Przez mur
On wie. On to wszystko wie. Wie wszystko o związkach. Potrafi przewidzieć reakcje kobiet, bezbłędnie interpretuje ich postawy. Umiałby nawet udzielić cennych rad, gdyby ktoś go o to poprosił. Jego mądrość płynie z doświadczenia, a i goryczy przegranego. Bo chociaż on wie, nie zawsze może przełożyć wiedzę na słowa: te więzną mu w gardle. Najtrudniej jest wyznawać uczucia bliskim. W spektaklu Mending fences. Wszystko o związkach to Harry grany przez Kajetana Wolniewicza sprawia, że widzowie ciągle śmieją się i płaczą. Od komedii do ogromnego ludzkiego dramatu przechodzi się tu w sekundę i to nie tylko za sprawą tekstu (nawiasem mówiąc, Norm Foster skomponował go z idealnym wręcz wyczuleniem na prawdę o interpersonalnych relacjach). Tu prawdziwe emocje rzadko są wypowiadane, liczą się za to w spojrzeniach czy drobnych gestach. Kajetan Wolniewicz samym tylko ruchem ramion przekonująco przedstawić może przejścia między różnymi uczuciami. Karol Polak i Magdalena Nieć dzielnie mu na scenie partnerują, ale mają nieco łatwiej: uwaga odbiorców koncentruje się na największym przegranym.
Harry ma za sobą szereg trudnych doświadczeń. W dzieciństwie rodzinę rozbijało uzależnienie od alkoholu matki i surowość ojca. Kiedy bohater założył swoją rodzinę, nie umiał porozumieć się z synem, Drew, a po dziewięciu latach małżeństwa żona oznajmiła mu, że odchodzi, bo nigdy nie była z nim szczęśliwa. Drew jako karta przetargowa boleśnie uświadomił ojcu, ile ten stracił. Choroba wściekłych krów sprawiła z kolei, że Harry własnoręcznie musiał wybić liczące ćwierć tysiąca sztuk stado. Nic dziwnego, że po tym wszystkim stał się zamknięty w sobie i unika mówienia o przeżyciach. Nic dziwnego, że nie umie już ogłosić, co go dręczy. I nic dziwnego, że coraz częściej sięga po alkohol. Harry na swój sposób uporządkował własne życie: sypia z kobietą, której mąż się powiesił (Gin pasuje taki układ, bo nie wyobraża sobie, żeby przywiązać się do kogoś zbyt mocno, sama też jest pokaleczona psychicznie i unika wielkich słów). I nagle, po kilkunastu latach nieobecności, przyjeżdża do ojca Drew, już dorosły. Podróż trwa 32 godziny, więc okazja do wyjaśnienia sobie paru spraw szybko się nie powtórzy. Tyle że mur pretensji jest już bardzo wysoki.
Dom Harry’ego to kilka starych mebli, zlew, lodówka, szklana ściana z drzwiami. Kiedy akcja przenosi się w przeszłość, do dzieciństwa tego bohatera lub do rozpadu jego małżeństwa, akcentuje się to po prostu światłem, światło (i dźwięk) budują też przestrzeń peronu. Nic więcej nie potrzeba do zestawu wstrząsających scen. Troje aktorów precyzyjnie wciela się w bohaterów dramatu: Wolniewicz odgrywa ojca Harry’ego, Polak Harry’ego z dziecięcych czasów (lub Drew sprzed lat), Nieć bywa nieszczęśliwą żoną lub pijaną matką (wówczas zresztą kontrast z wciąż młodą i ponętną kochanką jest największy). W kostiumach to drobne dodatki, wszystko, co istotne, rozgrywa się w słowach i w sferze silnych uczuć.
Genialne są w tym spektaklu przejścia między różnymi przeżyciami: intymność i flirt przerodzić się mogą w kłótnię gęstą od pretensji i zamieniającą kochanków w obcych sobie ludzi w mgnieniu oka. Pozorne szczęście pryska w momencie, gdy odsłania się coraz więcej nierozwiązanych problemów z przeszłości. Nie da się ignorować nieporozumień i konfliktów, prędzej czy później odbiją się one na codziennym życiu. Pod kątem psychologicznym to również spektakl bezbłędny. Nie ma tu ani jednej fałszywej reakcji, wszystko zostaje wytłumaczone i pokazane logicznie. Wszystkiemu można przytaknąć. W efekcie na scenie rozgrywa się obyczajowa historyjka ze sprawnie rozłożonymi akcentami emocjonalnymi, a widzowie przeżywają znacznie więcej, otrzymują bowiem lustro własnych zmartwień.
A przecież nie jest to przedstawienie przygnębiające czy ciężkie. Skrzy się od dowcipów, i to dowcipów inteligentnych. Pojawiają się w nim gry słów i humor sytuacyjny, ujawnia się cały talent komediowy aktorów, którzy, kiedy można, zamienią nawet otwarty konflikt w karykaturę. Podobne znaczenia (mimo że bez obliczania na wywołanie kaskad śmiechu) mają drobne puentki na prawach psychologicznych olśnień. Pojawiają się zwłaszcza w momentach, gdy Harry wyjaśnia synowi swoje reakcje w relacjach z Gin. Autorowi można tylko pozazdrościć zmysłu obserwacji i talentu do aforystycznych sformułowań. Dzięki temu opowieść o jednym doświadczonym facecie przeradza się w praktyczny poradnik życia rodzinnego (i rejestr źródeł nieporozumień).
Nie da się tego spektaklu oglądać z dystansem. Nawet na chwilę nie można odwrócić od niego myśli. Jest doskonale skonstruowany, każda wiadomość ma znaczenie i powróci w odpowiednim czasie. Ale niezależnie od tego jest prawdziwy w emocjach. To szybko uzależnia. Istnieje olbrzymie niebezpieczeństwo, że prawdy i odkrycia prostodusznego w gruncie rzeczy Harry’ego pozostaną w widzach na długo. Może gdyby zagrali mniej przekonująco, może gdyby Teatr Ludowy dał się ponieść łatwej rozrywce… Może wtedy Mending fences uciekłoby z głowy zaraz po wyjściu z Magazynu Ciekłego Powietrza. Przy tym, co zaprezentowali aktorzy, to nie do osiągnięcia. Wreszcie w zalewie łatwych fars pojawia się komedia, która uwodzi głębią. A Harry Kajetana Wolniewicza deklasuje rywali, wszystkich teatralnych facetów po przejściach.
Izabela Mikrut
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 14 sierpnia 2016
sobota, 13 sierpnia 2016
wywiad z Rafałem
TEATR MONTOWNIA CAŁY CZAS W RUCHU
Teatr Montownia jest doskonale znany widzom Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. W piątek (12 sierpnia) będziemy mogli ich zobaczyć po raz kolejny – tym razem w spektaklu „Trzej Muszkieterowie”. O tym przedstawieniu, ale też o ekstremalnych podróżach, wyrozumiałych żonach i teatralnych inspiracjach rozmawialiśmy z Rafałem Rutkowskim.
Sztajgerowy Cajtung: To już kolejny występ Montowni na ChTO. Czy wiele jest takich miejsc, do których wracacie cyklicznie?
Rafał Rutkowski: W Polsce jest takich miejsc kilka. Jesteśmy stałymi bywalcami nie tylko ChTO, ale też Letniego Ogrodu Teatralnego. Na schodach Górnośląskiego Centrum Kultury graliśmy nasze pierwsze przedstawienia. W Chorzowie i w Katowicach jesteśmy bardzo, bardzo często. Do tego dochodzi jeszcze Gliwickie Lato Teatralne. Mamy sentyment do Śląska, wracamy tu chętnie i z uśmiechem na ustach.
Sz. C.: Bardzo nas to cieszy. Lubicie podróżować, czy jest to raczej obowiązek zawodowy?
R. R.: Jak jest przesyt podróżami to wiadomo, że jest kłopot. Osobiście bardzo lubię podróżować i gdybym tego nie lubił, to pewnie nie uprawiałbym fachu aktorskiego. Teatr Montownia ma w swojej filozofii przemieszczanie się, z założenia nie jest stacjonarny.
Sz. C.: Jaka była Wasza najbardziej ekstremalna artystyczna wyprawa?
R. R.: Było ich kilka. Interesujące były nasze podróże do Chin czy na Syberię, tam występowaliśmy w Omsku. Warto wspomnieć też nasze występy w kopalni Guido 350 metrów pod ziemią, byliśmy tam wielokrotnie. Ekstremalne są na pewno nasze występy plenerowe. Na przykład na przedstawienie, które zrobiliśmy z Piotrkiem Cieplakiem w Warszawie na Agrykoli, przyszło około 3000 osób. A na Dworcu Centralnym w Warszawie w drugi dzień świąt dwukrotnie graliśmy z muzyką na żywo naszą autorską szopkę.
Sz. C.: A co na to żony, że w drugi dzień świąt opuszczacie domowe pielesze i idziecie grać na Dworcu Centralnym?
R. R.: Żony są chyba przez to naszymi żonami, że to akceptują. Gdyby nie akceptowały, nie mogłyby być z aktorami. Dwóch z nas ma żony aktorki, więc one najlepiej to rozumieją. Moja żona jest entuzjastką teatru, pracuje też przy Teatrze Montownia w dziale produkcji, jest od tych wszystkich papierowych spraw, więc też akceptuje ten mój nieco marynarski tryb życia.
Sz. C.: W ramach marynarskiego trybu życia 12 sierpnia w Sztygarce zaprezentujecie Trzech Muszkieterów, czyli jeden z efektów szeroko zakrojonego planu przeniesienia na scenę lektur… Jaki jest klucz doboru książek, które przedstawiacie na scenie?
R.R.: Zaczęło się właśnie od Trzech Muszkieterów, bo reżyser, Giovanny Castellanos, stwierdził, że my, Teatr Montownia, jesteśmy jak muszkieterowie i to był jego pomysł. W finale tego przedstawienia sugerujemy, że pokażemy coś następnego, że będzie ciąg dalszy. W sumie to był żart, ale przetworzył się on w kolejne przedstawienie, Quo vadis w mojej adaptacji i reżyserii. Szalony pomysł: w cztery osoby pokazać starożytny Rzym i te wszystkie przygody. Myśleliśmy o tryptyku, więc potem powstała Calineczka dla dorosłych i ona jest zamknięciem tego cyklu. Wybieraliśmy po prostu znane pozycje, które można w jakiś ciekawy sposób przedstawić. Może będzie jeszcze czwarta część, ale na razie nie mamy pomysłu.
Sz. C.: Jeżeli jesteście jak muszkieterowie, to który z Was ma najwięcej cech muszkietera?
R. R.: Poniekąd każdy z nas ma ich trochę, bo filozofia muszkieterów to jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przez prawie 20 lat działalności tak to w naszym teatrze działa. Wszyscy jesteśmy odważni, lubimy odrobinę ryzyka, mamy poczucie humoru. Nie wiem, jak z jazdą konną, bo ja na przykład nie jeżdżę (śmiech). Szermierki uczyliśmy się w Akademii Teatralnej, bo w wielu dramatach, zwłaszcza szekspirowskich, są pojedynki.
Sz. C.: Adaptacje literackie wystawiacie przy współpracy z innymi teatrami. Skąd taki pomysł?
R. R.: Teatr Papahema, z którym gramy Calineczkę…, odkryliśmy przypadkowo. Dwa lata temu ogłosiliśmy konkurs, w ramach którego chcieliśmy wspierać niezależne grupy teatralne, merytorycznie i finansowo. Trzy zespoły przeszły wstępne eliminacje, powstały więc trzy premiery. Idąc za ciosem, Teatr Papahema zaproponował, by zrobić coś wspólnie. Od słowa do słowa pomyśleliśmy, że z lalkarzami Calineczka… mogłaby fajnie wyjść. Takie połączenie dwóch światów, młodości i doświadczenia. Oni mają teraz fantastyczny czas i na pewno jeszcze coś zrobimy wspólnie. My, jako ci starsi, czerpiemy energię z tych młodszych, a oni się mogą od nas czegoś nauczyć. To są bardzo teatralni ludzie z wyobraźnią, mają podobną filozofię teatru, małymi środkami chcą osiągnąć duży efekt, lubią znak teatralny, formę. Dobrze nam się współpracuje. Papahema to trochę jak Montownia sprzed dwudziestu lat.
Sz. C.: Jakie są, poza literackimi, inspiracje Teatru Montownia? Skąd bierzecie pomysły?
R. R.: One się trochę biorą z rozmów, z naszego widzenia świata. Nadal jesteśmy ludźmi, którzy nie boją się ryzyka. Lubimy pewien rodzaj „funu” w teatrze, szukamy zabawy. Robimy to, żeby uprawiać ten fach i nie zwariować. Inspirują nas też reżyserzy, którzy z nami pracują, którzy wnoszą do naszego świata coś innego, rozbijają go, a także miejsca, w których gramy. Występujemy w wielu teatrach, a w każdym są inni ludzie, inna atmosfera. Cały czas jesteśmy w ruchu.
