Goła baba nadal w formie
Joanna Szczepkowska, a właściwie jej eteryczna bohaterka, weszła na scenę bocznym wejściem, niosąc ze sobą walizkę i parasolkę. Miało się więc wrażenie, że to jedna z nas, tych, którzy siedzieli na widowni. Szybko jednak okazało się, że to postać wyjątkowa, arcywrażliwa, żadna tam zwyczajna, goła baba.
Jej monolog, a raczej występ, koncert grania na ciszy, zdumiewał. Absurd gonił absurd, a całość można określić mianem „sztuki dla sztuki”. Dlatego publiczność Sztygarki milczała oniemiała. Pierwsze, nieśmiałe chichoty pojawiły się, gdy na długim sznurze, rzędem, powieszone zostały… śpiewające parasole. Nie do końca było wiadomo, czy wypada się śmiać (bohaterka wprowadziła publiczność w nieco podniosły nastrój), ale kiedy jeden z parasoli… zmarł, nie było już wyjścia.
W sumie jednak ta zwiewna, ubrana w błękity, niezrozumiana przez społeczeństwo istota budziła głównie współczucie. Wystarczyło kilka gestów, parę słów, by widz poczuł całym sobą, jak bardzo jest samotna i nieszczęśliwa. Tym bardziej, że wyznała, iż wszystkie jej artystyczne zamierzenia niweczy i torpeduje ulubienica publiczności: ordynarna, bezpośrednia „goła baba”.
„Gołą babę” publiczność zgromadzona w Sztygarce mogła poznać w drugiej części spektaklu. Wielka, gruba, ubrana niechlujnie i wielowarstwowo… trzeba się było mocno wysilić, by zobaczyć w niej Szczepkowską. Gdy tylko pojawiła się na scenie, od razu atmosfera stała się luźniejsza, zapewne też za sprawą rzucanych od czasu do czasu na widownię gum żujek. Kto jak kto, ale „goła baba” potrafi rozbawić widzów, a swój występ kończy oczywiście striptizem.
Trudno powiedzieć, co wzbudziło większy podziw widzów: mistrzowska kreacja dwóch tak różnych postaci, zewnętrzna przemiana w „gołą babę”, błyskotliwe teksty czy zaskakująca puenta. Jedno jest pewne, gdy spektakl się skończył, po sali unosił się szmer podziwu. W Gołej babie każdy, niezależnie od płci i wieku, znajdzie coś dla siebie.
Joanna Szczepkowska gra ten monodram od 1997 roku, był on więc wielokrotnie omawiany i recenzowany. Jedyne co mogę dodać, to wyrazy uznania: „Goła baba” jest nadal w formie, bawi, wzrusza i pobudza do refleksji. Co więcej, cały czas jest aktualna, niezależnie od tego, czy potraktujemy ten spektakl jako rozważania o szeroko pojętej sztuce i jej odbiorze, czy też jako swoistą przypowieść o naturze kobiety. W każdej wysublimowanej kobiecie jest trochę „gołej baby”, a w każdej „gołej babie” kryje się wrażliwa i delikatna przedstawicielka płci żeńskiej, mówi swoim występem Joanna Szczepkowska. Jeśli więc nie udało Wam się zobaczyć Gołej baby w zeszły piątek w Sztygarce, musicie to koniecznie nadrobić. Tej sztuki nie można przegapić!
Magda Kulus
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Szczepkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Szczepkowska. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 4 sierpnia 2016
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
recenzje autobiografii Joanny Szczepkowskiej...
Kroniki nie przynależności
„Kto ty jesteś” oraz „Wygrasz jak przegrasz” to autobiograficzna dylogia, napisana przez Joannę Szczepkowską. Obydwie książki — choć tak różne w swej wymowie oraz formie — stanowią zapis poszukiwania własnej tożsamości. Można je odczytywać również jako próbę odpowiedzi na pytanie, czy poczucie odrębności można w jakikolwiek sposób pogodzić z uczestnictwem w życiu publicznym.
