mlekiem matki. Różni się też trochę od tego, którego ja się nauczyłam. Jest w nim bardzo dużo starośląskich zwrotów, składnia jest nieco inna. Trzeba więc było się tego nauczyć. To trwało mniej więcej dwa miesiące. A potem to już szło. Z Mirkiem Neinertem [reżyserem, M. K.) rozumieliśmy się bez słów. On fantastycznie potrafił mnie poprowadzić, dał mi dużo swobody, był takim moim nauczycielem i mistrzem, który potrafił mnie uruchomić i zatrzymać w odpowiednim momencie. Te próby zazwyczaj kończyły się tak, że oboje bardzo się wzruszaliśmy. Razem płakaliśmy, to było dla nas takie oczyszczenie. Dla mnie do dziś to przedstawienie jest formą katharsis. Po każdym spektaklu czuję trud i przyjemność.
Sz. C.: Słyszałam, że bardzo często po nim płaczesz.
G. B.: Tak. I na nim, i po nim.
Sz. C.: Z czego to wynika?
G. B.: Mając pięćdziesiąt parę lat, ma się już jakieś doświadczenie życiowe. Jestem matką dwóch synów, mam swoje problemy, także zdrowotne i jak mówię o pewnych rzeczach słowami Hanki, to czasami wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. Nie potrafię nad tym przejść do porządku dziennego. To dlatego ten spektakl mnie tyle kosztuje.
Sz. C.: Widzowie też się wzruszają i czasami podejmują z tobą dialog.
G. B.: Też się zdarza. Czasami nawet ich do tego zachęcam. Często, gdy opowiadam jakąś historię, to potwierdzają, że tak właśnie było. Namawiam ich też do śpiewania razem ze mną. I oni śpiewają. Na początku musiałam być na Hance stuprocentowo skupiona, teraz w sumie też, ale mam na tyle ten tekst osadzony, że mogę sobie czasami pozwolić na kontakt z widzem. To jest żywy teatr. W pewnym momencie przestaję to traktować jak teatr, a zaczynam to odbierać jak spotkanie. Niektórzy twierdzą, że ten spektakl wymyka się spod jakichkolwiek definicji.
Sz. C.: Czy mogłabyś powiedzieć też coś o rekwizytach? W Hance jest ich niewiele, ale wiem, że mają dla ciebie duże znaczenie.
G. B.: Tak. Gram w sukience mojej mamy. Wyszukiwałam rekwizyty właśnie u niej. Szukałam głównie starych zdjęć i przy okazji otworzyłam szafę mojego ojca, który nie żyje już prawie trzydzieści lat. W jednej z szuflad znalazłam jego stare okulary. Nikt nie pamiętał, że one tam są. Rogowe, duże, piękne okulary mojego taty. Wprawiłam do nich nowe szkła i w nich gram. Sukienka mamy, okulary taty i mam poczucie, że oni są ze mną.
Sz. C.: Czy te rekwizyty nie są symbolem ciągłości pokoleń, znakiem, że ta nasza śląskość przechodzi z pokolenia na pokolenie?
G. B.: Pięknie to powiedziałaś i ty jako pierwsza to nazwałaś… Ja po prostu to czułam, wiedziałam, że muszę mieć jakiś element od mojej mamy, nie sądziłam, że znajdę coś osobistego po moim tacie. I faktycznie, to jest taka ciągłość. To jest taka moja nić, która wiąże mnie z XX wiekiem.
Sz. C.: Wracając jeszcze do języka Hanki, wspominałaś, że nie jest on najłatwiejszy. Czy ktoś, kto zna słabo gwarę albo w ogóle, może przyjść na ten spektakl?
G. B.: Nawet powinien. W języku Alojzego Lyski jest bardzo mało niemieckich zwrotów. To jest czysty, śląski język i on jest bardziej zrozumiały dla osób spoza Śląska niż ten, którym się posługujemy teraz, bo nasz język jest bardziej zniemczony. Oczywiście, nawet ja znalazłam tam takie słowa, których nie rozumiałam, tłumaczył mi je Pan Alojzy.
Sz. C.: Śląskie przedstawienia, w których występujesz w Korezie, czyli Cholonek i Mianujom mnie Hanka cieszą się ogromnym zainteresowaniem widzów. Jak myślisz, z czego to wynika?
G. B.: Chyba najbardziej z tęsknoty. W grę wchodzi też sentyment, chęć powrotu do młodych lat i pokazania swoim wnukom świata, którego już nie ma. Bo tego Śląska, który ja pamiętam z dzieciństwa, już nie ma i on nigdy nie wróci. Kiedyś, jak była Barbórka, to od rana grały orkiestry, szło się na mszę, były akademie w domach kultury, potem tata brał mnie na kopalnię, bo mój tata to był naprawdę fajny Ślązak… No i widzisz, jak ja mogę być inna, jak z każdej strony dotyka mnie coś, co jest z tym Śląskiem związane! Ale wracając do przedstawień, to muszę powiedzieć, że my niejedno młode pokolenie wychowaliśmy już na Cholonku. Hankę też zdarza mi się grać dla młodzieży i trzeba przyznać, że młodzież pięknie przyjmuje to przedstawienie, wzrusza się. Cieszę się, że panuje teraz swego rodzaju moda na śląskość. Oczywiście nieskromnie powiem, że mam nadzieję, że widzowie przychodzą też na te spektakle ze względu na mnie (śmiech).
Sz. C.: Właśnie chciałam to powiedzieć: że spektakle te przyciągają po prostu świetną obsadą (śmiech). A jak myślisz, czy ta kultywowana przez ciebie śląskość ma szansę przetrwać?
G. B.: Mam nadzieję, że przetrwa. Robię wszystko, żeby przetrwała. Sądzę, że wielu jest takich jak ja. Dopóki żyje język, dopóty żyje kultura. I dlatego my tak bardzo o ten śląski język walczymy.
rozmawiała Magdalena Kulus
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z Grażyną Bułką
Grażyna Bułka to jedna z najbardziej popularnych aktorek na Śląsku. Na co dzień można ją zobaczyć w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego i w Teatrze Korez. Za monodram Mianujom mnie Hanka, który zaprezentuje podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, otrzymała w tym roku Złotą Maskę.
Sztajgerowy Cajtung: Czy wakacje to dobry czas na teatr?
Grażyna Bułka: Na teatr jest zawsze dobry czas, bez względu na to, czy są wakacje, czy jest zima. W wakacje większość teatrów ma przerwę, więc w lecie widzowie są stęsknieni za teatrem.
Sz. C.: A czy masz czas na urlop?
G. B.: Mam. Często zdarzało się w moim życiu, że te wakacje były podzielone na pracę i odpoczynek, ale od pewnego czasu, od kiedy Grażyna Bułka trochę się zestarzała (śmiech), postanowiłam, że wakacje są tylko dla mnie. To jest czas, kiedy mogę naładować baterie, kiedy muszę odpocząć po intensywnym sezonie: innej możliwości nie ma. W tym roku w wakacje gram tylko raz, podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego.
Sz. C.: Widzowie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego będą cię mogli zobaczyć w monodramie Mianujom mnie Hanka. O czym on jest i dlaczego trzeba go obejrzeć?
G. B.: Przyznam, że nie jestem w stanie ubrać w słowa, dlaczego ta Hanka jest taka ważna, bo ona jest ważna dla różnych ludzi w różnym stopniu. Dla mnie jest ważna prywatnie i zawodowo, ponieważ takie teksty (ten napisał Alojzy Lysko) zdarzają się czasami raz na całe życie. Mnie na szczęście zdarzyło się to drugi raz, dlatego, że pierwszym takim wspaniałym tekstem jest dla mnie Cholonek Janoscha. Natomiast Hanka jest spektaklem, który porusza każde pokolenie, bez względu na to, czy ma się dwadzieścia, czy sto lat. Nawet nie trzeba go oglądać, wystarczy posłuchać, by go przeżyć tak, jak ja go przeżywam i jak przeżyli go widzowie, liczeni w setkach, którzy już go zobaczyli. To jest historia kobiety, jej życia, zmagań, upadków i wzlotów, pokazana przez pryzmat całej zawieruchy wojennej, która przetoczyła się przez nasz kraj, a przede wszystkim przez Śląsk. Dotyczy też plebiscytu i odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Kim my, Ślązacy, jesteśmy? Ten spektakl jest też ważny dla „nieŚlązaków”, żeby zrozumieli, na czym polega ta nasza śląska historia, która jest diametralnie inna od historii Polski. Dlaczego ona jest taka, dlaczego jest tak bolesna, dlaczego my ciągle do niej wracamy i dlaczego musimy ją wszystkim spoza Śląska tłumaczyć. Spektakl ten jest też fantastyczny ze względu na warstwę językową, dlatego że Pan Lysko napisał tekst piękną, szlachetną gwarą śląską, a ja bym powiedziała: językiem śląskim. Językiem, za pomocą którego mogę wyrazić wszystkie uczucia ludzkie. Jest tak bogaty w słownictwo, że bardzo przyjemnie się go słucha.