Sz. C.: Wracając do Muszkieterów: jest to spektakl trudny do zagrania. Co w nim było dla Was największym wyzwaniem?
R. R.: Nasi Muszkieterowie momentami przypominają komedię dell’arte: ona wymaga precyzji, skupienia, koncentracji. Nie mamy szpad, pojedynkujemy się „w powietrzu”, musimy dopasować się do dźwięku, zgrać z akustykiem. Nie można w tym spektaklu za bardzo improwizować. Utrzymanie dyscypliny, formy tej opowieści, jest rzeczywiście najtrudniejsze. Ona musi mieć swoje tempo, dynamikę, ale to jest kwestia prób, wyćwiczenia. Lubimy to przedstawienie, bo jest bardzo odświeżające.
Sz. C.: A co w tym spektaklu najbardziej Was bawi?
R. R.: Największą frajdę sprawiało nam odkrywanie, wymyślanie tych światów, postaci, które są kompletnie pokręcone, trochę jak z kreskówki. Składanie tego i wymyślanie żartów, poszczególnych numerów, konfrontacja tego z reżyserem, który jest z Kolumbii i patrzy zupełnie z innej perspektywy, stylistyki, innej tradycji teatru. To wszystko było dla nas bardzo zabawne. Tam jest wiele patentów, żartów, które do dziś nas bawią.
Sz. C.: Czyli podsumowując, warto obejrzeć Muszkieterów, bo jest tam dużo humoru, dużo dobrej gry aktorskiej, dużo niespodzianek. Dodałby Pan coś jeszcze?
R. R.: Myślę, że jest to w dobrym znaczeniu tego słowa rozrywka teatralna na, mam nadzieję, wysokim poziomie, gdzie piątka aktorów prawie bez rekwizytów buduje i pokazuje świat. Każdy mniej więcej zna historię muszkieterów. My staramy się ją pokazać w pięć osób i dysponujemy tylko szafą. Są pojedynki, morderstwa, intrygi, jest Londyn, Paryż. Jest to przedstawienie dla każdego, na tyle dynamiczne, że może być alternatywą dla telewizji. Można przyjść z sześcioletnim dzieckiem i z sześćsetletnią babcią, uśmiechnąć się i rozerwać. Polecam gorąco.
rozmawiała Magdalena Kulus
Teatr Montownia to jedna z pierwszych niezależnych grup teatralnych w Polsce. Założyli ją w 1996 r. trzej absolwenci ówczesnej warszawskiej PWST: Adam Krawczuk, Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki. Później dołączył do nich Marcin Perchuć, również absolwent PWST. Krytycy zgodnie twierdzą, że Montownia jest jedną z ważniejszych grup, jakie pojawiły się na polskim rynku teatralnym. Montownia konsekwentnie definiuje własny model teatru – niezależnego, wolnego od biurokracji, otwartego na nietuzinkowe pomysły i gotowego wspierać innych twórców. Montownia jest teatrem, który nie posiada własnej sceny, obecnie gra gościnnie m.in. w Och-teatrze, Teatrze Polonia oraz w Studio Buffo. (źródło: www.teatrmontownia.pl)
czwartek, 4 sierpnia 2016
Goła baba - recenzja 1
Goła baba nadal w formie
Joanna Szczepkowska, a właściwie jej eteryczna bohaterka, weszła na scenę bocznym wejściem, niosąc ze sobą walizkę i parasolkę. Miało się więc wrażenie, że to jedna z nas, tych, którzy siedzieli na widowni. Szybko jednak okazało się, że to postać wyjątkowa, arcywrażliwa, żadna tam zwyczajna, goła baba.
Jej monolog, a raczej występ, koncert grania na ciszy, zdumiewał. Absurd gonił absurd, a całość można określić mianem „sztuki dla sztuki”. Dlatego publiczność Sztygarki milczała oniemiała. Pierwsze, nieśmiałe chichoty pojawiły się, gdy na długim sznurze, rzędem, powieszone zostały… śpiewające parasole. Nie do końca było wiadomo, czy wypada się śmiać (bohaterka wprowadziła publiczność w nieco podniosły nastrój), ale kiedy jeden z parasoli… zmarł, nie było już wyjścia.
W sumie jednak ta zwiewna, ubrana w błękity, niezrozumiana przez społeczeństwo istota budziła głównie współczucie. Wystarczyło kilka gestów, parę słów, by widz poczuł całym sobą, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa. Tym bardziej, że wyznała, iż wszystkie jej artystyczne zamierzenia niweczy i torpeduje ulubienica publiczności: ordynarna, bezpośrednia „goła baba”.
„Gołą babę” publiczność zgromadzona w Sztygarce mogła poznać w drugiej części spektaklu. Wielka, gruba, ubrana niechlujnie i wielowarstwowo… trzeba się było mocno wysilić, by zobaczyć w niej Szczepkowską. Gdy tylko pojawiła się na scenie, od razu atmosfera stała się luźniejsza, zapewne też za sprawą rzucanych od czasu do czasu na widownię gum żujek. Kto jak kto, ale „goła baba” potrafi rozbawić widzów, a swój występ kończy oczywiście striptizem.
Trudno powiedzieć, co wzbudziło większy podziw widzów: mistrzowska kreacja dwóch tak różnych postaci, zewnętrzna przemiana w „gołą babę”, błyskotliwe teksty czy zaskakująca puenta. Jedno jest pewne, gdy spektakl się skończył, po sali unosił się szmer podziwu. W Gołej babie każdy, niezależnie od płci i wieku, znajdzie coś dla siebie.
Joanna Szczepkowska gra ten monodram od 1997 roku, był on więc wielokrotnie omawiany i recenzowany. Jedyne co mogę dodać, to wyrazy uznania: „Goła baba” jest nadal w formie, bawi, wzrusza i pobudza do refleksji. Co więcej, cały czas jest aktualna, niezależnie od tego, czy potraktujemy ten spektakl jako rozważania o szeroko pojętej sztuce i jej odbiorze, czy też jako swoistą przypowieść o naturze kobiety. W każdej wysublimowanej kobiecie jest trochę „gołej baby”, a w każdej „gołej babie” kryje się wrażliwa i delikatna przedstawicielka płci żeńskiej, mówi swoim występem Joanna Szczepkowska. Jeśli więc nie udało Wam się zobaczyć Gołej baby w zeszły piątek w Sztygarce, musicie to koniecznie nadrobić. Tej sztuki nie można przegapić!
Magda Kulus
Joanna Szczepkowska, a właściwie jej eteryczna bohaterka, weszła na scenę bocznym wejściem, niosąc ze sobą walizkę i parasolkę. Miało się więc wrażenie, że to jedna z nas, tych, którzy siedzieli na widowni. Szybko jednak okazało się, że to postać wyjątkowa, arcywrażliwa, żadna tam zwyczajna, goła baba.
Jej monolog, a raczej występ, koncert grania na ciszy, zdumiewał. Absurd gonił absurd, a całość można określić mianem „sztuki dla sztuki”. Dlatego publiczność Sztygarki milczała oniemiała. Pierwsze, nieśmiałe chichoty pojawiły się, gdy na długim sznurze, rzędem, powieszone zostały… śpiewające parasole. Nie do końca było wiadomo, czy wypada się śmiać (bohaterka wprowadziła publiczność w nieco podniosły nastrój), ale kiedy jeden z parasoli… zmarł, nie było już wyjścia.
W sumie jednak ta zwiewna, ubrana w błękity, niezrozumiana przez społeczeństwo istota budziła głównie współczucie. Wystarczyło kilka gestów, parę słów, by widz poczuł całym sobą, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa. Tym bardziej, że wyznała, iż wszystkie jej artystyczne zamierzenia niweczy i torpeduje ulubienica publiczności: ordynarna, bezpośrednia „goła baba”.
„Gołą babę” publiczność zgromadzona w Sztygarce mogła poznać w drugiej części spektaklu. Wielka, gruba, ubrana niechlujnie i wielowarstwowo… trzeba się było mocno wysilić, by zobaczyć w niej Szczepkowską. Gdy tylko pojawiła się na scenie, od razu atmosfera stała się luźniejsza, zapewne też za sprawą rzucanych od czasu do czasu na widownię gum żujek. Kto jak kto, ale „goła baba” potrafi rozbawić widzów, a swój występ kończy oczywiście striptizem.
Trudno powiedzieć, co wzbudziło większy podziw widzów: mistrzowska kreacja dwóch tak różnych postaci, zewnętrzna przemiana w „gołą babę”, błyskotliwe teksty czy zaskakująca puenta. Jedno jest pewne, gdy spektakl się skończył, po sali unosił się szmer podziwu. W Gołej babie każdy, niezależnie od płci i wieku, znajdzie coś dla siebie.
Joanna Szczepkowska gra ten monodram od 1997 roku, był on więc wielokrotnie omawiany i recenzowany. Jedyne co mogę dodać, to wyrazy uznania: „Goła baba” jest nadal w formie, bawi, wzrusza i pobudza do refleksji. Co więcej, cały czas jest aktualna, niezależnie od tego, czy potraktujemy ten spektakl jako rozważania o szeroko pojętej sztuce i jej odbiorze, czy też jako swoistą przypowieść o naturze kobiety. W każdej wysublimowanej kobiecie jest trochę „gołej baby”, a w każdej „gołej babie” kryje się wrażliwa i delikatna przedstawicielka płci żeńskiej, mówi swoim występem Joanna Szczepkowska. Jeśli więc nie udało Wam się zobaczyć Gołej baby w zeszły piątek w Sztygarce, musicie to koniecznie nadrobić. Tej sztuki nie można przegapić!
Magda Kulus
niedziela, 31 lipca 2016
Rozmowa z Joanną Szczepkowską
Dwa światy
rozmowa z Joanną Szczepkowską
Sztajgerowy Cajtung: Jedną z najważniejszych wartości jest dla Pani wierność sobie. Czy możliwa jest do dotrzymania dzisiaj, zwłaszcza w zawodzie aktora?
Joanna Szczepkowska: Ja myślę, że wierność sobie nie ma wiele wspólnego z zawodem, jaki się wykonuje. Każdy ma coś takiego, co można nazwać „ gustem życia”, i to go wiedzie. Dla mnie po prostu ta wierność wobec swojego gustu jest ważniejsza od pieniędzy.
Sz. C.: Czwarta żabka w bajkach? Pisze Pani, że nie marzyła o karierze: to dosyć nietypowe w sytuacji, w której staje się w świetle reflektorów…
J. Sz.: Nigdy nie marzyłam o tzw. „karierze”. Wiem dobrze, że w to trudno uwierzyć, a nawet zrozumieć. Aktorka, która nie chce być sławna? W swojej autobiografii opisałam rozmowę z ojcem, który mi ponuro przepowiadał granie „czwartej żabki”. A mnie się ta żabka bardzo podobała. Po tej rozmowie cały czas myślałam, jakby taką żabkę zagrać. Dla mnie to po prostu zawód, który wiąże się z graniem, z wcielaniem się w różne postaci, a nie z tym, że ludzie mnie rozpoznają na ulicy. To postać powinni podziwiać, a nie mnie. Tak myślę o tym zawodzie od początku i nigdy jeszcze tego nie zmieniłam.
Sz. C.: Uwiódł mnie absolutnie cytat „pisanie to mój teatr. Pisząc, mogę wszystko”. Czy to oznacza, że scena ma swoje ograniczenia?
J. Sz.: Oczywiście. Teatr to zawsze efekt kompromisu między gustem autora, reżysera, scenografa i aktora. Czasem te światy się zgadzają, ale bywa, że trudno się podpisać pod spektaklem, w którym się gra. Pod tym względem pisanie daje więcej swobody. Z drugiej strony spektakl to często niepowtarzalne przeżycie.
Sz. C.: Goła Baba to monodram pokazywany w różnych miejscach na świecie. Dokąd udało się go zabrać?
J. Sz.: Och, naprawdę daleko. Grałam w Ameryce, w Australii, w Izraelu, w Holandii… No i w całej Polsce. Gołą Babę ogląda już kolejne pokolenie.
Sz. C.: Jakie więc różnice w odbiorze Gołej Baby napotkała Pani w poszczególnych krajach? Jak to jest, grać jeden spektakl tyle czasu?
J. Sz.: Różnice są ogromne. Ta sztuka ma dwie części całkiem od siebie różne. W Kanadzie nie bardzo rozumieli pierwszą, subtelną część, za to szaleli z radości na tej drugiej, bardzo rubasznej. W Izraelu odwrotnie: lepiej przyjęto poetycką część, a drugą w milczeniu. W tym spektaklu publiczność jest właściwie jednym z bohaterów wieczoru.