Szczepkowska swą opowieść rozpoczyna od rozszyfrowywania rodzinnych historii. Temu właśnie poświęcona została pierwsza część biografii o wymownym tytule „Kto ty jesteś”. Jest to zarazem podróż w głąb siebie i wędrówka w tym najprostszym znaczeniu — córka Andrzeja Szczepkowskiego i wnuczka Jana Parandowskiego podąża do miejsc, w których pozostać mogły jakiekolwiek ślady rodzinnej przeszłości. Wiele z odkryć, których dokonuje, dla niej samych okazuje się zaskoczeniem. Wśród swych przodków udaje jej się znaleźć nawet rycerzy walczących pod Grunwaldem.
Aktorka, oglądając stare zdjęcia, zdaje się jednak poszukiwać na nich przede wszystkim własnych rysów twarzy. Badając losy krewnych, przygląda się również sobie, próbując odgadnąć, w jakim stopniu na jej charakterze zaciążyły geny „wędrownych rycerzy najemnych”, a w jakim wielokulturowe bogactwo pozostałej części rodziny. To pytanie o siebie — swój charakter i swoje losy — zdaje się głównym motywem, popychającym aktorkę w stronę genealogicznych poszukiwań. „Jestem dalszym ciągiem tego, co oni przeżyli” — wyznaje.
Prywatne historie splecione są tu bardzo silnie z historią polskiej kultury, a przede wszystkim polskiej sceny. Podróż ze Szczepkowską staje się zatem również — zwłaszcza w późniejszych częściach opowieści — fascynującą wędrówką po deskach polskich teatrów. Czytelnicy mogą przyjrzeć się kulisom powstawania zarówno spektakli na podstawie Szekspira czy Czechowa, jak i autorskich przedstawień Szczepkowskiej („Gołej baby” i najnowszej „Pelci”).
Obie książki, wydane w 2014 roku w dwóch różnych wydawnictwach, przedziela wyraźna cezura. Jest nią rok 1989, a konkretnie moment, w którym Joanna Szczepkowska wygłosiła słynne słowa „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”. W sposób oczywisty, rok ten okazał się przełomowy nie tylko dla dziejów Polski i Europy, ale również dla losów poszczególnych ludzi. Szczepkowska wydarzeniom tym poświęciła już jedną książkę, zatytułowaną „4 czerwca”, zawierającą krótkie, felietonistyczne impresje. To bardzo znamienne, że to właśnie tę datę — a nie którekolwiek ze zdarzeń życia prywatnego — aktorka wybrała jako moment rozdzielający obie części biografii. Od tej chwili wszakże nic już nie było takie samo...
O dziwo, „Wygrasz jak przegrasz” to książka o wiele bardziej pesymistyczna od pierwszego tomu opowieści. Historia, jaką opisuje Szczepkowska, to w dużej mierze dzieje „nieprzynależności” — niemożności identyfikowania się z jakąkolwiek grupą, głębokiego poczucia separacji. W pewnej mierze jest to rodzaj strategii, z góry zamierzonego planu, w pewnej jednak koniecznością. Doświadczenie to splata się z ciągłą walką — jak deklaruje Szczepkowska, nie o swoje interesy, ale raczej „o kierunek, w jakim w ogóle w Polsce zmierzamy”. Często jest to walka z wiatrakami, odbierająca siły osobom ją prowadzącym i przytłaczająca czytelnika.
Wydanie „Kto ty jesteś” opatrzone było podtytułem „Początek sagi rodzinnej”. „Wygrasz jak przegrasz” uzupełnia informacja „Saga rodzinna trwa”. Najlepsze fragmenty tych książek to te, w których historie rodzinne wpisują się właśnie w taką perspektywę długiego trwania. Nieprzypadkowo w końcu pierwszy tom dedykowany jest córkom aktorki...
J. Szczepkowska, „Kto ty jesteś”, wydawnictwo czerwone i czarne, Warszawa 2014.
J. Szczepkowska, „Wygrasz jak przegrasz”, wydawnictwo DEMART, Warszawa 2014.
Barbara Englender tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
„Kto ty jesteś” oraz „Wygrasz jak przegrasz” to autobiograficzna dylogia, napisana przez Joannę Szczepkowską. Obydwie książki — choć tak różne w swej wymowie oraz formie — stanowią zapis poszukiwania własnej tożsamości. Można je odczytywać również jako próbę odpowiedzi na pytanie, czy poczucie odrębności można w jakikolwiek sposób pogodzić z uczestnictwem w życiu publicznym.