Historia Hanki jest dla mnie dodatkowo poruszająca, bo jej losy dotykają w pewnym sensie losów mojej rodziny. Tak naprawdę każdy Ślązak przeżył podobną historię. Dlatego wszystkich na to przedstawienie serdecznie zapraszam. Każdy, kto przyjdzie i poświęci mi te 75 minut, sam sobie odpowie na pytanie, czy było warto. Mój przyjaciel, Darek Niebudek, który je obejrzał, powiedział, że życzy mi, żebym grała ten spektakl jak najdłużej, bo za pomocą tego monodramu jesteśmy w stanie ludziom wytłumaczyć, o co nam chodzi w temacie śląskości. To jest edukacja, poprzez teatr, a nie przez zagmatwane tłumaczenia i uczenie się historii. Trzeba tego posłuchać i zobaczyć, jak przez życie jednej kobiety wiele się przetoczyło. Ona zbiera to życie jak nitki w swoich ostatnich dniach i wspomina. Co nie znaczy, że Hanka jest tylko smutna, bo jest to momentami bardzo zabawne przedstawienie. Tak jak w życiu, które jest przecież słodko-gorzkie.
Sz. C.: Tak jak wspomniałaś, przez 75 minut sama występujesz na scenie. To jest chyba trudne zadanie?
G. B.: To jest najtrudniejsze zadanie aktorskie i najtrudniejsza forma teatru. Nigdy nie chciałam grać monodramów, ale one dwukrotnie odnalazły mnie same. Najpierw była Poczekalnia, którą zrobiłam w zasadzie dla mojego syna, bo to on tę sztukę napisał. To miało być moje ostatnie wykonanie monodramu (śmiech), ale Mirek Neinert, dyrektor Teatru Korez, wziął mnie „pod włos” i znienacka dał mi tekst Hanki. Przeczytałam i wiedziałam, że to jest to.
Sz. C.: Że zagrasz.
G. B.: Powiem ci, że ja nawet nie wiem, czy ja to gram. Kiedyś jedna dziennikarka zapytała, dlaczego ja ten spektakl tak przeżywam. A ja jej wyjaśniłam, że nie znam innego aktorstwa. Moje aktorstwo polega na tym, że się angażuję, nie potrafię grać „sposobem”. Jest jakaś forma, którą trzeba sobie narzucić, ale ja zazwyczaj, zwłaszcza takie trudne teksty, staram się odtwarzać sercem i duszą.
Sz. C.: A jak wyglądały przygotowania? Na co kładliście szczególny nacisk?
G. B.: Tak jak mówiłyśmy, ten spektakl to jest godzina i piętnaście minut gadania. Do tego są piosenki. Całe zeszłe lato, z dwutygodniową przerwą na urlop, uczyłam się tekstu. Dlatego, że tylko dosłowne odwzorowanie tego, co zostało napisane przez Pana Alojzego Lyskę, ma sens. W Hance nie można mówić własnymi słowami ani improwizować. Ten język jest dosyć trudny, skomplikowany nawet dla mnie, chociaż ja go znam od dzieciństwa, bo wyssałam go z mlekiem matki. Różni się też trochę od tego, którego ja się nauczyłam. Jest w nim bardzo dużo starośląskich zwrotów, składnia jest nieco inna. Trzeba więc było się tego nauczyć. To trwało mniej więcej dwa miesiące. A potem to już szło. Z Mirkiem Neinertem [reżyserem, M. K.) rozumieliśmy się bez słów. On fantastycznie potrafił mnie poprowadzić, dał mi dużo swobody, był takim moim nauczycielem i mistrzem, który potrafił mnie uruchomić i zatrzymać w odpowiednim momencie. Te próby zazwyczaj kończyły się tak, że oboje bardzo się wzruszaliśmy. Razem płakaliśmy, to było dla nas takie oczyszczenie. Dla mnie do dziś to przedstawienie jest formą katharsis. Po każdym spektaklu czuję trud i przyjemność.
Sz. C.: Słyszałam, że bardzo często po nim płaczesz.
G. B.: Tak. I na nim, i po nim.
Sz. C.: Z czego to wynika?
G. B.: Mając pięćdziesiąt parę lat, ma się już jakieś doświadczenie życiowe. Jestem matką dwóch synów, mam swoje problemy, także zdrowotne i jak mówię o pewnych rzeczach słowami Hanki, to czasami wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji. Nie potrafię nad tym przejść do porządku dziennego. To dlatego ten spektakl mnie tyle kosztuje.
Sz. C.: Widzowie też się wzruszają i czasami podejmują z tobą dialog.
G. B.: Też się zdarza. Czasami nawet ich do tego zachęcam. Często, gdy opowiadam jakąś historię, to potwierdzają, że tak właśnie było. Namawiam ich też do śpiewania razem ze mną. I oni śpiewają. Na początku musiałam być na Hance stuprocentowo skupiona, teraz w sumie też, ale mam na tyle ten tekst osadzony, że mogę sobie czasami pozwolić na kontakt z widzem. To jest żywy teatr. W pewnym momencie przestaję to traktować jak teatr, a zaczynam to odbierać jak spotkanie. Niektórzy twierdzą, że ten spektakl wymyka się spod jakichkolwiek definicji.
Sz. C.: Czy mogłabyś powiedzieć też coś o rekwizytach? W Hance jest ich niewiele, ale wiem, że mają dla ciebie duże znaczenie.
G. B.: Tak. Gram w sukience mojej mamy. Wyszukiwałam rekwizyty właśnie u niej. Szukałam głównie starych zdjęć i przy okazji otworzyłam szafę mojego ojca, który nie żyje już prawie trzydzieści lat. W jednej z szuflad znalazłam jego stare okulary. Nikt nie pamiętał, że one tam są. Rogowe, duże, piękne okulary mojego taty. Wprawiłam do nich nowe szkła i w nich gram. Sukienka mamy, okulary taty i mam poczucie, że oni są ze mną.
Sz. C.: Czy te rekwizyty nie są symbolem ciągłości pokoleń, znakiem, że ta nasza śląskość przechodzi z pokolenia na pokolenie?
G. B.: Pięknie to powiedziałaś i ty jako pierwsza to nazwałaś… Ja po prostu to czułam, wiedziałam, że muszę mieć jakiś element od mojej mamy, nie sądziłam, że znajdę coś osobistego po moim tacie. I faktycznie, to jest taka ciągłość. To jest taka moja nić, która wiąże mnie z XX wiekiem.
Sz. C.: Wracając jeszcze do języka Hanki, wspominałaś, że nie jest on najłatwiejszy. Czy ktoś, kto zna słabo gwarę albo w ogóle, może przyjść na ten spektakl?
G. B.: Nawet powinien. W języku Alojzego Lyski jest bardzo mało niemieckich zwrotów. To jest czysty, śląski język i on jest bardziej zrozumiały dla osób spoza Śląska niż ten, którym się posługujemy teraz, bo nasz język jest bardziej zniemczony. Oczywiście, nawet ja znalazłam tam takie słowa, których nie rozumiałam, tłumaczył mi je Pan Alojzy.
Sz. C.: Śląskie przedstawienia, w których występujesz w Korezie, czyli Cholonek i Mianujom mnie Hanka cieszą się ogromnym zainteresowaniem widzów. Jak myślisz, z czego to wynika?
G. B.: Chyba najbardziej z tęsknoty. W grę wchodzi też sentyment, chęć powrotu do młodych lat i pokazania swoim wnukom świata, którego już nie ma. Bo tego Śląska, który ja pamiętam z dzieciństwa, już nie ma i on nigdy nie wróci. Kiedyś, jak była Barbórka, to od rana grały orkiestry, szło się na mszę, były akademie w domach kultury, potem tata brał mnie na kopalnię, bo mój tata to był naprawdę fajny Ślązak… No i widzisz, jak ja mogę być inna, jak z każdej strony dotyka mnie coś, co jest z tym Śląskiem związane! Ale wracając do przedstawień, to muszę powiedzieć, że my niejedno młode pokolenie wychowaliśmy już na Cholonku. Hankę też zdarza mi się grać dla młodzieży i trzeba przyznać, że młodzież pięknie przyjmuje to przedstawienie, wzrusza się. Cieszę się, że panuje teraz swego rodzaju moda na śląskość. Oczywiście nieskromnie powiem, że mam nadzieję, że widzowie przychodzą też na te spektakle ze względu na mnie (śmiech).