Sz. C.: Chce Pani, żeby widzowie patrzyli na postać, a przecież w Damie z Parasolką Joanny Szczepkowskiej jest mnóstwo…
J. Sz.: To prawda. Dużo wzięłam z własnej wrażliwości. Ale mówiąc o „ sławie”, mówię o zwracaniu na siebie uwagi poza rolami, w tym całym plotkarsko-biznesowym świecie. Ja go nie rozumiem i nie przyjmuję. Szkoda życia na to.
Sz. C.: Trudno o bardziej nośny tytuł niż Goła Baba. Lubi Pani prowokować?
J. Sz.: Wbrew pozorom bardzo nie lubię. Jestem cichą osobą, choć wiele z medialnych doniesień temu przeczy. A tytuł Goła Baba jest ważnym elementem sztuki. Tak właśnie reklamuje się jedna z dwóch postaci, które gram. Wszystko zaczyna się od tego właśnie tytułu.
Sz. C.: Goła Baba wyprzedza rzeczywistość. Czy gdyby powstawała dzisiaj, coś by Pani zmieniła?
J. Sz.: To dziwne, ale nic! Dwadzieścia lat temu, kiedy odbyła się premiera, miałam wrażenie, że jest bardzo aktualna, chociaż przecież żadna z postaci nie mówi bardzo współczesnym językiem, tylko takim trochę stylizowanym. A obecnie wszyscy zwracają uwagę na to, że ten tekst mógłby równie dobrze powstać dzisiaj.
Sz. C.: Nie lubi Pani śmiechu? W jednym z felietonów pojawia się Człowiek Uśmiechnięty, typ szczęśliwego idioty, konsumpcjonisty. Goła Baba śmieje się bardzo jarmarcznie. Śmiech kojarzy się z rechotem?
J. Sz.: Uwielbiam śmiech!!! Ja bym się ciągle śmiała, gdyby było z czego! Ale są po prostu różne śmiechy. Są też różne cisze.
Sz. C.: Teatr to dla Pani ucieczka od felietonów…
J. Sz.: To są dwa zupełnie różne światy. Nie jest łatwo godzić publicystykę ze sztuką, bo to właściwie całkiem przeciwne dziedziny. W sztuce wprowadza się odbiorcę w świat wymyślony, w publicystyce odwrotnie, sprowadza się ludzi na ziemię. Ale ja wcale nie chcę żyć samą sztuką. Ziemia jest jednak chyba ważniejsza.
Sz. C.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiały Iza Mikrut i Basia Englender tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z Joanną Szczepkowską
Sztajgerowy Cajtung: Jedną z najważniejszych wartości jest dla Pani wierność sobie. Czy możliwa jest do dotrzymania dzisiaj, zwłaszcza w zawodzie aktora?
Joanna Szczepkowska: Ja myślę, że wierność sobie nie ma wiele wspólnego z zawodem, jaki się wykonuje. Każdy ma coś takiego, co można nazwać „ gustem życia”, i to go wiedzie. Dla mnie po prostu ta wierność wobec swojego gustu jest ważniejsza od pieniędzy.
Sz. C.: Czwarta żabka w bajkach? Pisze Pani, że nie marzyła o karierze: to dosyć nietypowe w sytuacji, w której staje się w świetle reflektorów…
J. Sz.: Nigdy nie marzyłam o tzw. „karierze”. Wiem dobrze, że w to trudno uwierzyć, a nawet zrozumieć. Aktorka, która nie chce być sławna? W swojej autobiografii opisałam rozmowę z ojcem, który mi ponuro przepowiadał granie „czwartej żabki”. A mnie się ta żabka bardzo podobała. Po tej rozmowie cały czas myślałam, jakby taką żabkę zagrać. Dla mnie to po prostu zawód, który wiąże się z graniem, z wcielaniem się w różne postaci, a nie z tym, że ludzie mnie rozpoznają na ulicy. To postać powinni podziwiać, a nie mnie. Tak myślę o tym zawodzie od początku i nigdy jeszcze tego nie zmieniłam.
Sz. C.: Uwiódł mnie absolutnie cytat „pisanie to mój teatr. Pisząc, mogę wszystko”. Czy to oznacza, że scena ma swoje ograniczenia?
J. Sz.: Oczywiście. Teatr to zawsze efekt kompromisu między gustem autora, reżysera, scenografa i aktora. Czasem te światy się zgadzają, ale bywa, że trudno się podpisać pod spektaklem, w którym się gra. Pod tym względem pisanie daje więcej swobody. Z drugiej strony spektakl to często niepowtarzalne przeżycie.
Sz. C.: Goła Baba to monodram pokazywany w różnych miejscach na świecie. Dokąd udało się go zabrać?
J. Sz.: Och, naprawdę daleko. Grałam w Ameryce, w Australii, w Izraelu, w Holandii… No i w całej Polsce. Gołą Babę ogląda już kolejne pokolenie.
Sz. C.: Jakie więc różnice w odbiorze Gołej Baby napotkała Pani w poszczególnych krajach? Jak to jest, grać jeden spektakl tyle czasu?
J. Sz.: Różnice są ogromne. Ta sztuka ma dwie części całkiem od siebie różne. W Kanadzie nie bardzo rozumieli pierwszą, subtelną część, za to szaleli z radości na tej drugiej, bardzo rubasznej. W Izraelu odwrotnie: lepiej przyjęto poetycką część, a drugą w milczeniu. W tym spektaklu publiczność jest właściwie jednym z bohaterów wieczoru.
Sz. C.: Chce Pani, żeby widzowie patrzyli na postać, a przecież w Damie z Parasolką Joanny Szczepkowskiej jest mnóstwo…
J. Sz.: To prawda. Dużo wzięłam z własnej wrażliwości. Ale mówiąc o „ sławie”, mówię o zwracaniu na siebie uwagi poza rolami, w tym całym plotkarsko-biznesowym świecie. Ja go nie rozumiem i nie przyjmuję. Szkoda życia na to.
Sz. C.: Trudno o bardziej nośny tytuł niż Goła Baba. Lubi Pani prowokować?
J. Sz.: Wbrew pozorom bardzo nie lubię. Jestem cichą osobą, choć wiele z medialnych doniesień temu przeczy. A tytuł Goła Baba jest ważnym elementem sztuki. Tak właśnie reklamuje się jedna z dwóch postaci, które gram. Wszystko zaczyna się od tego właśnie tytułu.
Sz. C.: Goła Baba wyprzedza rzeczywistość. Czy gdyby powstawała dzisiaj, coś by Pani zmieniła?
J. Sz.: To dziwne, ale nic! Dwadzieścia lat temu, kiedy odbyła się premiera, miałam wrażenie, że jest bardzo aktualna, chociaż przecież żadna z postaci nie mówi bardzo współczesnym językiem, tylko takim trochę stylizowanym. A obecnie wszyscy zwracają uwagę na to, że ten tekst mógłby równie dobrze powstać dzisiaj.
Sz. C.: Nie lubi Pani śmiechu? W jednym z felietonów pojawia się Człowiek Uśmiechnięty, typ szczęśliwego idioty, konsumpcjonisty. Goła Baba śmieje się bardzo jarmarcznie. Śmiech kojarzy się z rechotem?
J. Sz.: Uwielbiam śmiech!!! Ja bym się ciągle śmiała, gdyby było z czego! Ale są po prostu różne śmiechy. Są też różne cisze.
Sz. C.: Teatr to dla Pani ucieczka od felietonów…
J. Sz.: To są dwa zupełnie różne światy. Nie jest łatwo godzić publicystykę ze sztuką, bo to właściwie całkiem przeciwne dziedziny. W sztuce wprowadza się odbiorcę w świat wymyślony, w publicystyce odwrotnie, sprowadza się ludzi na ziemię. Ale ja wcale nie chcę żyć samą sztuką. Ziemia jest jednak chyba ważniejsza.
Sz. C.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiały Iza Mikrut i Basia Englender tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
piątek, 29 lipca 2016
Tyjater kery godo
Tyjater kery godo
nowy cykl w ChTO
Część z nas pamięta jeszcze czasy, w których „godanie” w szkołach było jednogłośnie potępiane przez nauczycieli i rodziców. Teraz śląskość nie tylko wróciła do łask, ale i stała się modna jako wyróżnik tożsamości regionalnej. Ludzie mieszkający tutaj, niezależnie od pochodzenia, zaczęli oficjalnie doceniać dziedzictwo kulturowe, tradycję, zwyczaje i obrzędy kultywowane przez poprzednie pokolenia. Śląskość wreszcie może być powodem do dumy. Powstają (mimo braku jednoznacznych wskazówek czy reguł) książki po śląsku, śląskość wychodzi z kiczowatego stereotypu biesiadności, chociaż sporo dla podtrzymania tego akurat obrazka zrobiły dawne telewizyjne produkcje rozrywkowe. Bycie Ślązakiem równa się dziś wysokiemu poczuciu własnej wartości. Do szkół trafiają programy z zakresu edukacji regionalnej, studia humanistyczne wychodzą naprzeciw oczekiwaniom młodych ludzi i otwierają specjalne kierunki poświęcone śląskości: do niedawna ten temat był zaledwie jednym z wielu poruszanych szczątkowo w ramach dialektologii. Śląskość się ceni. Nic dziwnego, że wkracza i do teatrów, a spektakle odnoszące się do tutejszej kultury, historii czy obyczajowości wcale nie są kierowane do wąskiej grupy odbiorców.
Od lat nie tylko na Śląsku to Cholonek Teatru Korez jest przedstawieniem z gatunku tych, które absolutnie trzeba zobaczyć. Grany przy kompletach publiczności stał się spektaklem, na który zabiera się rodziny, znajomych oraz przyjaciół spoza regionu po to, by zrozumieli. Fragmenty z książki Janoscha ułożone w zgrabną i burzliwą momentami opowieść przełożone na śląski („wygodane”) zapewniają widzom familiarną atmosferę i to mimo nieidealnych bohaterów. Tu wszyscy mają swoje wady, ale w obliczu wielkiej historii stają się bliscy odbiorcom. Obyczajowe scenki z życia, na kształt sagi rodzinnej, prezentuje Marika Teatru Naumionego z Ornontowic: tutaj to aktorzy-amatorzy odnoszą się do mentalności miejscowych i do obyczajowości, często komicznej czy nawet nieco rubasznej. Ale Śląsk zabawny to wcale nie Śląsk ośmieszany: humor w każdym przypadku jest dobroduszny i pozostawia miejsce na refleksję. W Piątej stronie świata Teatru Śląskiego (na podstawie autobiograficznej książki Kazimierza Kutza) gorycz dochodzi do głosu znacznie częściej, ale i tu nie brakuje radości. Śląskość nie zamienia się w sztandar (na przekór tym, którzy w sztuce chcieliby widzieć wyłącznie politykę), otwiera pole do popisu dla twórców żartów, umożliwia połączenie widzów w śmiechu i we wzruszeniach. Co ciekawe, katowickie teatry repertuarowe nie zamykają się na odbiorców z zewnątrz: i Cholonek, i Piąta strona świata, chociaż godane, trafiają również do nie-Ślązaków, dają się zrozumieć i dzięki świadomości historycznej, i za sprawą silnych emocji bijących ze sceny. Nie chodzi przecież o proste przełożenie tekstu: liczy się wskazanie odbiorcom za pomocą czytelnych symboli i ról idei bycia Ślązakiem. A chociaż niepotrzebnie brzmi to górnolotnie i sentymentalnie, zjawisko działa i ma się coraz lepiej. Nie da się w tekście o niewielkiej objętości przygotować pełnego przeglądu śląskiej oferty, która zresztą robi się coraz bardziej zróżnicowana. Marian Makula w swoim Teatrze Górnośląskim stawia na kabaretowe przekłady na śląski znanych dzieł i czystą zabawę dla widzów, konkurs na jednoaktówkę po śląsku wyłania interesujących autorów i może prowadzić do wzbogacania repertuarów teatrów (już przecież Teatr Reduta Śląska przygotował na podstawie trzech utworów dostrzeżonych w tym konkursie spektakl Rajzentasza). Każdy może znaleźć coś dla siebie, bez względu na estetyczne i tematyczne preferencje. Nastawienie na śląskość lub tematy lokalne otwiera nowe możliwości działania reżyserom i grupom teatralnym. Nieprzypadkowo więc w dziesiątym sezonie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego pojawia się cykl Tyjater kery godo, cykl, którego nazwa, jak zaznacza Naczelny Ogrodnik, wyjaśnia wszystko. To dla widzów okazja do lepszego poznawania oferty regionalnej tutejszych teatrów, przy czym likwiduje się podział na amatorskie i zawodowe, kryterium doboru spektakli (jedynym, choć i bezlitosnym) jest ich jakość. Wystarczy zaznaczyć, że Kopidoł Teatru Naumionego przebojem wdarł się do głównego programu ChTO, a od premiery (11 lutego 2016 roku) zbiera entuzjastyczne recenzje: w ChCK będzie można zobaczyć go 22 lipca, zainauguruje też cały cykl, wysoko stawiając poprzeczkę. Jako drugi w serii pojawi się Stary klamor w dziadkowym szranku Teatru Reduta Śląska, spektakl jeszcze młodszy (premiera 30 czerwca 2016). A cykl będzie się rozrastał.