Szczepkowska swą opowieść rozpoczyna od rozszyfrowywania rodzinnych historii. Temu właśnie poświęcona została pierwsza część biografii o wymownym tytule „Kto ty jesteś”. Jest to zarazem podróż w głąb siebie i wędrówka w tym najprostszym znaczeniu — córka Andrzeja Szczepkowskiego i wnuczka Jana Parandowskiego podąża do miejsc, w których pozostać mogły jakiekolwiek ślady rodzinnej przeszłości. Wiele z odkryć, których dokonuje, dla niej samych okazuje się zaskoczeniem. Wśród swych przodków udaje jej się znaleźć nawet rycerzy walczących pod Grunwaldem.
Aktorka, oglądając stare zdjęcia, zdaje się jednak poszukiwać na nich przede wszystkim własnych rysów twarzy. Badając losy krewnych, przygląda się również sobie, próbując odgadnąć, w jakim stopniu na jej charakterze zaciążyły geny „wędrownych rycerzy najemnych”, a w jakim wielokulturowe bogactwo pozostałej części rodziny. To pytanie o siebie — swój charakter i swoje losy — zdaje się głównym motywem, popychającym aktorkę w stronę genealogicznych poszukiwań. „Jestem dalszym ciągiem tego, co oni przeżyli” — wyznaje.
Prywatne historie splecione są tu bardzo silnie z historią polskiej kultury, a przede wszystkim polskiej sceny. Podróż ze Szczepkowską staje się zatem również — zwłaszcza w późniejszych częściach opowieści — fascynującą wędrówką po deskach polskich teatrów. Czytelnicy mogą przyjrzeć się kulisom powstawania zarówno spektakli na podstawie Szekspira czy Czechowa, jak i autorskich przedstawień Szczepkowskiej („Gołej baby” i najnowszej „Pelci”).
Obie książki, wydane w 2014 roku w dwóch różnych wydawnictwach, przedziela wyraźna cezura. Jest nią rok 1989, a konkretnie moment, w którym Joanna Szczepkowska wygłosiła słynne słowa „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”. W sposób oczywisty, rok ten okazał się przełomowy nie tylko dla dziejów Polski i Europy, ale również dla losów poszczególnych ludzi. Szczepkowska wydarzeniom tym poświęciła już jedną książkę, zatytułowaną „4 czerwca”, zawierającą krótkie, felietonistyczne impresje. To bardzo znamienne, że to właśnie tę datę — a nie którekolwiek ze zdarzeń życia prywatnego — aktorka wybrała jako moment rozdzielający obie części biografii. Od tej chwili wszakże nic już nie było takie samo...
O dziwo, „Wygrasz jak przegrasz” to książka o wiele bardziej pesymistyczna od pierwszego tomu opowieści. Historia, jaką opisuje Szczepkowska, to w dużej mierze dzieje „nieprzynależności” — niemożności identyfikowania się z jakąkolwiek grupą, głębokiego poczucia separacji. W pewnej mierze jest to rodzaj strategii, z góry zamierzonego planu, w pewnej jednak koniecznością. Doświadczenie to splata się z ciągłą walką — jak deklaruje Szczepkowska, nie o swoje interesy, ale raczej „o kierunek, w jakim w ogóle w Polsce zmierzamy”. Często jest to walka z wiatrakami, odbierająca siły osobom ją prowadzącym i przytłaczająca czytelnika.
Wydanie „Kto ty jesteś” opatrzone było podtytułem „Początek sagi rodzinnej”. „Wygrasz jak przegrasz” uzupełnia informacja „Saga rodzinna trwa”. Najlepsze fragmenty tych książek to te, w których historie rodzinne wpisują się właśnie w taką perspektywę długiego trwania. Nieprzypadkowo w końcu pierwszy tom dedykowany jest córkom aktorki...