Sz. C.: Właśnie chciałam to powiedzieć: że spektakle te przyciągają po prostu świetną obsadą (śmiech). A jak myślisz, czy ta kultywowana przez ciebie śląskość ma szansę przetrwać?
G. B.: Mam nadzieję, że przetrwa. Robię wszystko, żeby przetrwała. Sądzę, że wielu jest takich jak ja. Dopóki żyje język, dopóty żyje kultura. I dlatego my tak bardzo o ten śląski język walczymy.
rozmawiała Magdalena Kulus
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
piątek, 21 lipca 2017
wywiad z Piotrem Machalicą
Mój ukochany Młynarski
rozmowa z Piotrem Machalicą
Sztajgerowy Cajtung: Nie: kiedy, nie: dlaczego, ale JAK mierzył się Pan z twórczością Wojciecha Młynarskiego, podchodząc do układania recitalu.
Piotr Machalica: Twórczość Wojciecha Młynarskiego towarzyszy mi od dzieciństwa, jest częścią mojego życia. Jedyne, z czym musiałem się mierzyć to znalezienie czasu oraz wybór utworów do koncertu (śmiech). Przed wyzwaniem stanęli też muzycy, Krzysztof Niedźwiecki, Paweł Surman i Michał Walczak, który jest również autorem aranżacji do tego koncertu. To było wiele miesięcy pracy i poszukiwań takich form muzycznych, z których dziś jesteśmy zadowoleni. Jak się okazało, docenia je również publiczność.
Sz. C.: Mówił Pan w jednym z wywiadów, że ten recital powinien się nazywać Mój ukochany Młynarski. Bazuje to na wspólnocie myśli i poglądów, na podejściu do piosenkowego tworzywa, a może jeszcze na czymś innym?
P. M.: Mój ukochany Młynarski, bo jest to twórca, poeta, bard, którego kocham. Tak po prostu. Znałem jego twórczość i to zaważyło na tym, że podjąłem się zaśpiewania piosenek, które są częścią mojego życia. Pyta pani o wspólnotę myśli, poglądów, podejście do piosenki. Prawda jest taka, że nie da się tego rozróżnić. Wojciech Młynarski był absolutnym mistrzem, pod każdym względem.
Sz. C.: Jakie było największe odkrycie albo zaskoczenie przy układaniu piosenek w recitalu?
P. M.: Wszystkie te piosenki znałem, więc jako takich zaskoczeń nie było. Raczej powiedziałbym tu o doświadczeniu, którym jest dokonanie wyboru repertuaru spośród dwóch tysięcy utworów, które Wojtek napisał, a ja znam i są mi bliskie. Nie chciałem, aby ten koncert składał się wyłącznie z przebojów, których Wojtek miał niezliczoną ilość, ale również z piosenek mniej znanych.
Sz. C.: Mój ulubiony Młynarski to recital bardzo młody, chociaż od dwóch lat przymierzał się Pan do jego stworzenia. Jak ewoluował ten program?
P. M.: Po prostu pracowaliśmy, szukaliśmy utworów. Wybieraliśmy, dokładaliśmy, skreślaliśmy. Początkowo wydawało mi się, że tych dwadzieścia piosenek, które wybiorę do koncertu powinno mieć jakąś wspólną myśl, temat przewodni. Szybko doszedłem do wniosku, że wcale tak nie jest, dlatego, że każda jego piosenka jest osobną opowieścią i wszystkie dotykają tego samego: życia. Przymierzaliśmy się do tego programu od dawna, to prawda. Wcześniej nie miałem odwagi. Ale dwa lata temu zaczęliśmy na ten temat rozmawiać coraz częściej z muzykami. Intensywne próby rozpoczęliśmy jesienią 2016 roku.
Sz. C.: W szkole aktorskiej lubił Pan najbardziej piosenkę, wolał granie w zespole bigbitowym niż aktorstwo? Pana płyty i recitale nie są przecież tylko realizacją marzenia o śpiewaniu…
P. M.: Zarówno w szkole, jak i po jej ukończeniu, robiłem wszystko, ponieważ to, co pani wymieniła zamyka się w tym zawodzie. Można śpiewać, grać, występować na estradzie. Lubiłem i lubię każde z tych zajęć. Fajnie jest, i myślę, że jest to szczęście wielu ludzi, którzy się zdecydowali ten zawód uprawiać, że mogą dotknąć wszystkich z nurtów tego zawodu.
Sz. C.: Istnieje takie przekonanie, że poetów piosenki: Koftę, Osiecką, Przyborę, mogą śpiewać właściwie wszyscy. Przed Młynarskim czuje się pewien strach. Jakie pułapki wykonawca-autor pozostawia aktorowi?
P. M.: Żadnych. To jest problem wykonawcy, na którą piosenkę się zdecyduje i czy będzie skupiać się na myśleniu o tym, że mierzy się z czymś, co Wojtek napisał sam dla siebie, by osobiście później wykonać. Myślę, że to właśnie może onieśmielać. Jeśli się o tym nie myśli, tylko przepuszcza przez swoją wrażliwość, przez swój sposób patrzenia na świat, to można te utwory śpiewać.
Sz. C.: Co daje nam Młynarski czytany dzisiaj? Zaznaczam „czytany”, bo przecież w wypadku Młynarskiego teksty bronią się równie dobrze bez muzyki…
P. M.: Każdy z nas sam musi odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Sz. C.: Bardziej inspiruje Pana melancholia czy satyra?
P. M.: Inspiruje mnie mądrość Wojciecha Młynarskiego i mądrość jego tekstów. A w tym jest wszystko: i satyra, i melancholia, i dystans. Wszystko.
Sz. C.: W Chorzowskim Teatrze Ogrodowym recital będzie miał tytuł, zaproponowany przez Pana, Mój ulubiony Młynarski na dwie gitary, trąbkę i akordeonik. To spektakl kameralny, spotkanie z każdym widzem z osobna?
P. M.: Graliśmy ten koncert i bardzo kameralnie, i dla ponad pięciuset osób w OCH-Teatrze, czy dla prawie siedmiuset ostatnio pod Arsenałem we Wrocławiu. Zapewne nie do wszystkich trafiam, ale każdy koncert to spotkanie z każdym widzem z osobna, mam przynajmniej taką nadzieję.
Sz. C.: Nie jest Pan piosenkarzem, a opowiadaczem historii.
P. M.: Zawsze wybierałem wyłącznie piosenki z dobrym tekstem. Każdy z utworów, które śpiewam jest opowieścią.
rozmawiała Izabela Mikrut
tekst opublikowany w „Sztajgerowym Cajtungu”, gazecie festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego
rozmowa z Piotrem Machalicą
Sztajgerowy Cajtung: Nie: kiedy, nie: dlaczego, ale JAK mierzył się Pan z twórczością Wojciecha Młynarskiego, podchodząc do układania recitalu.
Piotr Machalica: Twórczość Wojciecha Młynarskiego towarzyszy mi od dzieciństwa, jest częścią mojego życia. Jedyne, z czym musiałem się mierzyć to znalezienie czasu oraz wybór utworów do koncertu (śmiech). Przed wyzwaniem stanęli też muzycy, Krzysztof Niedźwiecki, Paweł Surman i Michał Walczak, który jest również autorem aranżacji do tego koncertu. To było wiele miesięcy pracy i poszukiwań takich form muzycznych, z których dziś jesteśmy zadowoleni. Jak się okazało, docenia je również publiczność.
Sz. C.: Mówił Pan w jednym z wywiadów, że ten recital powinien się nazywać Mój ukochany Młynarski. Bazuje to na wspólnocie myśli i poglądów, na podejściu do piosenkowego tworzywa, a może jeszcze na czymś innym?
P. M.: Mój ukochany Młynarski, bo jest to twórca, poeta, bard, którego kocham. Tak po prostu. Znałem jego twórczość i to zaważyło na tym, że podjąłem się zaśpiewania piosenek, które są częścią mojego życia. Pyta pani o wspólnotę myśli, poglądów, podejście do piosenki. Prawda jest taka, że nie da się tego rozróżnić. Wojciech Młynarski był absolutnym mistrzem, pod każdym względem.