Śląsk w kabarecie czy sitcomie bywa sprowadzany do szkodliwych stereotypów i boleśnie upraszczany. W teatrze może zyskać pełną paletę barw: tu ożywają dawniej pielęgnowane zwyczaje, odzywają się dylematy poprzednich pokoleń, kształtujące świadomość regionalną, ale też głos zyskują proste, codzienne troski czy uciechy. Śląskość objawia się w słowach i obrazach, a to gwarancja budzenia żywych emocji, esencji teatru. (IM)
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
nowy cykl w ChTO
Część z nas pamięta jeszcze czasy, w których „godanie” w szkołach było jednogłośnie potępiane przez nauczycieli i rodziców. Teraz śląskość nie tylko wróciła do łask, ale i stała się modna jako wyróżnik tożsamości regionalnej. Ludzie mieszkający tutaj, niezależnie od pochodzenia, zaczęli oficjalnie doceniać dziedzictwo kulturowe, tradycję, zwyczaje i obrzędy kultywowane przez poprzednie pokolenia. Śląskość wreszcie może być powodem do dumy. Powstają (mimo braku jednoznacznych wskazówek czy reguł) książki po śląsku, śląskość wychodzi z kiczowatego stereotypu biesiadności, chociaż sporo dla podtrzymania tego akurat obrazka zrobiły dawne telewizyjne produkcje rozrywkowe. Bycie Ślązakiem równa się dziś wysokiemu poczuciu własnej wartości. Do szkół trafiają programy z zakresu edukacji regionalnej, studia humanistyczne wychodzą naprzeciw oczekiwaniom młodych ludzi i otwierają specjalne kierunki poświęcone śląskości: do niedawna ten temat był zaledwie jednym z wielu poruszanych szczątkowo w ramach dialektologii. Śląskość się ceni. Nic dziwnego, że wkracza i do teatrów, a spektakle odnoszące się do tutejszej kultury, historii czy obyczajowości wcale nie są kierowane do wąskiej grupy odbiorców.
Od lat nie tylko na Śląsku to Cholonek Teatru Korez jest przedstawieniem z gatunku tych, które absolutnie trzeba zobaczyć. Grany przy kompletach publiczności stał się spektaklem, na który zabiera się rodziny, znajomych oraz przyjaciół spoza regionu po to, by zrozumieli. Fragmenty z książki Janoscha ułożone w zgrabną i burzliwą momentami opowieść przełożone na śląski („wygodane”) zapewniają widzom familiarną atmosferę i to mimo nieidealnych bohaterów. Tu wszyscy mają swoje wady, ale w obliczu wielkiej historii stają się bliscy odbiorcom. Obyczajowe scenki z życia, na kształt sagi rodzinnej, prezentuje Marika Teatru Naumionego z Ornontowic: tutaj to aktorzy-amatorzy odnoszą się do mentalności miejscowych i do obyczajowości, często komicznej czy nawet nieco rubasznej. Ale Śląsk zabawny to wcale nie Śląsk ośmieszany: humor w każdym przypadku jest dobroduszny i pozostawia miejsce na refleksję. W Piątej stronie świata Teatru Śląskiego (na podstawie autobiograficznej książki Kazimierza Kutza) gorycz dochodzi do głosu znacznie częściej, ale i tu nie brakuje radości. Śląskość nie zamienia się w sztandar (na przekór tym, którzy w sztuce chcieliby widzieć wyłącznie politykę), otwiera pole do popisu dla twórców żartów, umożliwia połączenie widzów w śmiechu i we wzruszeniach. Co ciekawe, katowickie teatry repertuarowe nie zamykają się na odbiorców z zewnątrz: i Cholonek, i Piąta strona świata, chociaż godane, trafiają również do nie-Ślązaków, dają się zrozumieć i dzięki świadomości historycznej, i za sprawą silnych emocji bijących ze sceny. Nie chodzi przecież o proste przełożenie tekstu: liczy się wskazanie odbiorcom za pomocą czytelnych symboli i ról idei bycia Ślązakiem. A chociaż niepotrzebnie brzmi to górnolotnie i sentymentalnie, zjawisko działa i ma się coraz lepiej. Nie da się w tekście o niewielkiej objętości przygotować pełnego przeglądu śląskiej oferty, która zresztą robi się coraz bardziej zróżnicowana. Marian Makula w swoim Teatrze Górnośląskim stawia na kabaretowe przekłady na śląski znanych dzieł i czystą zabawę dla widzów, konkurs na jednoaktówkę po śląsku wyłania interesujących autorów i może prowadzić do wzbogacania repertuarów teatrów (już przecież Teatr Reduta Śląska przygotował na podstawie trzech utworów dostrzeżonych w tym konkursie spektakl Rajzentasza). Każdy może znaleźć coś dla siebie, bez względu na estetyczne i tematyczne preferencje. Nastawienie na śląskość lub tematy lokalne otwiera nowe możliwości działania reżyserom i grupom teatralnym. Nieprzypadkowo więc w dziesiątym sezonie Chorzowskiego Teatru Ogrodowego pojawia się cykl Tyjater kery godo, cykl, którego nazwa, jak zaznacza Naczelny Ogrodnik, wyjaśnia wszystko. To dla widzów okazja do lepszego poznawania oferty regionalnej tutejszych teatrów, przy czym likwiduje się podział na amatorskie i zawodowe, kryterium doboru spektakli (jedynym, choć i bezlitosnym) jest ich jakość. Wystarczy zaznaczyć, że Kopidoł Teatru Naumionego przebojem wdarł się do głównego programu ChTO, a od premiery (11 lutego 2016 roku) zbiera entuzjastyczne recenzje: w ChCK będzie można zobaczyć go 22 lipca, zainauguruje też cały cykl, wysoko stawiając poprzeczkę. Jako drugi w serii pojawi się Stary klamor w dziadkowym szranku Teatru Reduta Śląska, spektakl jeszcze młodszy (premiera 30 czerwca 2016). A cykl będzie się rozrastał.
Śląsk w kabarecie czy sitcomie bywa sprowadzany do szkodliwych stereotypów i boleśnie upraszczany. W teatrze może zyskać pełną paletę barw: tu ożywają dawniej pielęgnowane zwyczaje, odzywają się dylematy poprzednich pokoleń, kształtujące świadomość regionalną, ale też głos zyskują proste, codzienne troski czy uciechy. Śląskość objawia się w słowach i obrazach, a to gwarancja budzenia żywych emocji, esencji teatru. (IM)
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
środa, 27 lipca 2016
Kopidoł - druga recenzja
Pociecha
Jak to możliwe? Jeszcze przed chwilą jadł rosół (na gęsi, żeby był tłustszy!), jeszcze przed chwilą uczył grać w karty najmłodszego w rodzinie Mikołaja, i nagle umarł? Wprawdzie miał 98 lat, ale przecież to wokół niego toczyło się codzienne życie. Nawet jeśli był momentami jak stary mebel, to i tak po jego śmierci zmieniło się wszystko.
Śmierć, na którą w popkulturze od dawna nie ma już miejsca, ta najbardziej naturalna i oczywista śmierć ze starości, stanowi bardzo ważny element cementujący społeczeństwa i Śląsk pod tym względem wcale nie jest (i być nie może) wyjątkiem. Ale w Kopidole Teatru Naumionego z Ornontowic to właśnie śmierć na Śląsku stanowi okazję do obyczajowej wędrówki w czasie. Ludzie tracą kogoś bliskiego i poważanego. Zyskują za to świadomość przedziwnej wspólnoty, budowanej na bazie obrzędów, zwyczajów, a nawet przesądów. Śmierć doprowadza do paradoksu: w żyjących uruchamia automatyzm krzepiących i prostych gestów, ale wyzwala także szczerość absolutną. Z jednej strony krewni wiedzą, że teraz czekają ich wyrzeczenia (trzy miesiące bez imprez!), z drugiej czerpią pociechę z bycia razem, wspominania czy rozmodlonych śpiewów. To im potrzebne, to tworzy tożsamość. Jest w pierwszej fazie mechaniczne i odruchowe (a kto się wyłamie, naraża się na śmieszność i obgadywanie), w drugiej robi się głębokie. W Kopidole jedna śmierć ma różne zadania. Najważniejsze jest uwypuklenie rodzinnych charakterów. Egoistyczna córka zmarłego okazuje się być pozbawiona wszelkich skrupułów, a jej kodeks moralny pozostawia wiele do życzenia. Za to synowa, typ małomiasteczkowej i wścibskiej pedantycznej gospodyni, nagle bierze na siebie najtrudniejsze obowiązki przy zmarłym (co ciekawe, role mężów, chociaż skontrastowane, tracą na znaczeniu przy wcieleniach pań). W efekcie przesuwa się akcent komiczny i kumuluje w postaci, która łamie niepisane zasady. W Kopidole starsze pokolenia tłumaczą młodszym, co i dlaczego należy zrobić przy nieboszczyku. To, że pogrzeb planuje się na dziewiątą a nie na ósmą (bo autobus przyjeżdża), nie liczy się w kontekście mnogości zajęć. Kolejne źródła smutnej pociechy: działania, czasem dziwne, a czasem zabobonne, pomagają w przeżywaniu żałoby. Wiele zwyczajów pada ze sceny, część w zwykłych rozmowach, część w gestach: i to z punktu widzenia odbiorcy staje się najciekawsze. I mycie ciała, i ubieranie zmarłego do trumny zostało pokazane prosto i szalenie przez to esencjonalnie. A i tak najbardziej przejmujący jest motyw pożegnania młodego Mikołaja z dziadkiem. Bo Mikołaj nie zajmuje się narzuconymi sposobami postępowania, działa, jak podpowiada mu serce (nieprzypadkowo to on odkrywa śmierć). Nic dziwnego, że opa będzie za nim tęsknił, bo zbyt mało czasu ze sobą spędzili.
Pierwsza część spektaklu to uroczo obyczajowa karykatura. Pod lupę wzięte zostały ludzkie charaktery, postawy i przekonania. Joanna Sodzawiczny zderza ze sobą stereotypy z różnych płaszczyzn: gospodarność i domową krzątaninę przeciwstawia ciągłym wojażom i lekkoduchostwu, przechwałki i licytacje, kto ma lepiej, konfrontuje z dziecięcą szczerością: pociechy w pogoni za sensacją i bezmyślnej paplaninie wkopią mamuńcię i tatuńcia bez świadomości, co objawia się w ich radosnym szczebiocie. Autorka dodaje jeszcze kolejne linie komizmu, już od środka w poszczególnych związkach. Są więc mąż-pantoflarz i mąż zobojętniały na pomysły połowicy, ten, który w spokoju i równowadze szuka ucieczki od gderania. To wszystko zmienia się w powagę, ale nie ma obaw: silne charaktery pozostają i przebiją się nawet przez żałobne tony. Druga część spektaklu jest bowiem rejestrem obrzędów i obyczajów. Nie pojawia się wyliczanka, poszczególne komentarze czy wyjaśnienia są zgrabnie wtopione w kolejne sceny, czy to przy myciu i ubieraniu ciała do trumny, czy przy modlitwach, czy w scenie pogrzebu i stypy. Dramaturgicznie nie dzieje się tu wiele (chociaż długie śpiewy a capella, jedno- i wielogłosowe wystarczają do stworzenia odpowiedniego klimatu.
Natomiast trzecia część spektaklu to już indywidualny popis Bartłomieja Garusa. Mimo że w obrazku i pomysłach reżyserskich rozwiązania są tu godne pochwały (budowanie następnego planu w scenie stypy, szczękanie sztućców i gwar, chociaż na stole jest tylko dzbanek z wodą i puste naczynia), to Kopidoł ponownie skupia całą uwagę. Kopidoł staje się tu prawdziwym łącznikiem między światami: animuje lalkę, duszę zmarłego. Dotąd Garus był komediowy (gdy brał miarę z potencjalnych klientów, bo przełamywanie granicy i strachu przed śmiercią często działa komicznie), lub refleksyjny (gdy akcentował podstawową prawdę, nieuświadamianą na co dzień)Kiedy staje się opiekunem lalki, tworzy z nią jeden organizm: patrzy w tę samą stronę, zmienia głos i wydaje się, że najlepiej rozumie to, czego reszta bohaterów jeszcze nie wie.