J. Szczepkowska, „Kto ty jesteś”, wydawnictwo czerwone i czarne, Warszawa 2014.
J. Szczepkowska, „Wygrasz jak przegrasz”, wydawnictwo DEMART, Warszawa 2014.
Barbara Englender tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
niedziela, 31 lipca 2016
Rozmowa z Joanną Szczepkowską
Dwa światy
rozmowa z Joanną Szczepkowską
Sztajgerowy Cajtung: Jedną z najważniejszych wartości jest dla Pani wierność sobie. Czy możliwa jest do dotrzymania dzisiaj, zwłaszcza w zawodzie aktora?
Joanna Szczepkowska: Ja myślę, że wierność sobie nie ma wiele wspólnego z zawodem, jaki się wykonuje. Każdy ma coś takiego, co można nazwać „ gustem życia”, i to go wiedzie. Dla mnie po prostu ta wierność wobec swojego gustu jest ważniejsza od pieniędzy.
Sz. C.: Czwarta żabka w bajkach? Pisze Pani, że nie marzyła o karierze: to dosyć nietypowe w sytuacji, w której staje się w świetle reflektorów…
J. Sz.: Nigdy nie marzyłam o tzw. „karierze”. Wiem dobrze, że w to trudno uwierzyć, a nawet zrozumieć. Aktorka, która nie chce być sławna? W swojej autobiografii opisałam rozmowę z ojcem, który mi ponuro przepowiadał granie „czwartej żabki”. A mnie się ta żabka bardzo podobała. Po tej rozmowie cały czas myślałam, jakby taką żabkę zagrać. Dla mnie to po prostu zawód, który wiąże się z graniem, z wcielaniem się w różne postaci, a nie z tym, że ludzie mnie rozpoznają na ulicy. To postać powinni podziwiać, a nie mnie. Tak myślę o tym zawodzie od początku i nigdy jeszcze tego nie zmieniłam.
Sz. C.: Uwiódł mnie absolutnie cytat „pisanie to mój teatr. Pisząc, mogę wszystko”. Czy to oznacza, że scena ma swoje ograniczenia?
J. Sz.: Oczywiście. Teatr to zawsze efekt kompromisu między gustem autora, reżysera, scenografa i aktora. Czasem te światy się zgadzają, ale bywa, że trudno się podpisać pod spektaklem, w którym się gra. Pod tym względem pisanie daje więcej swobody. Z drugiej strony spektakl to często niepowtarzalne przeżycie.
Sz. C.: Goła Baba to monodram pokazywany w różnych miejscach na świecie. Dokąd udało się go zabrać?
J. Sz.: Och, naprawdę daleko. Grałam w Ameryce, w Australii, w Izraelu, w Holandii… No i w całej Polsce. Gołą Babę ogląda już kolejne pokolenie.
Sz. C.: Jakie więc różnice w odbiorze Gołej Baby napotkała Pani w poszczególnych krajach? Jak to jest, grać jeden spektakl tyle czasu?
J. Sz.: Różnice są ogromne. Ta sztuka ma dwie części całkiem od siebie różne. W Kanadzie nie bardzo rozumieli pierwszą, subtelną część, za to szaleli z radości na tej drugiej, bardzo rubasznej. W Izraelu odwrotnie: lepiej przyjęto poetycką część, a drugą w milczeniu. W tym spektaklu publiczność jest właściwie jednym z bohaterów wieczoru.
Sz. C.: Chce Pani, żeby widzowie patrzyli na postać, a przecież w Damie z Parasolką Joanny Szczepkowskiej jest mnóstwo…
J. Sz.: To prawda. Dużo wzięłam z własnej wrażliwości. Ale mówiąc o „ sławie”, mówię o zwracaniu na siebie uwagi poza rolami, w tym całym plotkarsko-biznesowym świecie. Ja go nie rozumiem i nie przyjmuję. Szkoda życia na to.
Sz. C.: Trudno o bardziej nośny tytuł niż Goła Baba. Lubi Pani prowokować?
J. Sz.: Wbrew pozorom bardzo nie lubię. Jestem cichą osobą, choć wiele z medialnych doniesień temu przeczy. A tytuł Goła Baba jest ważnym elementem sztuki. Tak właśnie reklamuje się jedna z dwóch postaci, które gram. Wszystko zaczyna się od tego właśnie tytułu.