Sz. C.: Jakie było największe odkrycie albo zaskoczenie przy układaniu piosenek w recitalu?
P. M.: Wszystkie te piosenki znałem, więc jako takich zaskoczeń nie było. Raczej powiedziałbym tu o doświadczeniu, którym jest dokonanie wyboru repertuaru spośród dwóch tysięcy utworów, które Wojtek napisał, a ja znam i są mi bliskie. Nie chciałem, aby ten koncert składał się wyłącznie z przebojów, których Wojtek miał niezliczoną ilość, ale również z piosenek mniej znanych.
Sz. C.: Mój ulubiony Młynarski to recital bardzo młody, chociaż od dwóch lat przymierzał się Pan do jego stworzenia. Jak ewoluował ten program?
P. M.: Po prostu pracowaliśmy, szukaliśmy utworów. Wybieraliśmy, dokładaliśmy, skreślaliśmy. Początkowo wydawało mi się, że tych dwadzieścia piosenek, które wybiorę do koncertu powinno mieć jakąś wspólną myśl, temat przewodni. Szybko doszedłem do wniosku, że wcale tak nie jest, dlatego, że każda jego piosenka jest osobną opowieścią i wszystkie dotykają tego samego: życia. Przymierzaliśmy się do tego programu od dawna, to prawda. Wcześniej nie miałem odwagi. Ale dwa lata temu zaczęliśmy na ten temat rozmawiać coraz częściej z muzykami. Intensywne próby rozpoczęliśmy jesienią 2016 roku.
Sz. C.: W szkole aktorskiej lubił Pan najbardziej piosenkę, wolał granie w zespole bigbitowym niż aktorstwo? Pana płyty i recitale nie są przecież tylko realizacją marzenia o śpiewaniu…
P. M.: Zarówno w szkole, jak i po jej ukończeniu, robiłem wszystko, ponieważ to, co pani wymieniła zamyka się w tym zawodzie. Można śpiewać, grać, występować na estradzie. Lubiłem i lubię każde z tych zajęć. Fajnie jest, i myślę, że jest to szczęście wielu ludzi, którzy się zdecydowali ten zawód uprawiać, że mogą dotknąć wszystkich z nurtów tego zawodu.
Sz. C.: Istnieje takie przekonanie, że poetów piosenki: Koftę, Osiecką, Przyborę, mogą śpiewać właściwie wszyscy. Przed Młynarskim czuje się pewien strach. Jakie pułapki wykonawca-autor pozostawia aktorowi?
P. M.: Żadnych. To jest problem wykonawcy, na którą piosenkę się zdecyduje i czy będzie skupiać się na myśleniu o tym, że mierzy się z czymś, co Wojtek napisał sam dla siebie, by osobiście później wykonać. Myślę, że to właśnie może onieśmielać. Jeśli się o tym nie myśli, tylko przepuszcza przez swoją wrażliwość, przez swój sposób patrzenia na świat, to można te utwory śpiewać.
Sz. C.: Co daje nam Młynarski czytany dzisiaj? Zaznaczam „czytany”, bo przecież w wypadku Młynarskiego teksty bronią się równie dobrze bez muzyki…
P. M.: Każdy z nas sam musi odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Sz. C.: Bardziej inspiruje Pana melancholia czy satyra?
P. M.: Inspiruje mnie mądrość Wojciecha Młynarskiego i mądrość jego tekstów. A w tym jest wszystko: i satyra, i melancholia, i dystans. Wszystko.
Sz. C.: W Chorzowskim Teatrze Ogrodowym recital będzie miał tytuł, zaproponowany przez Pana, Mój ulubiony Młynarski na dwie gitary, trąbkę i akordeonik. To spektakl kameralny, spotkanie z każdym widzem z osobna?
P. M.: Graliśmy ten koncert i bardzo kameralnie, i dla ponad pięciuset osób w OCH-Teatrze, czy dla prawie siedmiuset ostatnio pod Arsenałem we Wrocławiu. Zapewne nie do wszystkich trafiam, ale każdy koncert to spotkanie z każdym widzem z osobna, mam przynajmniej taką nadzieję.
Sz. C.: Nie jest Pan piosenkarzem, a opowiadaczem historii.
P. M.: Zawsze wybierałem wyłącznie piosenki z dobrym tekstem. Każdy z utworów, które śpiewam jest opowieścią.
rozmawiała Izabela Mikrut
tekst opublikowany w „Sztajgerowym Cajtungu”, gazecie festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego
sobota, 13 sierpnia 2016
wywiad z Rafałem
TEATR MONTOWNIA CAŁY CZAS W RUCHU
Teatr Montownia jest doskonale znany widzom Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. W piątek (12 sierpnia) będziemy mogli ich zobaczyć po raz kolejny – tym razem w spektaklu „Trzej Muszkieterowie”. O tym przedstawieniu, ale też o ekstremalnych podróżach, wyrozumiałych żonach i teatralnych inspiracjach rozmawialiśmy z Rafałem Rutkowskim.
Sztajgerowy Cajtung: To już kolejny występ Montowni na ChTO. Czy wiele jest takich miejsc, do których wracacie cyklicznie?
Rafał Rutkowski: W Polsce jest takich miejsc kilka. Jesteśmy stałymi bywalcami nie tylko ChTO, ale też Letniego Ogrodu Teatralnego. Na schodach Górnośląskiego Centrum Kultury graliśmy nasze pierwsze przedstawienia. W Chorzowie i w Katowicach jesteśmy bardzo, bardzo często. Do tego dochodzi jeszcze Gliwickie Lato Teatralne. Mamy sentyment do Śląska, wracamy tu chętnie i z uśmiechem na ustach.
Sz. C.: Bardzo nas to cieszy. Lubicie podróżować, czy jest to raczej obowiązek zawodowy?
R. R.: Jak jest przesyt podróżami to wiadomo, że jest kłopot. Osobiście bardzo lubię podróżować i gdybym tego nie lubił, to pewnie nie uprawiałbym fachu aktorskiego. Teatr Montownia ma w swojej filozofii przemieszczanie się, z założenia nie jest stacjonarny.
Sz. C.: Jaka była Wasza najbardziej ekstremalna artystyczna wyprawa?
R. R.: Było ich kilka. Interesujące były nasze podróże do Chin czy na Syberię, tam występowaliśmy w Omsku. Warto wspomnieć też nasze występy w kopalni Guido 350 metrów pod ziemią, byliśmy tam wielokrotnie. Ekstremalne są na pewno nasze występy plenerowe. Na przykład na przedstawienie, które zrobiliśmy z Piotrkiem Cieplakiem w Warszawie na Agrykoli, przyszło około 3000 osób. A na Dworcu Centralnym w Warszawie w drugi dzień świąt dwukrotnie graliśmy z muzyką na żywo naszą autorską szopkę.
Sz. C.: A co na to żony, że w drugi dzień świąt opuszczacie domowe pielesze i idziecie grać na Dworcu Centralnym?
R. R.: Żony są chyba przez to naszymi żonami, że to akceptują. Gdyby nie akceptowały, nie mogłyby być z aktorami. Dwóch z nas ma żony aktorki, więc one najlepiej to rozumieją. Moja żona jest entuzjastką teatru, pracuje też przy Teatrze Montownia w dziale produkcji, jest od tych wszystkich papierowych spraw, więc też akceptuje ten mój nieco marynarski tryb życia.
Sz. C.: W ramach marynarskiego trybu życia 12 sierpnia w Sztygarce zaprezentujecie Trzech Muszkieterów, czyli jeden z efektów szeroko zakrojonego planu przeniesienia na scenę lektur… Jaki jest klucz doboru książek, które przedstawiacie na scenie?
R.R.: Zaczęło się właśnie od Trzech Muszkieterów, bo reżyser, Giovanny Castellanos, stwierdził, że my, Teatr Montownia, jesteśmy jak muszkieterowie i to był jego pomysł. W finale tego przedstawienia sugerujemy, że pokażemy coś następnego, że będzie ciąg dalszy. W sumie to był żart, ale przetworzył się on w kolejne przedstawienie, Quo vadis w mojej adaptacji i reżyserii. Szalony pomysł: w cztery osoby pokazać starożytny Rzym i te wszystkie przygody. Myśleliśmy o tryptyku, więc potem powstała Calineczka dla dorosłych i ona jest zamknięciem tego cyklu. Wybieraliśmy po prostu znane pozycje, które można w jakiś ciekawy sposób przedstawić. Może będzie jeszcze czwarta część, ale na razie nie mamy pomysłu.