Kopidoł jest grany po śląsku (i parę razy aktorzy mówili zbyt szybko, żeby z ich słów wyłowić sens), ale ponieważ odnosi się do spraw uniwersalnych, zrozumiały jest również dla ludzi spoza regionu. Z pewnością Ślązacy zyskają w spektaklu dodatkowe źródło zachwytów, lecz i bez tego całość można obejrzeć bez przykrości i znudzenia.
Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Jak to możliwe? Jeszcze przed chwilą jadł rosół (na gęsi, żeby był tłustszy!), jeszcze przed chwilą uczył grać w karty najmłodszego w rodzinie Mikołaja, i nagle umarł? Wprawdzie miał 98 lat, ale przecież to wokół niego toczyło się codzienne życie. Nawet jeśli był momentami jak stary mebel, to i tak po jego śmierci zmieniło się wszystko.
Śmierć, na którą w popkulturze od dawna nie ma już miejsca, ta najbardziej naturalna i oczywista śmierć ze starości, stanowi bardzo ważny element cementujący społeczeństwa i Śląsk pod tym względem wcale nie jest (i być nie może) wyjątkiem. Ale w Kopidole Teatru Naumionego z Ornontowic to właśnie śmierć na Śląsku stanowi okazję do obyczajowej wędrówki w czasie. Ludzie tracą kogoś bliskiego i poważanego. Zyskują za to świadomość przedziwnej wspólnoty, budowanej na bazie obrzędów, zwyczajów, a nawet przesądów. Śmierć doprowadza do paradoksu: w żyjących uruchamia automatyzm krzepiących i prostych gestów, ale wyzwala także szczerość absolutną. Z jednej strony krewni wiedzą, że teraz czekają ich wyrzeczenia (trzy miesiące bez imprez!), z drugiej czerpią pociechę z bycia razem, wspominania czy rozmodlonych śpiewów. To im potrzebne, to tworzy tożsamość. Jest w pierwszej fazie mechaniczne i odruchowe (a kto się wyłamie, naraża się na śmieszność i obgadywanie), w drugiej robi się głębokie. W Kopidole jedna śmierć ma różne zadania. Najważniejsze jest uwypuklenie rodzinnych charakterów. Egoistyczna córka zmarłego okazuje się być pozbawiona wszelkich skrupułów, a jej kodeks moralny pozostawia wiele do życzenia. Za to synowa, typ małomiasteczkowej i wścibskiej pedantycznej gospodyni, nagle bierze na siebie najtrudniejsze obowiązki przy zmarłym (co ciekawe, role mężów, chociaż skontrastowane, tracą na znaczeniu przy wcieleniach pań). W efekcie przesuwa się akcent komiczny i kumuluje w postaci, która łamie niepisane zasady. W Kopidole starsze pokolenia tłumaczą młodszym, co i dlaczego należy zrobić przy nieboszczyku. To, że pogrzeb planuje się na dziewiątą a nie na ósmą (bo autobus przyjeżdża), nie liczy się w kontekście mnogości zajęć. Kolejne źródła smutnej pociechy: działania, czasem dziwne, a czasem zabobonne, pomagają w przeżywaniu żałoby. Wiele zwyczajów pada ze sceny, część w zwykłych rozmowach, część w gestach: i to z punktu widzenia odbiorcy staje się najciekawsze. I mycie ciała, i ubieranie zmarłego do trumny zostało pokazane prosto i szalenie przez to esencjonalnie. A i tak najbardziej przejmujący jest motyw pożegnania młodego Mikołaja z dziadkiem. Bo Mikołaj nie zajmuje się narzuconymi sposobami postępowania, działa, jak podpowiada mu serce (nieprzypadkowo to on odkrywa śmierć). Nic dziwnego, że opa będzie za nim tęsknił, bo zbyt mało czasu ze sobą spędzili.
Pierwsza część spektaklu to uroczo obyczajowa karykatura. Pod lupę wzięte zostały ludzkie charaktery, postawy i przekonania. Joanna Sodzawiczny zderza ze sobą stereotypy z różnych płaszczyzn: gospodarność i domową krzątaninę przeciwstawia ciągłym wojażom i lekkoduchostwu, przechwałki i licytacje, kto ma lepiej, konfrontuje z dziecięcą szczerością: pociechy w pogoni za sensacją i bezmyślnej paplaninie wkopią mamuńcię i tatuńcia bez świadomości, co objawia się w ich radosnym szczebiocie. Autorka dodaje jeszcze kolejne linie komizmu, już od środka w poszczególnych związkach. Są więc mąż-pantoflarz i mąż zobojętniały na pomysły połowicy, ten, który w spokoju i równowadze szuka ucieczki od gderania. To wszystko zmienia się w powagę, ale nie ma obaw: silne charaktery pozostają i przebiją się nawet przez żałobne tony. Druga część spektaklu jest bowiem rejestrem obrzędów i obyczajów. Nie pojawia się wyliczanka, poszczególne komentarze czy wyjaśnienia są zgrabnie wtopione w kolejne sceny, czy to przy myciu i ubieraniu ciała do trumny, czy przy modlitwach, czy w scenie pogrzebu i stypy. Dramaturgicznie nie dzieje się tu wiele (chociaż długie śpiewy a capella, jedno- i wielogłosowe wystarczają do stworzenia odpowiedniego klimatu.
Natomiast trzecia część spektaklu to już indywidualny popis Bartłomieja Garusa. Mimo że w obrazku i pomysłach reżyserskich rozwiązania są tu godne pochwały (budowanie następnego planu w scenie stypy, szczękanie sztućców i gwar, chociaż na stole jest tylko dzbanek z wodą i puste naczynia), to Kopidoł ponownie skupia całą uwagę. Kopidoł staje się tu prawdziwym łącznikiem między światami: animuje lalkę, duszę zmarłego. Dotąd Garus był komediowy (gdy brał miarę z potencjalnych klientów, bo przełamywanie granicy i strachu przed śmiercią często działa komicznie), lub refleksyjny (gdy akcentował podstawową prawdę, nieuświadamianą na co dzień)Kiedy staje się opiekunem lalki, tworzy z nią jeden organizm: patrzy w tę samą stronę, zmienia głos i wydaje się, że najlepiej rozumie to, czego reszta bohaterów jeszcze nie wie.
Kopidoł jest grany po śląsku (i parę razy aktorzy mówili zbyt szybko, żeby z ich słów wyłowić sens), ale ponieważ odnosi się do spraw uniwersalnych, zrozumiały jest również dla ludzi spoza regionu. Z pewnością Ślązacy zyskają w spektaklu dodatkowe źródło zachwytów, lecz i bez tego całość można obejrzeć bez przykrości i znudzenia.
Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
wtorek, 26 lipca 2016
Kopidoł
22 lipca, godz. 19:00
w Chorzowskim Centrum Kultury
Kopidoł
Teatr Naumiony (Ornontowice)
cykl: TYJATER KERY GODO
(nowy cykl, w ramach którego na ChTO będą się pojawiać starannie wybierane spektakle grane po śląsku)
tekst: Joanna Sodzawiczny
reżyseria: Iwona Woźniak
asystent reżysera, sufler, konsultant do spraw językowych: Teresa Machulik
scenografia i kostiumy: Sabina Baron
charakteryzacja: Helena Chwałek
przygotowanie muzyczne: Nina Wolska, Paweł Łebek
reżyseria świateł: Marcin Thomann
na scenie: Bronisława Porembska, Jolanta Sodzawiczny, Magdalena Owczarek, Beata Kniejska, Stefan Owczarek, Józef Ignasiak, Joanna Sodzawiczny, Joanna Wiaterek, Sylwia Zajusz, Karolina Jaworska, Karolina Sosna, Patryk Skolik, Dominik Sodzawiczny, Łukasz Domin, Łukasz Gocal, w roli Kopidoła: Bartłomiej Garus
czas trwania: 70 minut
z materiałów prasowych:
Historia kopidoła (grabarza) i jego rodziny osadzona w połowie XX wieku na terenie wioski na Górnym Śląsku. Tragikomiczna opowieść o losach wielopokoleniowej rodziny, w której codzienność zakłóca śmierć seniora rodu. W przedstawieniu wykorzystano obrzędy pogrzebowe, które jeszcze do niedawna kultywowano na Śląsku, a także stare pieśni pogrzebowe śpiewane w domach. Całość zagrana po śląsku. Pomimo bardzo poważnej tematyki spektakl utrzymany jest w konwencji tragikomedii, gdzie dość zabawne perypetie rodzinne przeplatają się z śląską obrzędowością.
Wejściówki w cenie 20 zł dostępne w sieci ticketportal
http://www.ticketportal.pl/podujatie_search.asp?id=94864
oraz w kasie ChCK (tel. 32 349 78 63)
w Chorzowskim Centrum Kultury
Kopidoł
Teatr Naumiony (Ornontowice)
cykl: TYJATER KERY GODO
(nowy cykl, w ramach którego na ChTO będą się pojawiać starannie wybierane spektakle grane po śląsku)
tekst: Joanna Sodzawiczny
reżyseria: Iwona Woźniak
asystent reżysera, sufler, konsultant do spraw językowych: Teresa Machulik
scenografia i kostiumy: Sabina Baron
charakteryzacja: Helena Chwałek
przygotowanie muzyczne: Nina Wolska, Paweł Łebek
reżyseria świateł: Marcin Thomann
na scenie: Bronisława Porembska, Jolanta Sodzawiczny, Magdalena Owczarek, Beata Kniejska, Stefan Owczarek, Józef Ignasiak, Joanna Sodzawiczny, Joanna Wiaterek, Sylwia Zajusz, Karolina Jaworska, Karolina Sosna, Patryk Skolik, Dominik Sodzawiczny, Łukasz Domin, Łukasz Gocal, w roli Kopidoła: Bartłomiej Garus
czas trwania: 70 minut
z materiałów prasowych:
Historia kopidoła (grabarza) i jego rodziny osadzona w połowie XX wieku na terenie wioski na Górnym Śląsku. Tragikomiczna opowieść o losach wielopokoleniowej rodziny, w której codzienność zakłóca śmierć seniora rodu. W przedstawieniu wykorzystano obrzędy pogrzebowe, które jeszcze do niedawna kultywowano na Śląsku, a także stare pieśni pogrzebowe śpiewane w domach. Całość zagrana po śląsku. Pomimo bardzo poważnej tematyki spektakl utrzymany jest w konwencji tragikomedii, gdzie dość zabawne perypetie rodzinne przeplatają się z śląską obrzędowością.
Wejściówki w cenie 20 zł dostępne w sieci ticketportal
http://www.ticketportal.pl/podujatie_search.asp?id=94864
oraz w kasie ChCK (tel. 32 349 78 63)
niedziela, 24 lipca 2016
Recenzja z Kopidoła
Pochówek
recenzja Kopidoła
Życie to ciąg pewnych zdarzeń. Niesie za sobą różne zachowania, jak również potrzebę przynależności do społeczności. Czy to w pierwotnej, czy też wtórnej człowiek stara się wypaść jak najlepiej. Trwając w ciągłym biegu, nie zastanawiamy się, jak zakończy się nasza historia. Jesteśmy tak zajęci sprawami przyziemnymi, iż nie zdajemy sobie sprawy, że „na koniec to i tak będzie nam potrzebny kopidoł”.
Spektakl w reżyserii Iwony Woźniak wystawiony przez Teatr Naumiony nawiązuje nie tylko do śląskich obyczajów. Można się w nim doczytać innych interpretacji, co czyni ten spektakl godnym uwagi. Na pierwszy rzut oka przedstawiona historia rodziny wielopokoleniowej wy- daje się przewidywalna dla widza. Na pozór zżyta rodzina zostaje postawiona przed trudnościami związanymi ze śmiercią seniora rodu. Jedność rodziny weryfikuje czas. Po jego upływie widz dostrzega sprzeczki pomiędzy młodszym jak i starszym rodzeństwem. Rodzice młodszych początkowo spierali się, kto miał lepsze wakacje. W miarę rozwoju dyskusji żadna ze stron nie widziała problemu w ubarwianiu swoich historii. Po śmierci opy panie domu przeniosły swoją rywalizację na ubiór nieboszczyka. Młodzież zachowuje się trochę inaczej od starszego pokolenia. Dorastające dziewczęta rozmyślają o różnego rodzaju imprezach, a relacje pomiędzy siostrami a kuzynkami wydają się sztuczne. Godną uwagi postacią jest najmłodszy członek rodziny, Mikołaj. Ze względu na jego młody wiek lekceważyła go cała rodzina, nie zauważając, że to on był osobą, która poznała najlepiej opę i szczerze przeżywa jego stratę. W dalszej części przedstawienia familia jest dokładnie instruowana przez gospodynię, jak będzie wyglądać uroczystość pochówku opy. Nikt nie podważa postanowień kobiety, jednak wśród młodzieży zauważyć można niepewność. Pogrzeb oraz stypa zorganizowane były według śląskich obyczajów tak, aby mała, wiejska społeczność nie miała powodów do plotkowania. Postacią najbardziej charyzmatyczną i przyciągającą uwagę okazał się tytułowy Kopidoł, w którego wcielił się Bartłomiej Garus. Grabarz w czasie spektaklu podejmuje się kilku funkcji: narratora, obserwatora, łącznika między dwoma światami, jak i oczywiście kopidoła. Przez cały ten okres przechadza się po scenie, przysiada wśród widowni i bacznie przygląda się akcji. Rodzina traktuje go jak powietrze, osobę zbędną, wręcz niedotykalną. Przez to staje się postacią kluczową dla całej historii. Zastosowana w spektaklu groteska, ironia oraz sarkazm nadaje sztuce wyjątkowego nastroju, a tekst Joanny Sodzawiczny jest zrozumiały dla każdego, nie tylko dla rodowitego Ślązaka. To wszystko, jak również wspaniałe kostiumy oraz scenografia, składa się na naprawdę dopracowaną całość.