Sz. C.: Goła Baba wyprzedza rzeczywistość. Czy gdyby powstawała dzisiaj, coś by Pani zmieniła?
J. Sz.: To dziwne, ale nic! Dwadzieścia lat temu, kiedy odbyła się premiera, miałam wrażenie, że jest bardzo aktualna, chociaż przecież żadna z postaci nie mówi bardzo współczesnym językiem, tylko takim trochę stylizowanym. A obecnie wszyscy zwracają uwagę na to, że ten tekst mógłby równie dobrze powstać dzisiaj.
Sz. C.: Nie lubi Pani śmiechu? W jednym z felietonów pojawia się Człowiek Uśmiechnięty, typ szczęśliwego idioty, konsumpcjonisty. Goła Baba śmieje się bardzo jarmarcznie. Śmiech kojarzy się z rechotem?
J. Sz.: Uwielbiam śmiech!!! Ja bym się ciągle śmiała, gdyby było z czego! Ale są po prostu różne śmiechy. Są też różne cisze.
Sz. C.: Teatr to dla Pani ucieczka od felietonów…
J. Sz.: To są dwa zupełnie różne światy. Nie jest łatwo godzić publicystykę ze sztuką, bo to właściwie całkiem przeciwne dziedziny. W sztuce wprowadza się odbiorcę w świat wymyślony, w publicystyce odwrotnie, sprowadza się ludzi na ziemię. Ale ja wcale nie chcę żyć samą sztuką. Ziemia jest jednak chyba ważniejsza.
Sz. C.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiały Iza Mikrut i Basia Englender tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z Joanną Szczepkowską
Sztajgerowy Cajtung: Jedną z najważniejszych wartości jest dla Pani wierność sobie. Czy możliwa jest do dotrzymania dzisiaj, zwłaszcza w zawodzie aktora?
Joanna Szczepkowska: Ja myślę, że wierność sobie nie ma wiele wspólnego z zawodem, jaki się wykonuje. Każdy ma coś takiego, co można nazwać „ gustem życia”, i to go wiedzie. Dla mnie po prostu ta wierność wobec swojego gustu jest ważniejsza od pieniędzy.
Sz. C.: Czwarta żabka w bajkach? Pisze Pani, że nie marzyła o karierze: to dosyć nietypowe w sytuacji, w której staje się w świetle reflektorów…
J. Sz.: Nigdy nie marzyłam o tzw. „karierze”. Wiem dobrze, że w to trudno uwierzyć, a nawet zrozumieć. Aktorka, która nie chce być sławna? W swojej autobiografii opisałam rozmowę z ojcem, który mi ponuro przepowiadał granie „czwartej żabki”. A mnie się ta żabka bardzo podobała. Po tej rozmowie cały czas myślałam, jakby taką żabkę zagrać. Dla mnie to po prostu zawód, który wiąże się z graniem, z wcielaniem się w różne postaci, a nie z tym, że ludzie mnie rozpoznają na ulicy. To postać powinni podziwiać, a nie mnie. Tak myślę o tym zawodzie od początku i nigdy jeszcze tego nie zmieniłam.
Sz. C.: Uwiódł mnie absolutnie cytat „pisanie to mój teatr. Pisząc, mogę wszystko”. Czy to oznacza, że scena ma swoje ograniczenia?
J. Sz.: Oczywiście. Teatr to zawsze efekt kompromisu między gustem autora, reżysera, scenografa i aktora. Czasem te światy się zgadzają, ale bywa, że trudno się podpisać pod spektaklem, w którym się gra. Pod tym względem pisanie daje więcej swobody. Z drugiej strony spektakl to często niepowtarzalne przeżycie.
Sz. C.: Goła Baba to monodram pokazywany w różnych miejscach na świecie. Dokąd udało się go zabrać?
J. Sz.: Och, naprawdę daleko. Grałam w Ameryce, w Australii, w Izraelu, w Holandii… No i w całej Polsce. Gołą Babę ogląda już kolejne pokolenie.
Sz. C.: Jakie więc różnice w odbiorze Gołej Baby napotkała Pani w poszczególnych krajach? Jak to jest, grać jeden spektakl tyle czasu?