Sz. C.: Jeżeli jesteście jak muszkieterowie, to który z Was ma najwięcej cech muszkietera?
R. R.: Poniekąd każdy z nas ma ich trochę, bo filozofia muszkieterów to jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przez prawie 20 lat działalności tak to w naszym teatrze działa. Wszyscy jesteśmy odważni, lubimy odrobinę ryzyka, mamy poczucie humoru. Nie wiem, jak z jazdą konną, bo ja na przykład nie jeżdżę (śmiech). Szermierki uczyliśmy się w Akademii Teatralnej, bo w wielu dramatach, zwłaszcza szekspirowskich, są pojedynki.
Sz. C.: Adaptacje literackie wystawiacie przy współpracy z innymi teatrami. Skąd taki pomysł?
R. R.: Teatr Papahema, z którym gramy Calineczkę…, odkryliśmy przypadkowo. Dwa lata temu ogłosiliśmy konkurs, w ramach którego chcieliśmy wspierać niezależne grupy teatralne, merytorycznie i finansowo. Trzy zespoły przeszły wstępne eliminacje, powstały więc trzy premiery. Idąc za ciosem, Teatr Papahema zaproponował, by zrobić coś wspólnie. Od słowa do słowa pomyśleliśmy, że z lalkarzami Calineczka… mogłaby fajnie wyjść. Takie połączenie dwóch światów, młodości i doświadczenia. Oni mają teraz fantastyczny czas i na pewno jeszcze coś zrobimy wspólnie. My, jako ci starsi, czerpiemy energię z tych młodszych, a oni się mogą od nas czegoś nauczyć. To są bardzo teatralni ludzie z wyobraźnią, mają podobną filozofię teatru, małymi środkami chcą osiągnąć duży efekt, lubią znak teatralny, formę. Dobrze nam się współpracuje. Papahema to trochę jak Montownia sprzed dwudziestu lat.
Sz. C.: Jakie są, poza literackimi, inspiracje Teatru Montownia? Skąd bierzecie pomysły?
R. R.: One się trochę biorą z rozmów, z naszego widzenia świata. Nadal jesteśmy ludźmi, którzy nie boją się ryzyka. Lubimy pewien rodzaj „funu” w teatrze, szukamy zabawy. Robimy to, żeby uprawiać ten fach i nie zwariować. Inspirują nas też reżyserzy, którzy z nami pracują, którzy wnoszą do naszego świata coś innego, rozbijają go, a także miejsca, w których gramy. Występujemy w wielu teatrach, a w każdym są inni ludzie, inna atmosfera. Cały czas jesteśmy w ruchu.
Sz. C.: Wracając do Muszkieterów: jest to spektakl trudny do zagrania. Co w nim było dla Was największym wyzwaniem?
R. R.: Nasi Muszkieterowie momentami przypominają komedię dell’arte: ona wymaga precyzji, skupienia, koncentracji. Nie mamy szpad, pojedynkujemy się „w powietrzu”, musimy dopasować się do dźwięku, zgrać z akustykiem. Nie można w tym spektaklu za bardzo improwizować. Utrzymanie dyscypliny, formy tej opowieści, jest rzeczywiście najtrudniejsze. Ona musi mieć swoje tempo, dynamikę, ale to jest kwestia prób, wyćwiczenia. Lubimy to przedstawienie, bo jest bardzo odświeżające.
Sz. C.: A co w tym spektaklu najbardziej Was bawi?
R. R.: Największą frajdę sprawiało nam odkrywanie, wymyślanie tych światów, postaci, które są kompletnie pokręcone, trochę jak z kreskówki. Składanie tego i wymyślanie żartów, poszczególnych numerów, konfrontacja tego z reżyserem, który jest z Kolumbii i patrzy zupełnie z innej perspektywy, stylistyki, innej tradycji teatru. To wszystko było dla nas bardzo zabawne. Tam jest wiele patentów, żartów, które do dziś nas bawią.
Sz. C.: Czyli podsumowując, warto obejrzeć Muszkieterów, bo jest tam dużo humoru, dużo dobrej gry aktorskiej, dużo niespodzianek. Dodałby Pan coś jeszcze?
R. R.: Myślę, że jest to w dobrym znaczeniu tego słowa rozrywka teatralna na, mam nadzieję, wysokim poziomie, gdzie piątka aktorów prawie bez rekwizytów buduje i pokazuje świat. Każdy mniej więcej zna historię muszkieterów. My staramy się ją pokazać w pięć osób i dysponujemy tylko szafą. Są pojedynki, morderstwa, intrygi, jest Londyn, Paryż. Jest to przedstawienie dla każdego, na tyle dynamiczne, że może być alternatywą dla telewizji. Można przyjść z sześcioletnim dzieckiem i z sześćsetletnią babcią, uśmiechnąć się i rozerwać. Polecam gorąco.
rozmawiała Magdalena Kulus
Teatr Montownia to jedna z pierwszych niezależnych grup teatralnych w Polsce. Założyli ją w 1996 r. trzej absolwenci ówczesnej warszawskiej PWST: Adam Krawczuk, Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki. Później dołączył do nich Marcin Perchuć, również absolwent PWST. Krytycy zgodnie twierdzą, że Montownia jest jedną z ważniejszych grup, jakie pojawiły się na polskim rynku teatralnym. Montownia konsekwentnie definiuje własny model teatru – niezależnego, wolnego od biurokracji, otwartego na nietuzinkowe pomysły i gotowego wspierać innych twórców. Montownia jest teatrem, który nie posiada własnej sceny, obecnie gra gościnnie m.in. w Och-teatrze, Teatrze Polonia oraz w Studio Buffo. (źródło: www.teatrmontownia.pl)
niedziela, 31 lipca 2016
Rozmowa z Joanną Szczepkowską
Dwa światy
rozmowa z Joanną Szczepkowską
Sztajgerowy Cajtung: Jedną z najważniejszych wartości jest dla Pani wierność sobie. Czy możliwa jest do dotrzymania dzisiaj, zwłaszcza w zawodzie aktora?
Joanna Szczepkowska: Ja myślę, że wierność sobie nie ma wiele wspólnego z zawodem, jaki się wykonuje. Każdy ma coś takiego, co można nazwać „ gustem życia”, i to go wiedzie. Dla mnie po prostu ta wierność wobec swojego gustu jest ważniejsza od pieniędzy.
Sz. C.: Czwarta żabka w bajkach? Pisze Pani, że nie marzyła o karierze: to dosyć nietypowe w sytuacji, w której staje się w świetle reflektorów…
J. Sz.: Nigdy nie marzyłam o tzw. „karierze”. Wiem dobrze, że w to trudno uwierzyć, a nawet zrozumieć. Aktorka, która nie chce być sławna? W swojej autobiografii opisałam rozmowę z ojcem, który mi ponuro przepowiadał granie „czwartej żabki”. A mnie się ta żabka bardzo podobała. Po tej rozmowie cały czas myślałam, jakby taką żabkę zagrać. Dla mnie to po prostu zawód, który wiąże się z graniem, z wcielaniem się w różne postaci, a nie z tym, że ludzie mnie rozpoznają na ulicy. To postać powinni podziwiać, a nie mnie. Tak myślę o tym zawodzie od początku i nigdy jeszcze tego nie zmieniłam.
Sz. C.: Uwiódł mnie absolutnie cytat „pisanie to mój teatr. Pisząc, mogę wszystko”. Czy to oznacza, że scena ma swoje ograniczenia?
J. Sz.: Oczywiście. Teatr to zawsze efekt kompromisu między gustem autora, reżysera, scenografa i aktora. Czasem te światy się zgadzają, ale bywa, że trudno się podpisać pod spektaklem, w którym się gra. Pod tym względem pisanie daje więcej swobody. Z drugiej strony spektakl to często niepowtarzalne przeżycie.
Sz. C.: Goła Baba to monodram pokazywany w różnych miejscach na świecie. Dokąd udało się go zabrać?
J. Sz.: Och, naprawdę daleko. Grałam w Ameryce, w Australii, w Izraelu, w Holandii… No i w całej Polsce. Gołą Babę ogląda już kolejne pokolenie.
Sz. C.: Jakie więc różnice w odbiorze Gołej Baby napotkała Pani w poszczególnych krajach? Jak to jest, grać jeden spektakl tyle czasu?