Karina Dąbek
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
recenzja Kopidoła
Życie to ciąg pewnych zdarzeń. Niesie za sobą różne zachowania, jak również potrzebę przynależności do społeczności. Czy to w pierwotnej, czy też wtórnej człowiek stara się wypaść jak najlepiej. Trwając w ciągłym biegu, nie zastanawiamy się, jak zakończy się nasza historia. Jesteśmy tak zajęci sprawami przyziemnymi, iż nie zdajemy sobie sprawy, że „na koniec to i tak będzie nam potrzebny kopidoł”.
Spektakl w reżyserii Iwony Woźniak wystawiony przez Teatr Naumiony nawiązuje nie tylko do śląskich obyczajów. Można się w nim doczytać innych interpretacji, co czyni ten spektakl godnym uwagi. Na pierwszy rzut oka przedstawiona historia rodziny wielopokoleniowej wy- daje się przewidywalna dla widza. Na pozór zżyta rodzina zostaje postawiona przed trudnościami związanymi ze śmiercią seniora rodu. Jedność rodziny weryfikuje czas. Po jego upływie widz dostrzega sprzeczki pomiędzy młodszym jak i starszym rodzeństwem. Rodzice młodszych początkowo spierali się, kto miał lepsze wakacje. W miarę rozwoju dyskusji żadna ze stron nie widziała problemu w ubarwianiu swoich historii. Po śmierci opy panie domu przeniosły swoją rywalizację na ubiór nieboszczyka. Młodzież zachowuje się trochę inaczej od starszego pokolenia. Dorastające dziewczęta rozmyślają o różnego rodzaju imprezach, a relacje pomiędzy siostrami a kuzynkami wydają się sztuczne. Godną uwagi postacią jest najmłodszy członek rodziny, Mikołaj. Ze względu na jego młody wiek lekceważyła go cała rodzina, nie zauważając, że to on był osobą, która poznała najlepiej opę i szczerze przeżywa jego stratę. W dalszej części przedstawienia familia jest dokładnie instruowana przez gospodynię, jak będzie wyglądać uroczystość pochówku opy. Nikt nie podważa postanowień kobiety, jednak wśród młodzieży zauważyć można niepewność. Pogrzeb oraz stypa zorganizowane były według śląskich obyczajów tak, aby mała, wiejska społeczność nie miała powodów do plotkowania. Postacią najbardziej charyzmatyczną i przyciągającą uwagę okazał się tytułowy Kopidoł, w którego wcielił się Bartłomiej Garus. Grabarz w czasie spektaklu podejmuje się kilku funkcji: narratora, obserwatora, łącznika między dwoma światami, jak i oczywiście kopidoła. Przez cały ten okres przechadza się po scenie, przysiada wśród widowni i bacznie przygląda się akcji. Rodzina traktuje go jak powietrze, osobę zbędną, wręcz niedotykalną. Przez to staje się postacią kluczową dla całej historii. Zastosowana w spektaklu groteska, ironia oraz sarkazm nadaje sztuce wyjątkowego nastroju, a tekst Joanny Sodzawiczny jest zrozumiały dla każdego, nie tylko dla rodowitego Ślązaka. To wszystko, jak również wspaniałe kostiumy oraz scenografia, składa się na naprawdę dopracowaną całość.
Karina Dąbek
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
piątek, 22 lipca 2016
Być jak Wiesław Pieregorólka
W gazecie festiwalowej "Sztajgerowy Cajtung" mogliście przeczytać fragment tej recenzji, którą na blogu udostępnimy w całości...
„Kiedy dorosnę, chciałabym być Wiesławem Pieregorólką”, zanuciła w pewnej swingowej improwizacji Sonia Bohosiewicz. Wielu by chciało, zwłaszcza po koncercie 10 sekretów Marilyn Monroe, który zainaugurował dziesiąty sezon ChTO. Ale po kolei. Na pierwszym planie Sonia, śpiewająca standardy jazzowe lub zmysłowo swingująca, przedstawiająca piosenki z repertuaru Marilyn Monroe z taką lekkością, jakby robiła to całe życie. Na drugim dyrygent, aranżer i pianista, a także, jak się okazało, urodzony komik-improwizator, Wiesław Pieregorólka. Na trzecim planie piętnastu muzyków tworzących big-band. I te plany, każdy z osobna znakomity i pełen niespodzianek, narzucały się odbiorcom równocześnie, dostarczając całej gamy różnorodnych wrażeń.
Big-band. Trzy pokolenia muzyków, doskonale się rozumiejących, grających z wyczuwalną dla zwykłych słuchaczy przyjemnością. Znakomite nazwiska. Rewelacyjne solówki i instrumentalne dialogi, rozmowa prowadzona dźwiękami. Czysta zabawa i porozumienie. Big-band na dzisiejszej scenie to rzadko spotykane zjawisko, ale nie do zastąpienia przez najlepsze nawet podkłady czy kilkuosobowe zespoły. Kaskada dźwięków, muzyczna narracja, która, chciałoby się, mogłaby trwać jak najdłużej. Nie było wątpliwości, jak wielkie znaczenie ma obecność tak wspaniałych i tak zgranych muzyków w tym koncercie.
Wiesław Pieregorólka znad klawiszy czuwał, nadzorował, dyrygował, prowadził cały big-band, a do tego jeszcze włączał się w relację z publicznością. Wykorzystał chyba każdą możliwą okazję do żartu (łącznie z przebraniem się we frywolne nakrycie głowy Betty Q i wyrażeniem chęci wetknięcia sobie znalezionych na scenie piórek, gdyby tylko wiedział, gdzie). Podczas bisu zagadał do publiczności po śląsku, a kiedy Sonia uczyła widzów reagowania na burleskowe gesty, zaczął podciągać nogawkę spodni w nadziei, że również wywoła piski zachwytu. Dowcip, refleks, dystans do siebie i porozumienie ze wszystkimi: Wiesław Pieregorólka był na tej scenie zjawiskiem.
Podobnie jak sama Sonia Bohosiewicz, gwiazda wieczoru. Sonia w różowej peruce i uszkach Myszki Miki (żeby uniknąć podobieństw do jakichkolwiek aktorek o blond włosach), Sonia, której głos stawał się jeszcze jednym instrumentem w idealnie zestrojonym big-bandzie. Sonia jako rasowa wokalistka i Sonia jako prywatna narratorka, przewodniczka po życiu Marilyn Monroe. Sonia drapieżna, Sonia słodka, Sonia tajemnicza, Sonia rozbawiona… Sonia, nie Marilyn. Niektórych utworów w jej wykonaniu strasznie trudno było słuchać na siedząco, chciało się tańczyć. W narracjach z kolei całkowicie zawładnęła widzami: potrafiła rozśmieszyć, ale i wywołać dreszcz zgrozy. Wzruszyć i nastraszyć. Kompozycja tego koncertowego przedstawienia pozwoliła przeprowadzić publiczność od atmosfery beztroskiej zabawy i optymistycznych początków przez dramatyczne sekrety małżeństw Marilyn Monroe, aż po problemy niespełnionego macierzyństwa. Radosny nastrój mógł w jednym momencie przerodzić się w prywatną tragedię przeżywaną z dala od mediów. To także zadecydowało o familiarności ogromnego przecież przedsięwzięcia: Sonia Bohosiewicz zmniejszała dystans między sceną a widownią, sprawiała, że sekrety Marilyn Monroe wybrzmiewały niemal intymnie. Ale i Soni udzielało się rozbawienie: z radością wdawała się w przekomarzanki z Wiesławem Pieregorólką, zapewniła też akcent śląski za sprawą wierszyka wyrecytowanego przez małą Kasię. Sceniczna swoboda pozwalała jej na ustawiczne przełamywanie konwencji: zamiast teatru i koncertu 10 sekretów zamieniało się w spotkanie starych znajomych. To nie był zwykły koncert, bez względu na to, jak pięknie od strony muzyczno-interpretacyjnej przygotowany.
Gościem specjalnym była Betty Q, gwiazda burleski, która w dwóch częściach koncertu pojawiła się z dwiema miniscenkami, raz jako kusząca girlaska, raz jako kobieta-wamp. I to kolejny rodzaj narracji, który tego wieczoru mógł zaistnieć, przenosząc widzów w odrębną rzeczywistość.
Do tego scenografia jak ze świata dziecięcych marzeń: kolorowy patchworkowy fotel, mnóstwo dmuchanych piłek, nawet słomka w wodzie Soni korespondowały ze sobą i zamieniały przestrzeń w magiczny i kameralny świat, do którego niewielu ma dostęp. Wszystko było tu dopracowane w każdym szczególe.
O tym wydarzeniu trudno mówić inaczej niż w samych superlatywach, ale też trudno stosować klasyczne miary do tego, co działo się na scenie w Chorzowskim Centrum Kultury w pierwszy wieczór ChTO. Takiego ogromu przeżyć chyba nikt się nie spodziewał.
„Kiedy dorosnę, chciałabym być Wiesławem Pieregorólką”, zanuciła w pewnej swingowej improwizacji Sonia Bohosiewicz. Wielu by chciało, zwłaszcza po koncercie 10 sekretów Marilyn Monroe, który zainaugurował dziesiąty sezon ChTO. Ale po kolei. Na pierwszym planie Sonia, śpiewająca standardy jazzowe lub zmysłowo swingująca, przedstawiająca piosenki z repertuaru Marilyn Monroe z taką lekkością, jakby robiła to całe życie. Na drugim dyrygent, aranżer i pianista, a także, jak się okazało, urodzony komik-improwizator, Wiesław Pieregorólka. Na trzecim planie piętnastu muzyków tworzących big-band. I te plany, każdy z osobna znakomity i pełen niespodzianek, narzucały się odbiorcom równocześnie, dostarczając całej gamy różnorodnych wrażeń.
Big-band. Trzy pokolenia muzyków, doskonale się rozumiejących, grających z wyczuwalną dla zwykłych słuchaczy przyjemnością. Znakomite nazwiska. Rewelacyjne solówki i instrumentalne dialogi, rozmowa prowadzona dźwiękami. Czysta zabawa i porozumienie. Big-band na dzisiejszej scenie to rzadko spotykane zjawisko, ale nie do zastąpienia przez najlepsze nawet podkłady czy kilkuosobowe zespoły. Kaskada dźwięków, muzyczna narracja, która, chciałoby się, mogłaby trwać jak najdłużej. Nie było wątpliwości, jak wielkie znaczenie ma obecność tak wspaniałych i tak zgranych muzyków w tym koncercie.
Wiesław Pieregorólka znad klawiszy czuwał, nadzorował, dyrygował, prowadził cały big-band, a do tego jeszcze włączał się w relację z publicznością. Wykorzystał chyba każdą możliwą okazję do żartu (łącznie z przebraniem się we frywolne nakrycie głowy Betty Q i wyrażeniem chęci wetknięcia sobie znalezionych na scenie piórek, gdyby tylko wiedział, gdzie). Podczas bisu zagadał do publiczności po śląsku, a kiedy Sonia uczyła widzów reagowania na burleskowe gesty, zaczął podciągać nogawkę spodni w nadziei, że również wywoła piski zachwytu. Dowcip, refleks, dystans do siebie i porozumienie ze wszystkimi: Wiesław Pieregorólka był na tej scenie zjawiskiem.