J. Sz.: Różnice są ogromne. Ta sztuka ma dwie części całkiem od siebie różne. W Kanadzie nie bardzo rozumieli pierwszą, subtelną część, za to szaleli z radości na tej drugiej, bardzo rubasznej. W Izraelu odwrotnie: lepiej przyjęto poetycką część, a drugą w milczeniu. W tym spektaklu publiczność jest właściwie jednym z bohaterów wieczoru.
Sz. C.: Chce Pani, żeby widzowie patrzyli na postać, a przecież w Damie z Parasolką Joanny Szczepkowskiej jest mnóstwo…
J. Sz.: To prawda. Dużo wzięłam z własnej wrażliwości. Ale mówiąc o „ sławie”, mówię o zwracaniu na siebie uwagi poza rolami, w tym całym plotkarsko-biznesowym świecie. Ja go nie rozumiem i nie przyjmuję. Szkoda życia na to.
Sz. C.: Trudno o bardziej nośny tytuł niż Goła Baba. Lubi Pani prowokować?
J. Sz.: Wbrew pozorom bardzo nie lubię. Jestem cichą osobą, choć wiele z medialnych doniesień temu przeczy. A tytuł Goła Baba jest ważnym elementem sztuki. Tak właśnie reklamuje się jedna z dwóch postaci, które gram. Wszystko zaczyna się od tego właśnie tytułu.
Sz. C.: Goła Baba wyprzedza rzeczywistość. Czy gdyby powstawała dzisiaj, coś by Pani zmieniła?
J. Sz.: To dziwne, ale nic! Dwadzieścia lat temu, kiedy odbyła się premiera, miałam wrażenie, że jest bardzo aktualna, chociaż przecież żadna z postaci nie mówi bardzo współczesnym językiem, tylko takim trochę stylizowanym. A obecnie wszyscy zwracają uwagę na to, że ten tekst mógłby równie dobrze powstać dzisiaj.
Sz. C.: Nie lubi Pani śmiechu? W jednym z felietonów pojawia się Człowiek Uśmiechnięty, typ szczęśliwego idioty, konsumpcjonisty. Goła Baba śmieje się bardzo jarmarcznie. Śmiech kojarzy się z rechotem?
J. Sz.: Uwielbiam śmiech!!! Ja bym się ciągle śmiała, gdyby było z czego! Ale są po prostu różne śmiechy. Są też różne cisze.
Sz. C.: Teatr to dla Pani ucieczka od felietonów…
J. Sz.: To są dwa zupełnie różne światy. Nie jest łatwo godzić publicystykę ze sztuką, bo to właściwie całkiem przeciwne dziedziny. W sztuce wprowadza się odbiorcę w świat wymyślony, w publicystyce odwrotnie, sprowadza się ludzi na ziemię. Ale ja wcale nie chcę żyć samą sztuką. Ziemia jest jednak chyba ważniejsza.
Sz. C.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiały Iza Mikrut i Basia Englender tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
poniedziałek, 25 lipca 2016
Goła baba
Widzieliście już Gołą babę?
Monokomedia Joanny Szczepkowskiej powstała w 1997 roku i od tamtej pory cieszy publiczność.
Autorka i aktorka wciela się w dwie postacie, Damę z Parasolką oraz Gołą Babę, na scenie dokonuje duchowego i prawdziwego striptizu. 29 lipca, piątek, godz. 19:00, w Sztygarce.
Przyjdźcie i zobaczcie, dlaczego "Goła baba" pojawia się w cyklu Monodram mistrzowski!
Wejściówki są dostępne w sieci ticketportal i w recepcji Sztygarki
Monokomedia Joanny Szczepkowskiej powstała w 1997 roku i od tamtej pory cieszy publiczność.
Autorka i aktorka wciela się w dwie postacie, Damę z Parasolką oraz Gołą Babę, na scenie dokonuje duchowego i prawdziwego striptizu. 29 lipca, piątek, godz. 19:00, w Sztygarce.
Przyjdźcie i zobaczcie, dlaczego "Goła baba" pojawia się w cyklu Monodram mistrzowski!
Wejściówki są dostępne w sieci ticketportal i w recepcji Sztygarki
Subskrybuj:
Posty (Atom)