J. Sz.: Różnice są ogromne. Ta sztuka ma dwie części całkiem od siebie różne. W Kanadzie nie bardzo rozumieli pierwszą, subtelną część, za to szaleli z radości na tej drugiej, bardzo rubasznej. W Izraelu odwrotnie: lepiej przyjęto poetycką część, a drugą w milczeniu. W tym spektaklu publiczność jest właściwie jednym z bohaterów wieczoru.
Sz. C.: Chce Pani, żeby widzowie patrzyli na postać, a przecież w Damie z Parasolką Joanny Szczepkowskiej jest mnóstwo…
J. Sz.: To prawda. Dużo wzięłam z własnej wrażliwości. Ale mówiąc o „ sławie”, mówię o zwracaniu na siebie uwagi poza rolami, w tym całym plotkarsko-biznesowym świecie. Ja go nie rozumiem i nie przyjmuję. Szkoda życia na to.
Sz. C.: Trudno o bardziej nośny tytuł niż Goła Baba. Lubi Pani prowokować?
J. Sz.: Wbrew pozorom bardzo nie lubię. Jestem cichą osobą, choć wiele z medialnych doniesień temu przeczy. A tytuł Goła Baba jest ważnym elementem sztuki. Tak właśnie reklamuje się jedna z dwóch postaci, które gram. Wszystko zaczyna się od tego właśnie tytułu.
Sz. C.: Goła Baba wyprzedza rzeczywistość. Czy gdyby powstawała dzisiaj, coś by Pani zmieniła?
J. Sz.: To dziwne, ale nic! Dwadzieścia lat temu, kiedy odbyła się premiera, miałam wrażenie, że jest bardzo aktualna, chociaż przecież żadna z postaci nie mówi bardzo współczesnym językiem, tylko takim trochę stylizowanym. A obecnie wszyscy zwracają uwagę na to, że ten tekst mógłby równie dobrze powstać dzisiaj.
Sz. C.: Nie lubi Pani śmiechu? W jednym z felietonów pojawia się Człowiek Uśmiechnięty, typ szczęśliwego idioty, konsumpcjonisty. Goła Baba śmieje się bardzo jarmarcznie. Śmiech kojarzy się z rechotem?
J. Sz.: Uwielbiam śmiech!!! Ja bym się ciągle śmiała, gdyby było z czego! Ale są po prostu różne śmiechy. Są też różne cisze.
Sz. C.: Teatr to dla Pani ucieczka od felietonów…
J. Sz.: To są dwa zupełnie różne światy. Nie jest łatwo godzić publicystykę ze sztuką, bo to właściwie całkiem przeciwne dziedziny. W sztuce wprowadza się odbiorcę w świat wymyślony, w publicystyce odwrotnie, sprowadza się ludzi na ziemię. Ale ja wcale nie chcę żyć samą sztuką. Ziemia jest jednak chyba ważniejsza.
Sz. C.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiały Iza Mikrut i Basia Englender tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z Joanną Szczepkowską
Sztajgerowy Cajtung: Jedną z najważniejszych wartości jest dla Pani wierność sobie. Czy możliwa jest do dotrzymania dzisiaj, zwłaszcza w zawodzie aktora?
Joanna Szczepkowska: Ja myślę, że wierność sobie nie ma wiele wspólnego z zawodem, jaki się wykonuje. Każdy ma coś takiego, co można nazwać „ gustem życia”, i to go wiedzie. Dla mnie po prostu ta wierność wobec swojego gustu jest ważniejsza od pieniędzy.
Sz. C.: Czwarta żabka w bajkach? Pisze Pani, że nie marzyła o karierze: to dosyć nietypowe w sytuacji, w której staje się w świetle reflektorów…
J. Sz.: Nigdy nie marzyłam o tzw. „karierze”. Wiem dobrze, że w to trudno uwierzyć, a nawet zrozumieć. Aktorka, która nie chce być sławna? W swojej autobiografii opisałam rozmowę z ojcem, który mi ponuro przepowiadał granie „czwartej żabki”. A mnie się ta żabka bardzo podobała. Po tej rozmowie cały czas myślałam, jakby taką żabkę zagrać. Dla mnie to po prostu zawód, który wiąże się z graniem, z wcielaniem się w różne postaci, a nie z tym, że ludzie mnie rozpoznają na ulicy. To postać powinni podziwiać, a nie mnie. Tak myślę o tym zawodzie od początku i nigdy jeszcze tego nie zmieniłam.
Sz. C.: Uwiódł mnie absolutnie cytat „pisanie to mój teatr. Pisząc, mogę wszystko”. Czy to oznacza, że scena ma swoje ograniczenia?
J. Sz.: Oczywiście. Teatr to zawsze efekt kompromisu między gustem autora, reżysera, scenografa i aktora. Czasem te światy się zgadzają, ale bywa, że trudno się podpisać pod spektaklem, w którym się gra. Pod tym względem pisanie daje więcej swobody. Z drugiej strony spektakl to często niepowtarzalne przeżycie.
Sz. C.: Goła Baba to monodram pokazywany w różnych miejscach na świecie. Dokąd udało się go zabrać?
J. Sz.: Och, naprawdę daleko. Grałam w Ameryce, w Australii, w Izraelu, w Holandii… No i w całej Polsce. Gołą Babę ogląda już kolejne pokolenie.
Sz. C.: Jakie więc różnice w odbiorze Gołej Baby napotkała Pani w poszczególnych krajach? Jak to jest, grać jeden spektakl tyle czasu?
J. Sz.: Różnice są ogromne. Ta sztuka ma dwie części całkiem od siebie różne. W Kanadzie nie bardzo rozumieli pierwszą, subtelną część, za to szaleli z radości na tej drugiej, bardzo rubasznej. W Izraelu odwrotnie: lepiej przyjęto poetycką część, a drugą w milczeniu. W tym spektaklu publiczność jest właściwie jednym z bohaterów wieczoru.
Sz. C.: Chce Pani, żeby widzowie patrzyli na postać, a przecież w Damie z Parasolką Joanny Szczepkowskiej jest mnóstwo…
J. Sz.: To prawda. Dużo wzięłam z własnej wrażliwości. Ale mówiąc o „ sławie”, mówię o zwracaniu na siebie uwagi poza rolami, w tym całym plotkarsko-biznesowym świecie. Ja go nie rozumiem i nie przyjmuję. Szkoda życia na to.
Sz. C.: Trudno o bardziej nośny tytuł niż Goła Baba. Lubi Pani prowokować?
J. Sz.: Wbrew pozorom bardzo nie lubię. Jestem cichą osobą, choć wiele z medialnych doniesień temu przeczy. A tytuł Goła Baba jest ważnym elementem sztuki. Tak właśnie reklamuje się jedna z dwóch postaci, które gram. Wszystko zaczyna się od tego właśnie tytułu.
Sz. C.: Goła Baba wyprzedza rzeczywistość. Czy gdyby powstawała dzisiaj, coś by Pani zmieniła?
J. Sz.: To dziwne, ale nic! Dwadzieścia lat temu, kiedy odbyła się premiera, miałam wrażenie, że jest bardzo aktualna, chociaż przecież żadna z postaci nie mówi bardzo współczesnym językiem, tylko takim trochę stylizowanym. A obecnie wszyscy zwracają uwagę na to, że ten tekst mógłby równie dobrze powstać dzisiaj.
Sz. C.: Nie lubi Pani śmiechu? W jednym z felietonów pojawia się Człowiek Uśmiechnięty, typ szczęśliwego idioty, konsumpcjonisty. Goła Baba śmieje się bardzo jarmarcznie. Śmiech kojarzy się z rechotem?
J. Sz.: Uwielbiam śmiech!!! Ja bym się ciągle śmiała, gdyby było z czego! Ale są po prostu różne śmiechy. Są też różne cisze.
Sz. C.: Teatr to dla Pani ucieczka od felietonów…
J. Sz.: To są dwa zupełnie różne światy. Nie jest łatwo godzić publicystykę ze sztuką, bo to właściwie całkiem przeciwne dziedziny. W sztuce wprowadza się odbiorcę w świat wymyślony, w publicystyce odwrotnie, sprowadza się ludzi na ziemię. Ale ja wcale nie chcę żyć samą sztuką. Ziemia jest jednak chyba ważniejsza.