Podobnie jak sama Sonia Bohosiewicz, gwiazda wieczoru. Sonia w różowej peruce i uszkach Myszki Miki (żeby uniknąć podobieństw do jakichkolwiek aktorek o blond włosach), Sonia, której głos stawał się jeszcze jednym instrumentem w idealnie zestrojonym big-bandzie. Sonia jako rasowa wokalistka i Sonia jako prywatna narratorka, przewodniczka po życiu Marilyn Monroe. Sonia drapieżna, Sonia słodka, Sonia tajemnicza, Sonia rozbawiona… Sonia, nie Marilyn. Niektórych utworów w jej wykonaniu strasznie trudno było słuchać na siedząco, chciało się tańczyć. W narracjach z kolei całkowicie zawładnęła widzami: potrafiła rozśmieszyć, ale i wywołać dreszcz zgrozy. Wzruszyć i nastraszyć. Kompozycja tego koncertowego przedstawienia pozwoliła przeprowadzić publiczność od atmosfery beztroskiej zabawy i optymistycznych początków przez dramatyczne sekrety małżeństw Marilyn Monroe, aż po problemy niespełnionego macierzyństwa. Radosny nastrój mógł w jednym momencie przerodzić się w prywatną tragedię przeżywaną z dala od mediów. To także zadecydowało o familiarności ogromnego przecież przedsięwzięcia: Sonia Bohosiewicz zmniejszała dystans między sceną a widownią, sprawiała, że sekrety Marilyn Monroe wybrzmiewały niemal intymnie. Ale i Soni udzielało się rozbawienie: z radością wdawała się w przekomarzanki z Wiesławem Pieregorólką, zapewniła też akcent śląski za sprawą wierszyka wyrecytowanego przez małą Kasię. Sceniczna swoboda pozwalała jej na ustawiczne przełamywanie konwencji: zamiast teatru i koncertu 10 sekretów zamieniało się w spotkanie starych znajomych. To nie był zwykły koncert, bez względu na to, jak pięknie od strony muzyczno-interpretacyjnej przygotowany.
Gościem specjalnym była Betty Q, gwiazda burleski, która w dwóch częściach koncertu pojawiła się z dwiema miniscenkami, raz jako kusząca girlaska, raz jako kobieta-wamp. I to kolejny rodzaj narracji, który tego wieczoru mógł zaistnieć, przenosząc widzów w odrębną rzeczywistość.
Do tego scenografia jak ze świata dziecięcych marzeń: kolorowy patchworkowy fotel, mnóstwo dmuchanych piłek, nawet słomka w wodzie Soni korespondowały ze sobą i zamieniały przestrzeń w magiczny i kameralny świat, do którego niewielu ma dostęp. Wszystko było tu dopracowane w każdym szczególe.
O tym wydarzeniu trudno mówić inaczej niż w samych superlatywach, ale też trudno stosować klasyczne miary do tego, co działo się na scenie w Chorzowskim Centrum Kultury w pierwszy wieczór ChTO. Takiego ogromu przeżyć chyba nikt się nie spodziewał.
wtorek, 19 lipca 2016
Rozmowa z Naczelnym Ogrodnikiem
Do przeczytania tutaj:
http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35018,20420864,teatr-daje-ludziom-emocje-rozmowa-z-sergiuszem-brozkiem.html. Zapraszamy!
http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35018,20420864,teatr-daje-ludziom-emocje-rozmowa-z-sergiuszem-brozkiem.html. Zapraszamy!
poniedziałek, 18 lipca 2016
Sonia jeszcze raz
Czego nie wiedzieliście o Marilyn
recenzja koncertu
Była zjawiskowo piękną blondynką. Choć szybko stała się legendą Hollywood, jej życie trudno uznać za usłane różami. Tyle o Normie Jeane Mortenson, czyli słynnej MM, wiedzą prawdopodobnie wszyscy. Jednak jaką była kobietą? O czym marzyła, co czuła? W miniony piątek, podczas inauguracyjnego koncertu ChTO, Sonia Bohosiewicz odkryła przed widzami 10 sekretów Marilyn Monroe. Opracowanie koncertu, w którym główną rolę odgrywa wspomnienie Marilyn Monroe to jak stąpanie po polu minowym. Na szczęście twórcy widowiska nie popełnili błędu i nie podjęli próby naśladowania najsłynniejszej blondynki show-biznesu. Sonia Bohosiewicz nie wciela się bezpośrednio w rolę Marilyn (od wszelkich porównań odcina się między innymi poprzez założenie różowej peruki), staje się raczej kimś na kształt przewodnika po jej biografii.
Pułapek, które udało się ominąć podczas tworzenia tego widowiska jest więcej.
Tytuł koncertu sugerować mógłby wszakże pewną „tabloidowość” przekazu, nakierowanego na poszukiwanie sensacji w życiorysie aktorki. Nic bardziej mylnego. Sonia Bohosiewicz pilnuje tego, by przedstawiając kolejne tajemnice Normy Jeane Mortenson, nie przekroczyć cienkiej granicy.
Wyraźnie widać również dbałość o zbilansowanie koncertu pod względem emocjonalnym. Zarysowany tu portret gwiazdy jest momentami rozczulający, momentami tragiczny, ale za to nigdy dojmująco smutny czy patetyczny. 10 sekretów Marylin Monroe to dla Soni Bohosiewicz niezwykła okazja zaprezentowania swoich warunków wokalnych. A te są naprawdę imponujące: aktorka dysponuje świetnym głosem i rewelacyjnie radzi sobie z muzycznymi standardami, na których oparty został spektakl. Próbkę tych możliwości można było zobaczyć w kinowych Excentrykach (w koncercie wykorzystano zresztą utwór ze spektaklu, Sunny side of the street z 1930 roku). 10 sekretów… tę znakomitą formę potwierdza.
Ogromnie istotnym elementem przedsięwzięcia jest udział big-bandu prowadzonego przez Wiesława Pieregorólkę. Na scenie Chorzowskiego Centrum Kultury koncert poświęcony Marilyn Monroe po raz pierwszy miał okazję odbyć się w pełnej oprawie muzycznej. W tej koncepcji muzycy nie pozostają jedynie tłem dla wokalistki, są dla niej pełnoprawnymi partnerami.
10 sekretów… to koncert, który w dużej mierze opiera się na dialogu, zarówno między aktorką i muzykami, jak i między wykonawcami i publicznością. Ta nić porozumienia popycha przedstawienie w kierunku improwizacji, tworząc tym samym porywające i bardzo dynamiczne widowisko.
Być może to właśnie w takiej „dialogicznej” otwartości należałoby poszukiwać przyczyn zaproszenia do udziału w spektaklu Betty Q z jej burleskowym show. W założeniu obecność tej, swoją drogą świetnej w swej kategorii, artystki miała prawdopodobnie podkreślić atmosferę epoki. W rzeczywistości jednak zabieg ten słabo broni się na gruncie fabularnym, rozbijając nieco spójność przedstawienia. Sonia Bohosiewicz, śpiewając piosenki Marilyn Monroe, zasiada w kolorowym, patchworkowym fotelu. Rozmawiając z big-bandem, bawi się porozrzucanymi po całej scenie kolorowymi piłkami. Wszystkie te pomysły scenograficzne podkreślają, że historia prezentowana na scenie jest jednocześnie bardzo prawdziwa, ale i wzięta w cudzysłów, a postać Marilyn, zarówno bliska, jak i odległa. Tylko tak zbudowany dystans mógł pozwolić zmierzyć się z tak wielką legendą, jaką jest główna bohaterka tego koncertu.
Barbara Englender
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
recenzja koncertu
Była zjawiskowo piękną blondynką. Choć szybko stała się legendą Hollywood, jej życie trudno uznać za usłane różami. Tyle o Normie Jeane Mortenson, czyli słynnej MM, wiedzą prawdopodobnie wszyscy. Jednak jaką była kobietą? O czym marzyła, co czuła? W miniony piątek, podczas inauguracyjnego koncertu ChTO, Sonia Bohosiewicz odkryła przed widzami 10 sekretów Marilyn Monroe. Opracowanie koncertu, w którym główną rolę odgrywa wspomnienie Marilyn Monroe to jak stąpanie po polu minowym. Na szczęście twórcy widowiska nie popełnili błędu i nie podjęli próby naśladowania najsłynniejszej blondynki show-biznesu. Sonia Bohosiewicz nie wciela się bezpośrednio w rolę Marilyn (od wszelkich porównań odcina się między innymi poprzez założenie różowej peruki), staje się raczej kimś na kształt przewodnika po jej biografii.
Pułapek, które udało się ominąć podczas tworzenia tego widowiska jest więcej.
Tytuł koncertu sugerować mógłby wszakże pewną „tabloidowość” przekazu, nakierowanego na poszukiwanie sensacji w życiorysie aktorki. Nic bardziej mylnego. Sonia Bohosiewicz pilnuje tego, by przedstawiając kolejne tajemnice Normy Jeane Mortenson, nie przekroczyć cienkiej granicy.
Wyraźnie widać również dbałość o zbilansowanie koncertu pod względem emocjonalnym. Zarysowany tu portret gwiazdy jest momentami rozczulający, momentami tragiczny, ale za to nigdy dojmująco smutny czy patetyczny. 10 sekretów Marylin Monroe to dla Soni Bohosiewicz niezwykła okazja zaprezentowania swoich warunków wokalnych. A te są naprawdę imponujące: aktorka dysponuje świetnym głosem i rewelacyjnie radzi sobie z muzycznymi standardami, na których oparty został spektakl. Próbkę tych możliwości można było zobaczyć w kinowych Excentrykach (w koncercie wykorzystano zresztą utwór ze spektaklu, Sunny side of the street z 1930 roku). 10 sekretów… tę znakomitą formę potwierdza.
Ogromnie istotnym elementem przedsięwzięcia jest udział big-bandu prowadzonego przez Wiesława Pieregorólkę. Na scenie Chorzowskiego Centrum Kultury koncert poświęcony Marilyn Monroe po raz pierwszy miał okazję odbyć się w pełnej oprawie muzycznej. W tej koncepcji muzycy nie pozostają jedynie tłem dla wokalistki, są dla niej pełnoprawnymi partnerami.
10 sekretów… to koncert, który w dużej mierze opiera się na dialogu, zarówno między aktorką i muzykami, jak i między wykonawcami i publicznością. Ta nić porozumienia popycha przedstawienie w kierunku improwizacji, tworząc tym samym porywające i bardzo dynamiczne widowisko.
Być może to właśnie w takiej „dialogicznej” otwartości należałoby poszukiwać przyczyn zaproszenia do udziału w spektaklu Betty Q z jej burleskowym show. W założeniu obecność tej, swoją drogą świetnej w swej kategorii, artystki miała prawdopodobnie podkreślić atmosferę epoki. W rzeczywistości jednak zabieg ten słabo broni się na gruncie fabularnym, rozbijając nieco spójność przedstawienia. Sonia Bohosiewicz, śpiewając piosenki Marilyn Monroe, zasiada w kolorowym, patchworkowym fotelu. Rozmawiając z big-bandem, bawi się porozrzucanymi po całej scenie kolorowymi piłkami. Wszystkie te pomysły scenograficzne podkreślają, że historia prezentowana na scenie jest jednocześnie bardzo prawdziwa, ale i wzięta w cudzysłów, a postać Marilyn, zarówno bliska, jak i odległa. Tylko tak zbudowany dystans mógł pozwolić zmierzyć się z tak wielką legendą, jaką jest główna bohaterka tego koncertu.
Barbara Englender
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
niedziela, 17 lipca 2016
Pierwsze wrażenia...
Jeśli nie byliście na 10 sekretach Marilyn Monroe, możecie poczytać sobie o koncercie inaugurującym dziesiąty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego na przykład w "Gazecie Wyborczej":
http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35018,20409797,sonia-bohosiewicz-z-big-bandem-zainaugurowala-chorzowski-teatr.html
albo obejrzeć materiał przygotowany przez COMTV:
https://www.youtube.com/watch?v=JGMYa3O1BY0
Wkrótce udostępnimy Wam też materiały ze "Sztajgerowego Cajtunga": przeprowadziliśmy wywiady z Sonią Bohosiewicz, Wiesławem Pieregorólką oraz Betty Q!
http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35018,20409797,sonia-bohosiewicz-z-big-bandem-zainaugurowala-chorzowski-teatr.html
albo obejrzeć materiał przygotowany przez COMTV:
https://www.youtube.com/watch?v=JGMYa3O1BY0
Wkrótce udostępnimy Wam też materiały ze "Sztajgerowego Cajtunga": przeprowadziliśmy wywiady z Sonią Bohosiewicz, Wiesławem Pieregorólką oraz Betty Q!
sobota, 16 lipca 2016
recenzja z koncertu
Czy sława jest szczęściem?
recenzja koncertu
„Sława jest jak kawior. Ale czy można jeść codziennie kawior”?