Sz. C.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiały Iza Mikrut i Basia Englender tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
sobota, 23 lipca 2016
Rozmowa z Iwoną Woźniak
Teatralna rodzina
rozmowa z Iwoną Woźniak
Sztajgerowy Cajtung: Pracuje Pani głównie z amatorskimi teatrami i odnosi się Pani do tych zespołów z ogromnym szacunkiem. Chciałabym zapytać, jak w takim przypadku wygląda praca reżysera: czy odpowiedzialność za to, co dzieje się na scenie jest większa, czy może na amatorów patrzy się z większą pobłażliwością?
Iwona Woźniak: Wychodzę z założenia, że teatr jest jeden, nie ma znaczenia, czy występują w nim amatorzy, czy zawodowcy. Jeśli podchodzimy do ich pracy poważnie, to stosujemy tylko trochę inne metody i trochę inne środki. To zrozumiałe. Aktor-amator nie posiada aż tak bogatego zestawu umiejętności jak aktor zawodowy, ale posiada swoje naturalne cechy, które, umiejętnie wykorzystane, podparte wiedzą, dlaczego to robi, w jakim celu wszystko się dzieje, dają dobry punkt wyjścia. O tym zawsze rozmawiamy z grupami. Uważam, że przynosi to cudowne efekty, cudowne, bo zazwyczaj udaje nam się stworzyć fajny zespół, taką dużą teatralną rodzinę. Sz. C. A na ile, jeśli w ogóle, pozwala Pani aktorom na improwizacje w spektaklu? Czy to jest możliwe przy takim trybie pracy? I. W.: W samym spektaklu nie. Oczywiście, proces twórczy, przygotowanie do prób, to szukanie środków, sprawdzanie, na ile aktorzy chcą, mogą i potrafią coś zrobić. Tu element improwizacji jest wykorzystywany zawsze, jako metoda pracy. Natomiast sam spektakl od początku do końca jest już wyreżyserowany, nie tylko przeze mnie, ale i przez zespół, ponieważ, powtarzam, zawsze jest to praca zespołowa.
Sz. C.: A czy przy przygotowywaniu Kopidoła lub Starego klamora w dziadkowym szranku coś Panią zaskoczyło ze strony aktorów?
I. W.: Tak, oczywiście. Z Teatrem Naumiony pracuję prawie od siedmiu lat, więc grupę znam, wiem, kogo mam w zespole. Teatr Reduta Śląska był dla mnie zupełnie nowym projektem, pracowałam z nimi dwa i pół miesiąca i czas nas gonił. Ale, na przykład, zaskoczył mnie główny bohater, który zagrał w Reducie: świetny chłopak, z wielkimi możliwościami aktorskimi. Myślę, że w wielu spektaklach z powodzeniem mógłby zagrać. Pewnie, zawsze są zaskoczenia. W Teatrze Naumiony mamy takich aktorów, którzy zawsze dodają coś od siebie. Nie zawsze jestem przychylna improwizacjom, ale aktorzy zawsze coś wymyślają. Przez to też czuję, że to jest w nich, że jest od nich. Że jest prawda, a przecież o to nam chodzi.
Sz. C.: Jak wygląda kwestia proporcji między prawdą a opowieścią teatralną? Musi Pani czasami z czegoś zrezygnować, bo tak nie było, albo czuje się Pani zobowiązana do czegoś, bo tak się robiło? Jak znaleźć równowagę między prawdą sceniczną a rzeczywistością?
I. W.: Prawda sceniczna zawsze mnie bardzo interesuje, dlatego też dotykamy takich a nie innych tematów. Myślę, że szczególnie teatry amatorskie powinny szukać swojego języka i swoich tematów do rozmów. Teatr amatorski istnieje po coś innego niż teatr zawodowy. Tu wyszukanie i zrozumienie, o czym chcemy z widzem rozmawiać, jaką prawdę chcemy mu przekazać, jest bardzo istotne. Dlatego też do prawie wszystkich spektakli, w 95 procentach, teksty pisane są dla aktorów. Powstaje scenariusz na podstawie tematu, który sobie wybieramy. I tak w wypadku Kopidoła jest to historia grabarza z Ornontowic, który żył naprawdę, w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych XX wieku. I na podstawie legend o tej postaci oraz obrzędów pogrzebowych na Górnym Śląsku stworzyliśmy spektakl.
Szukamy tematów lokalnych, ale też głębi czy prawdy. To się zawsze zderza z widownią. Dla nas to ogromna radość, że możemy się tym dzielić, gramy przy pełnych salach od sześciu lat, to wywołuje zawsze świetne, żywe rozmowy po spektaklu. Przeważnie nikt nie wychodzi, więc mamy taką ciekawą biesiadę teatralną, która trwa jeszcze długo po spektaklu... Właściwie po każdym spektaklu.
Sz. C.: Długo nie było miejsca na Śląsk w teatrze, ale ten temat to też pułapki i wyzwania...
I. W.: Dla mnie poszukiwanie tożsamości śląskiej jest bardzo istotne, z osobistego punktu widzenia, ale nie tylko. Jestem Ślązaczką z pochodzenia, z urodzenia, ale i z dziada pradziada i dla mnie szukanie prawdy, tożsamości, kultury jest niezwykle ważne. Te tematy są trudne, bo możemy popaść w cepelię i zacząć o nich opowiadać językiem, który już trąci myszką, jest niejasny czy nie- prawdziwy. Póki co, dwa różne teatry, a mówimy tutaj o spektaklach, które będą na ChTO, pokazują różne podejście do śląskości. Jeden odkrywa obrzędowość, wchodzi w coś, czego już nie ma. Pokazuje trochę edukacyjnie motywy kiedyś bardzo istotne i coś, co dawniej bardzo nas dotykało, czyli moment śmierci ważnego członka rodziny. Przez pokazanie pewnych symboli, przez obrzędy, pieśni pogrzebowe, udało nam się, jak wynika z rozmów z widownią, dotknąć pewnej prawdy. Ten spektakl porusza. Spotykamy ludzi, którzy przychodzą i odkrywają siebie w tym wszystkim, opowiadają o swoich przeżyciach związanych z tym tematem. A druga rzecz, na drugim biegunie... Z Teatrem Reduta udało się opowiedzieć o czymś, co wydaje mi się również bardzo ważne: o poszukiwaniu tożsamości śląskiej przez młodych ludzi. Co dzisiaj znaczy: godać po śląsku, czy to dla mnie ważne, czy nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Jak ważne albo nieważne jest szukanie swoich korzeni. Tu udało mi się zrobić coś, co może być szerzej pojmowane: w każdym miejscu każdy z nas prędzej czy później zaczyna szukać swojego miejsca na ziemi, zadaje sobie pytanie o to, skąd jest. To trudne pytanie. My zawsze wychodzimy od tematu, zastanawiając się, jak pokażemy Śląsk. Pytamy siebie samych, po co poruszamy pewien temat, czemu on ma posłużyć i czemu dla grupy, z którą pracuję, jest ważny. Czy aktorzy się z tym identyfikują, czy chcą. To bardzo długi proces szukania tematu, zbierania materiałów... W wypadku Teatru Naumiony to trwa z reguły około 1,5 roku. Polega na rozmowach z najstarszymi mieszkańcami, są też kontakty z Uniwersytetem Śląskim, podpytywanie etnografów i etnologów, czy idziemy w dobrym kierunku. Dopiero potem przechodzimy w sferę teatru, czyli nadawania temu formy i pomysłu, w wypadku Kopidoła też budowania lalki teatralnej. A później już przechodzimy do prób czytanych, scenicznych i dociera- my do momentu premiery. Z Teatrem Reduta też próbowaliśmy sprawdzić, co ich interesuje, choć było mało czasu. Z mojej strony to był trochę narzucony temat Dracha Szczepana Twardocha, inspiracja. Nikodem jest tu menadżerem w średnim wieku, mieszka na Tysiącleciu i próbuje się rozprawić z tym, co zostawili mu jego przodkowie: z religią, szacunkiem do pracy, z pewną kulturą, z językiem, podejściem do rodzinności, domu i gościnności śląskiej. Tu też scenariusz został napisany specjalnie dla grupy, udało się dojść do premiery. Zagramy 5 sierpnia na ChTO, a potem mamy jeszcze spektakle w Sanoku, w Nowym Sączu i w Chorzowskim Centrum Kultury we wrześniu.
Sz. C.: Bardzo dziękuję za rozmowę.
rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z Iwoną Woźniak
Sztajgerowy Cajtung: Pracuje Pani głównie z amatorskimi teatrami i odnosi się Pani do tych zespołów z ogromnym szacunkiem. Chciałabym zapytać, jak w takim przypadku wygląda praca reżysera: czy odpowiedzialność za to, co dzieje się na scenie jest większa, czy może na amatorów patrzy się z większą pobłażliwością?