Marilyn Monroe nazywana była za młodu fasolką bądź szarą myszką. Pomimo trudnego życia szybko zyskała miano jednej z najjaśniejszych gwiazd Hollywood. Na scenie błyszczała jak diament, jednak prywatnie czuła się samotna. Właśnie to zostało pokazane na scenie przez Sonię Bohosiewicz wraz z wspaniałym big-bandem pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki. Od samego początku koncertu Sonia Bohosiewicz nie starała się udawać ikony Hollywood. 10 sekretów Marilyn Monroe zostało opowiedziane w sposób niewymuszony. Słuchacz od momentu rozbrzmienia pierwszego dźwięku do ostatniego odbył wraz z wykonawcami muzyczną podróż po zakątkach życia najjaśniejszej gwiazdy wszechczasów.
Koncert rozpoczął się od mocnego instrumentalnego uderzenia i piosenki On the sunny side of the street. Każdy kolejny utwór budował wśród widzów klimat kobiecości w stylu Marilyn Monroe. Dużym uznaniem publiczności cieszył się pokaz burleski zaprezentowany przez Betty Q. Wszystko, co w trakcie koncertu miało być zdemaskowane oraz odkryte, takim zostało.
Między artystami a odbiorcami nie było żadnych barier. W taki stan muzycy i aktorka wprowadzali widzów również za sprawą humorystycznych akcentów: chętnemu „prezydentowi” z widowni aktorka odśpiewała Happy Birthday oraz wręczyła torcik z płonącą racą. Nie można też pominąć gościnnego występu uroczej Kasi z Małych Gigantów, która przybyła na koncert specjalnie dla poznanej w programie Soni. Mała gwiazdeczka zaprezentowała widowni fragment Pawła i Gawła po śląsku.
Jazzowe aranżacje big-bandu takich piosenek jak Diamonds, Check to check, Teach me Tiger, New York pozwoliły widzom wczuć się w klimat Hollywood lat 50. i 60. Napięcie, jakie budowane było podczas koncertu, zostało pięknie podsumowane piosenkami Bye bye Baby oraz I'm beginning. Aktorka ostatnimi utworami oddała hołd kobiecie, która do końca walczyła o swoje szczęście.
10 sekretów Marilyn Monroe wywarło na mnie ogromne wrażenie. Wykonawcy w sposób fenomenalny przedstawili tragiczną historię pożądanej przez wielu mężczyzn Marilyn Monroe, która w gruncie rzeczy była taką samą kobietą, jak wiele innych.
Karina Dąbek
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
recenzja koncertu
„Sława jest jak kawior. Ale czy można jeść codziennie kawior”?
Marilyn Monroe nazywana była za młodu fasolką bądź szarą myszką. Pomimo trudnego życia szybko zyskała miano jednej z najjaśniejszych gwiazd Hollywood. Na scenie błyszczała jak diament, jednak prywatnie czuła się samotna. Właśnie to zostało pokazane na scenie przez Sonię Bohosiewicz wraz z wspaniałym big-bandem pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki. Od samego początku koncertu Sonia Bohosiewicz nie starała się udawać ikony Hollywood. 10 sekretów Marilyn Monroe zostało opowiedziane w sposób niewymuszony. Słuchacz od momentu rozbrzmienia pierwszego dźwięku do ostatniego odbył wraz z wykonawcami muzyczną podróż po zakątkach życia najjaśniejszej gwiazdy wszechczasów.
Koncert rozpoczął się od mocnego instrumentalnego uderzenia i piosenki On the sunny side of the street. Każdy kolejny utwór budował wśród widzów klimat kobiecości w stylu Marilyn Monroe. Dużym uznaniem publiczności cieszył się pokaz burleski zaprezentowany przez Betty Q. Wszystko, co w trakcie koncertu miało być zdemaskowane oraz odkryte, takim zostało.
Między artystami a odbiorcami nie było żadnych barier. W taki stan muzycy i aktorka wprowadzali widzów również za sprawą humorystycznych akcentów: chętnemu „prezydentowi” z widowni aktorka odśpiewała Happy Birthday oraz wręczyła torcik z płonącą racą. Nie można też pominąć gościnnego występu uroczej Kasi z Małych Gigantów, która przybyła na koncert specjalnie dla poznanej w programie Soni. Mała gwiazdeczka zaprezentowała widowni fragment Pawła i Gawła po śląsku.
Jazzowe aranżacje big-bandu takich piosenek jak Diamonds, Check to check, Teach me Tiger, New York pozwoliły widzom wczuć się w klimat Hollywood lat 50. i 60. Napięcie, jakie budowane było podczas koncertu, zostało pięknie podsumowane piosenkami Bye bye Baby oraz I'm beginning. Aktorka ostatnimi utworami oddała hołd kobiecie, która do końca walczyła o swoje szczęście.
10 sekretów Marilyn Monroe wywarło na mnie ogromne wrażenie. Wykonawcy w sposób fenomenalny przedstawili tragiczną historię pożądanej przez wielu mężczyzn Marilyn Monroe, która w gruncie rzeczy była taką samą kobietą, jak wiele innych.
Karina Dąbek
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
środa, 13 lipca 2016
Excentrycy...
W książeczce do dvd z filmem "Excentrycy" Janusz Majewski w wywiadzie mówi:
- I jeszcze do tego współpracował z nami inny świetny muzyk, aranżer i dyrygent - Wiesław Pieregorólka. Wspaniałe brzmienie i cudowny swing big-bandu przez nich zestawionego z najlepszych naszych jazzmanów różnych pokoleń to wielka wartość filmu".
Nieprzypadkowo o tym przypominamy.
Sonia Bohosiewicz wystąpi z big-bandem Pieregorólki na ChTO PO RAZ PIERWSZY (bo dotąd koncertowała z zespołem - czyli z kilkoma muzykami).
Ciekawostka: w takim składzie, w jakim zainaugurują ChTO, nie zmieściliby się w Sztygarce.
I jak tu się nie chwalić?
- I jeszcze do tego współpracował z nami inny świetny muzyk, aranżer i dyrygent - Wiesław Pieregorólka. Wspaniałe brzmienie i cudowny swing big-bandu przez nich zestawionego z najlepszych naszych jazzmanów różnych pokoleń to wielka wartość filmu".
Nieprzypadkowo o tym przypominamy.
Sonia Bohosiewicz wystąpi z big-bandem Pieregorólki na ChTO PO RAZ PIERWSZY (bo dotąd koncertowała z zespołem - czyli z kilkoma muzykami).
Ciekawostka: w takim składzie, w jakim zainaugurują ChTO, nie zmieściliby się w Sztygarce.
I jak tu się nie chwalić?
wtorek, 12 lipca 2016
Filmowa zapowiedź
Filmowy materiał przygotowany przez COM TV, jednego z naszych patronów medialnych. Zapraszamy do oglądania!
środa, 6 lipca 2016
Gazeta...
piątek, 1 lipca 2016
Niespodzianki
A właściwie jedna niespodzianka, ale za to jaka!
jeśli zacytujemy Naczelnego Ogrodnika, to...
Pełny program dziesiątego sezonu Chorzowskiego Teatru Ogrodowego zamknięty! Na wszystkich Trzech Scenach :) prawie 90 artystów, 18 zdarzeń, 14 spektakli, 7 nowości.
Poza programem głównym, który cały czas wyświetla Wam się tutaj -->
(jeśli się nie wyświetla, to znaczy, że coś nie działa i koniecznie nas o tym poinformujcie), więc poza tym programem głównym mamy jeszcze
- 2 projekcje filmów dokumentalnych (Dorota Prynda: Autonomiści - 22 lipca w ChCK, około 20:30, Dorota Prynda: Reduta przestrzeni - 5 sierpnia w ChCK, około 22:00),
- 2 dodatkowe spektakle (5 sierpnia o 21:00 w ChCK Stary klamor w dziadkowym szranku Teatru Reduta Śląska; 19 sierpnia o 21:00 w ChCK na scenie Antrakt Psiunio Teatru Bez Sceny),
- 4 bajki (a właściwie pięć, jeśli wliczyć "naszą", specjalnie przygotowywaną z dziećmi podczas Dziecinady).
Szczegółów możecie spokojnie szukać sobie na stronie internetowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, bo wiemy, że nie możecie się doczekać ;)
jeśli zacytujemy Naczelnego Ogrodnika, to...
Pełny program dziesiątego sezonu Chorzowskiego Teatru Ogrodowego zamknięty! Na wszystkich Trzech Scenach :) prawie 90 artystów, 18 zdarzeń, 14 spektakli, 7 nowości.
Poza programem głównym, który cały czas wyświetla Wam się tutaj -->
(jeśli się nie wyświetla, to znaczy, że coś nie działa i koniecznie nas o tym poinformujcie), więc poza tym programem głównym mamy jeszcze
- 2 projekcje filmów dokumentalnych (Dorota Prynda: Autonomiści - 22 lipca w ChCK, około 20:30, Dorota Prynda: Reduta przestrzeni - 5 sierpnia w ChCK, około 22:00),
- 2 dodatkowe spektakle (5 sierpnia o 21:00 w ChCK Stary klamor w dziadkowym szranku Teatru Reduta Śląska; 19 sierpnia o 21:00 w ChCK na scenie Antrakt Psiunio Teatru Bez Sceny),
- 4 bajki (a właściwie pięć, jeśli wliczyć "naszą", specjalnie przygotowywaną z dziećmi podczas Dziecinady).
Szczegółów możecie spokojnie szukać sobie na stronie internetowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego, bo wiemy, że nie możecie się doczekać ;)
środa, 29 czerwca 2016
Cajtungi
Kto z Was jest stałym bywalcem ChTO, pewnie jest też czytelnikiem "Sztajgerowego Cajtunga", gazety festiwalowej ChTO.
Pamiętajcie, że możecie pisać do Cajtunga: spisywać Wasze wrażenia i opinie, dzielić się uwagami na temat gazety i samego Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. Mail sztajgerowycajtung@gmail.com jest do Waszej dyspozycji przez cały czas.
A tu archiwalne numery Cajtunga do poczytania
wtorek, 28 czerwca 2016
Jedyna, niepowtarzalna, najlepsza!

SONIA BOHOSIEWICZ zainauguruje dziesiąty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego.
Sonia Bohosiewicz nie zamierza udawać Marilyn Monroe. Z fascynacji gwiazdą i miłości do śpiewania powstał jednak niezwykły koncert, recital, jakiego dotąd nie było. Sonia hipnotyzuje głosem, a jej występ to nie tylko okazja do przyjrzenia się biografii Monroe, ale i spotkanie dwóch wielkich osobowości. Uwodzicielska. Tajemnicza. Czarująca. Liryczna. Komediowa. Bohosiewicz czy Monroe? A przecież Sonia nie pojawi się na scenie sama… Big-band pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki zapewni niezapomnianą oprawę muzyczną. Wydarzenie inaugurujące dziesiąty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego łączy muzykę, teatr i film w najlepszym możliwym wydaniu. Uwaga: 10 sekretów Marilyn Monroe podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego będzie mieć swoją śląską premierę!
W tajemnicy i nieoficjalnie powiemy Wam jeszcze, że baaaaaardzo trudno jest trafić na ten koncert w tak znakomitej oprawie, dużo częściej Soni towarzyszy zespół, nie big-band. Dlatego takiego wydarzenia przegapić Wam po prostu nie wolno!
15 lipca o 19:00
na scenie Chorzowskiego Centrum Kultury
Sonia Bohosiewicz
z big-bandem pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki
KONCERT INAUGURACYJNY
10 sekretów Marilyn Monroe

SONIA BOHOSIEWICZ zainauguruje dziesiąty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego.
Sonia Bohosiewicz nie zamierza udawać Marilyn Monroe. Z fascynacji gwiazdą i miłości do śpiewania powstał jednak niezwykły koncert, recital, jakiego dotąd nie było. Sonia hipnotyzuje głosem, a jej występ to nie tylko okazja do przyjrzenia się biografii Monroe, ale i spotkanie dwóch wielkich osobowości. Uwodzicielska. Tajemnicza. Czarująca. Liryczna. Komediowa. Bohosiewicz czy Monroe? A przecież Sonia nie pojawi się na scenie sama… Big-band pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki zapewni niezapomnianą oprawę muzyczną. Wydarzenie inaugurujące dziesiąty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego łączy muzykę, teatr i film w najlepszym możliwym wydaniu. Uwaga: 10 sekretów Marilyn Monroe podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego będzie mieć swoją śląską premierę!
W tajemnicy i nieoficjalnie powiemy Wam jeszcze, że baaaaaardzo trudno jest trafić na ten koncert w tak znakomitej oprawie, dużo częściej Soni towarzyszy zespół, nie big-band. Dlatego takiego wydarzenia przegapić Wam po prostu nie wolno!
15 lipca o 19:00
na scenie Chorzowskiego Centrum Kultury
Sonia Bohosiewicz
z big-bandem pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki
KONCERT INAUGURACYJNY
10 sekretów Marilyn Monroe
Subskrybuj:
Posty (Atom)