Iwona Woźniak: Wychodzę z założenia, że teatr jest jeden, nie ma znaczenia, czy występują w nim amatorzy, czy zawodowcy. Jeśli podchodzimy do ich pracy poważnie, to stosujemy tylko trochę inne metody i trochę inne środki. To zrozumiałe. Aktor-amator nie posiada aż tak bogatego zestawu umiejętności jak aktor zawodowy, ale posiada swoje naturalne cechy, które, umiejętnie wykorzystane, podparte wiedzą, dlaczego to robi, w jakim celu wszystko się dzieje, dają dobry punkt wyjścia. O tym zawsze rozmawiamy z grupami. Uważam, że przynosi to cudowne efekty, cudowne, bo zazwyczaj udaje nam się stworzyć fajny zespół, taką dużą teatralną rodzinę. Sz. C. A na ile, jeśli w ogóle, pozwala Pani aktorom na improwizacje w spektaklu? Czy to jest możliwe przy takim trybie pracy? I. W.: W samym spektaklu nie. Oczywiście, proces twórczy, przygotowanie do prób, to szukanie środków, sprawdzanie, na ile aktorzy chcą, mogą i potrafią coś zrobić. Tu element improwizacji jest wykorzystywany zawsze, jako metoda pracy. Natomiast sam spektakl od początku do końca jest już wyreżyserowany, nie tylko przeze mnie, ale i przez zespół, ponieważ, powtarzam, zawsze jest to praca zespołowa.
Sz. C.: A czy przy przygotowywaniu Kopidoła lub Starego klamora w dziadkowym szranku coś Panią zaskoczyło ze strony aktorów?
I. W.: Tak, oczywiście. Z Teatrem Naumiony pracuję prawie od siedmiu lat, więc grupę znam, wiem, kogo mam w zespole. Teatr Reduta Śląska był dla mnie zupełnie nowym projektem, pracowałam z nimi dwa i pół miesiąca i czas nas gonił. Ale, na przykład, zaskoczył mnie główny bohater, który zagrał w Reducie: świetny chłopak, z wielkimi możliwościami aktorskimi. Myślę, że w wielu spektaklach z powodzeniem mógłby zagrać. Pewnie, zawsze są zaskoczenia. W Teatrze Naumiony mamy takich aktorów, którzy zawsze dodają coś od siebie. Nie zawsze jestem przychylna improwizacjom, ale aktorzy zawsze coś wymyślają. Przez to też czuję, że to jest w nich, że jest od nich. Że jest prawda, a przecież o to nam chodzi.
Sz. C.: Jak wygląda kwestia proporcji między prawdą a opowieścią teatralną? Musi Pani czasami z czegoś zrezygnować, bo tak nie było, albo czuje się Pani zobowiązana do czegoś, bo tak się robiło? Jak znaleźć równowagę między prawdą sceniczną a rzeczywistością?
I. W.: Prawda sceniczna zawsze mnie bardzo interesuje, dlatego też dotykamy takich a nie innych tematów. Myślę, że szczególnie teatry amatorskie powinny szukać swojego języka i swoich tematów do rozmów. Teatr amatorski istnieje po coś innego niż teatr zawodowy. Tu wyszukanie i zrozumienie, o czym chcemy z widzem rozmawiać, jaką prawdę chcemy mu przekazać, jest bardzo istotne. Dlatego też do prawie wszystkich spektakli, w 95 procentach, teksty pisane są dla aktorów. Powstaje scenariusz na podstawie tematu, który sobie wybieramy. I tak w wypadku Kopidoła jest to historia grabarza z Ornontowic, który żył naprawdę, w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych XX wieku. I na podstawie legend o tej postaci oraz obrzędów pogrzebowych na Górnym Śląsku stworzyliśmy spektakl.
Szukamy tematów lokalnych, ale też głębi czy prawdy. To się zawsze zderza z widownią. Dla nas to ogromna radość, że możemy się tym dzielić, gramy przy pełnych salach od sześciu lat, to wywołuje zawsze świetne, żywe rozmowy po spektaklu. Przeważnie nikt nie wychodzi, więc mamy taką ciekawą biesiadę teatralną, która trwa jeszcze długo po spektaklu... Właściwie po każdym spektaklu.
Sz. C.: Długo nie było miejsca na Śląsk w teatrze, ale ten temat to też pułapki i wyzwania...
I. W.: Dla mnie poszukiwanie tożsamości śląskiej jest bardzo istotne, z osobistego punktu widzenia, ale nie tylko. Jestem Ślązaczką z pochodzenia, z urodzenia, ale i z dziada pradziada i dla mnie szukanie prawdy, tożsamości, kultury jest niezwykle ważne. Te tematy są trudne, bo możemy popaść w cepelię i zacząć o nich opowiadać językiem, który już trąci myszką, jest niejasny czy nie- prawdziwy. Póki co, dwa różne teatry, a mówimy tutaj o spektaklach, które będą na ChTO, pokazują różne podejście do śląskości. Jeden odkrywa obrzędowość, wchodzi w coś, czego już nie ma. Pokazuje trochę edukacyjnie motywy kiedyś bardzo istotne i coś, co dawniej bardzo nas dotykało, czyli moment śmierci ważnego członka rodziny. Przez pokazanie pewnych symboli, przez obrzędy, pieśni pogrzebowe, udało nam się, jak wynika z rozmów z widownią, dotknąć pewnej prawdy. Ten spektakl porusza. Spotykamy ludzi, którzy przychodzą i odkrywają siebie w tym wszystkim, opowiadają o swoich przeżyciach związanych z tym tematem. A druga rzecz, na drugim biegunie... Z Teatrem Reduta udało się opowiedzieć o czymś, co wydaje mi się również bardzo ważne: o poszukiwaniu tożsamości śląskiej przez młodych ludzi. Co dzisiaj znaczy: godać po śląsku, czy to dla mnie ważne, czy nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Jak ważne albo nieważne jest szukanie swoich korzeni. Tu udało mi się zrobić coś, co może być szerzej pojmowane: w każdym miejscu każdy z nas prędzej czy później zaczyna szukać swojego miejsca na ziemi, zadaje sobie pytanie o to, skąd jest. To trudne pytanie. My zawsze wychodzimy od tematu, zastanawiając się, jak pokażemy Śląsk. Pytamy siebie samych, po co poruszamy pewien temat, czemu on ma posłużyć i czemu dla grupy, z którą pracuję, jest ważny. Czy aktorzy się z tym identyfikują, czy chcą. To bardzo długi proces szukania tematu, zbierania materiałów... W wypadku Teatru Naumiony to trwa z reguły około 1,5 roku. Polega na rozmowach z najstarszymi mieszkańcami, są też kontakty z Uniwersytetem Śląskim, podpytywanie etnografów i etnologów, czy idziemy w dobrym kierunku. Dopiero potem przechodzimy w sferę teatru, czyli nadawania temu formy i pomysłu, w wypadku Kopidoła też budowania lalki teatralnej. A później już przechodzimy do prób czytanych, scenicznych i dociera- my do momentu premiery. Z Teatrem Reduta też próbowaliśmy sprawdzić, co ich interesuje, choć było mało czasu. Z mojej strony to był trochę narzucony temat Dracha Szczepana Twardocha, inspiracja. Nikodem jest tu menadżerem w średnim wieku, mieszka na Tysiącleciu i próbuje się rozprawić z tym, co zostawili mu jego przodkowie: z religią, szacunkiem do pracy, z pewną kulturą, z językiem, podejściem do rodzinności, domu i gościnności śląskiej. Tu też scenariusz został napisany specjalnie dla grupy, udało się dojść do premiery. Zagramy 5 sierpnia na ChTO, a potem mamy jeszcze spektakle w Sanoku, w Nowym Sączu i w Chorzowskim Centrum Kultury we wrześniu.
Sz. C.: Bardzo dziękuję za rozmowę.
rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
wtorek, 19 lipca 2016
Rozmowa z Naczelnym Ogrodnikiem
Do przeczytania tutaj:
http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35018,20420864,teatr-daje-ludziom-emocje-rozmowa-z-sergiuszem-brozkiem.html. Zapraszamy!
http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35018,20420864,teatr-daje-ludziom-emocje-rozmowa-z-sergiuszem-brozkiem.html. Zapraszamy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)